„Każda praca hańbi” Wiesławca Deluxe w reż. Miry Mańki w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Witam, trafiła się idealna okazja na zorganizowanie wspólnego meetingu - w opolskim teatrze im. Jana Kochanowskiego Mira Mańka zrobiła spektakl na podstawie książki mojego ukochanego Wiesławca Deluxe - nic mnie tak nie bawi jak jego obrazki, a stwierdzenie “świniara” weszło do mojego słownika codziennych wyrazów. No, może poziomem absurdu dorównuje mu jeszcze Barbara Santana, ale w jej przypadku wydaje mi się raczej, że powodem jest obłęd, a nie dobrze wyliczona memologia. Książkę “Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu” cenię ciutkę mniej od wiesławcowych memesków, bo miała swoje słabsze momenty i wpadała w mocno tendencyjne i schematyczne wnioski w temacie pracowym, plus wałkowała dość przememłane już biurowe żarty, niemniej jednak, wciąż bawiłem się przy niej świetnie – na tyle, na ile można się świetne przy niej bawić.
Przy adaptowaniu jej na scenę Mira Mańka skondensowała wiesławcową odyseję zawodową do malutkiego wycinku, który w książce był tylko jednym z przystanków w tułaczce po coraz to bardziej męczących i wyłącznie z pozoru normalnych pracach. Jest to w moim odbiorze odrobinę błędem – mając do wyboru tak soczyste opowieści z różnych branży można było zamaszyściej zarysować przecież tezę postawioną w tytule spektaklu. Poza tym bardzo mi szkoda, że nie pojawił się najśmieszniejszy w moim odbiorze książkowy segment poświęcony pracy na Uniwersytecie Papieskim.
Reżyserka skupia się głównie na pracy biurowej i typowych trudach środowiska korporacyjnego. This is fine – może jednak to dobry zabieg, bo jest to obecnie jedno z łatwiejszych do współodczuwania środowisk pracy. Jak widać są we mnie dwaj rabini – jeden mówi, że pomysł dobry, drugi – że chybiony. Niesamowite, jestem zupełnie jak ta jedna border-kicia z biura, która raz ma dobry nastrój, a potem w ciągu 3 minut przechodzi przez wszystkie możliwe kortyzolowe odloty tylko po to, żeby zakończyć wszystko eskalacją do HR, że za głośno oddychasz przy swoim biurku.
Na scenie poznajemy młodego Pana Wiesławca, który po wysłaniu setek CV w końcu dostaje się na rozmowę kwalifikacyjną i (po zaciekłej grze pozorów oraz targów o wynagrodzenie) zostaje przyjęty w szeregi firmy. Razem z nim możemy obserwować nawarstwiające się absurdy w codziennym procesowaniu żywota swojego - Jezus. Czułem się momentami jakbym oglądał zagubiony odcinek „The Office” i, podobnie jak w trakcie oglądania tego serialu, momentami telepałem się bardziej ze złości niż ze śmiechu, bo przechodziłem przez rzeczy, które miałem okazję przeżyć w tygodniu klepania excelowych tabelek. Zostałem postawiony przez twórców przed sytuacjami na poły absurdalnymi, ale z drugiej strony bardzo realnymi; wielokrotnie przecież brałem udział w szalonych zrzutkach na urodzinowe bony, prezenty pożegnalne czy obserwowałem z bezpiecznej odległości biurowe romanse, niektóre już dziś zakończone małżeństwami i potomstwem lub zwolnieniami dyscyplinarnymi.
Opowieść Wiesławca została rozpisana zgrabnie na kilka głosów i postaci, które starają się zbierać w sobie najbardziej stereotypowe cechy charakterologiczne znane z korpo piekła – kochliwa współpracowniczka, niedostępny, wiecznie wściekły kolega, samozwańcza superwajzorka i wiecznie uciekający przed odpowiedzialnością szef, którego nikt nie lubi. Wszystkie dramaty, które rozgrywają się na scenie, są nakreślone bardzo grubą kreską i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać do czego ta opowieść zmierza i co stara się nam pokazać. Z tego odgrywania scenek rodzajowych i pikników pod wisząca skałą kleiła się może i zabawna historyjka piekła pracy z ludźmi, ale co poza tym? Otóż nic. Twórcy najwyraźniej nie chcieli nic nam powiedzieć, niczego diagnozować i niczego odkrywać. Postawili na obśmianie i ilustrowanie. I mógłbym się do tego bezpardonowo przywalić bo zwyczajnie irytuje mnie, kiedy spektakl jest samograjem zrobionym tylko dla fabularnej zabawy, ale tutaj jest to zrobione tak zgrabnie i od linijki, że musiałbym nie mieć wstydu, żeby to zrobić. Jednocześnie bardzo fajnie wygrywane jest kilka wątków skupionych na konkretnych emocjach pojedynczych bohaterów – moim ulubionym jest chyba historia Anny (grana przez Judytę Paradzińską z takim zacietrzewieniem, że trafia prosto w serduszko), która od lat bierze udział w radiowym teleturnieju, żeby wygrać pensję na całe życie i codziennie ma nadzieję, że otrzyma telefon z informacja, że jej się udało i że jest w końcu tą szczęśliwą zwyciężczynią. Jest coś przejmującego w jej monologu, kiedy je sobie smutnie kanapkę nad radioodbiornikiem.
Mira Mańka poradziła sobie bardzo dobrze z utrzymaniem tej opowieści w ramach gatunkowych przez co wcześniej wspomniane niedążenie donikąd a postawienie jedynie na zabawę jest znośne i nie rozczarowuje. Fajnie zostaje to podbite scenografią i mega kolorowymi kostiumami Katarzyny Sobolewskiej, które mocno wyciągają całość poza nawias realności, co powoduje, że łatwiej nam jest akceptować piętrzący się absurd. Brakuje tam jeszcze jakiejś sceny pogoni między drzwiami jak w Scoobie Doo, bo to ten kaliber żartów.
„Każda praca hańbi” jest spektaklem mocno osadzonym w swoim gatunku, ale jednocześnie strasznie przez to ograniczonym; jest jedynie zabawą balansującą na granicy bezsensu, chociaż trzymającą się twardo po tej dobrej, akceptowalnej stronie. Nie jest to raczej rodzaj teatru, po który zwykle sięgam, bo lubię jak ze sceny dostaję więcej niż jedynie rozrywkę, ale aktorzy godnie nieśli to, co Mańka im nareżyserowała. Chociaż nadal – ciężko uznać czy każda praca hańbi, skoro w spektaklu postawiono przed nami tylko jedną branżę, mimo, że w materiale źródłowym był ich większy wachlarz.