„Czekając na barbarzyńców” Johna Maxwella Coetzeego w reż. Bartosza Szydłowskiego w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Zastanawiałem się (a nie zdarza mi się to często) jak do książki Coetzeego podejdzie reżyser Bartosz Szydłowski z Łukaszem Drewniakiem i Krzysztofem Szekalskim, którzy dostali bojową misję zaadaptowania tej powieści na scenę Łaźni Nowej. Tekst zdaje się być idealnym materiałem dla politycznego teatru Szydłowskiego i wpisuje się dobrze w drogę reżyserską, którą idzie od wielu lat, zadając niewygodne pytania– czasem z lepszym, a czasem z gorszym skutkiem. Miałem jednak przeczucie, że przy „Czekając na barbarzyńców”, które swoimi kontekstami jest mocno osadzone w tym, co się przez ostatnie lata dzieje (nie tylko na świecie, ale też w Polsce), to przedsięwzięcie ma szansę zażreć ze sporą siłą.
Twórcy nie stawiają na typową inscenizację materiału wyjściowego; na ramie znanej z powieści budują historię na wskroś przesiąkniętą lokalnością. Akcja przenosi się na granicę polsko-białoruską, gdzie tytułowi barbarzyńcy już są, co jest ciekawą kontrą do książkowych wydarzeń, w których zapowiadana inwazja nigdy się nie dzieje. Z drugiej strony – jest to przewrotne, bo tak realnie na granicy nie ma barbarzyńców, a są ludzie, więc wpisuje się to w oczekiwaną narrację z powieści. Obserwujemy serię scen-migawek, przesłuchań, które składają się na obraz napiętej sytuacji i tarć pomiędzy odmienimy ideologicznie pionami w teorii jednego organizmu jakim jest państwo. Główna linia konfliktu przebiega pomiędzy pułkownikiem (bardzo dobra rola Krzysztofa Zarzeckiego), który jedyne ocalenie dla tożsamości narodowej widzi w zamknięciu granic, powrocie do wartości konserwatywnych i wybiciu ludzi na granicy. Jest brutalny i nie ucieka od tortur i przemocy w osiąganiu swoich celów. Na drugiej szali stoi sędzina (Marta Zięba), która w swojej lewicowej i wolnościowej perspektywie chce wpuścić wszystkich, wszystkim pomóc i tańczyć za ręce na łące pełnej kwiatów. Obydwoje są po tak skrajnych stronach, że nie ma szans, aby spotkali się w jakimkolwiek punkcie wspólnym. Moment przełomowy następuje, gdy sędzina nie wytrzymuje i porywa osadzonego młodego Issse, aby pomóc mu uciec do Niemiec, a w międzyczasie wykorzystuje go seksualnie. Ta sytuacja otwiera oczy na fakt, że ona i pułkownik są tak naprawdę tak samo zaślepieni swoimi własnymi żądzami i tak realnie żadnego z nich nie obchodzi los ludzi na granicy; są oni jedynie pionkiem w rozgrywce odbywającej się na płaszczyźnie prywatnej, a ideologiczne tyrady służą tylko legitymizowaniu losu uchodźców.
Co ciekawe, nie jest to spektakl jedynie o walce ideologii i o bezsilności człowieka w starciu z całą biurokratyczną machiną państwa; dla mnie przede wszystkim jest to pytanie o odpowiedzialność jednostki w obliczu decyzji całego społeczeństwa. Na ile pojedynczy obywatel, będący składową całego skomplikowanego organizmu państwa, może czuć się winny decyzji podjętych przez rządzących krajem. Szydłowski w „Czekając na barbarzyńców” mega zgrabnie rozgrywa całą tę niewygodną serię pytań, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale przede wszystkim fabularnym, bo przedstawienie ogląda się z niesłabnącą ciekawością. Jednoczesne wpisanie całości w polskie realia i odnoszenie się do wypowiedzi postaci na scenie w taki sposób, że można je niemalże przypisać konkretnym politykom, zdaje się nieprzyjemnie uwierać, bo w sumie pytanie o odpowiedzialność zaczyna dotyczyć także każdego z nas – obecnego na widowni. Nie sposób nie doszukiwać się dialogu między „Zieloną granicą” Agnieszki Holland a spektaklem Szydłowskiego, bo poruszają ten sam temat, ale za pomocą zupełnie innych emocji i środków wyrazu. Są poniekąd tekstami uzupełniającymi się nawzajem i tworzą kompletny obraz sytuacji od wewnątrz i od zewnątrz. Chciałbym jednak podkreślić: spektakl w Łaźni ogrywa wszystko na tyle dobrze napięciem, że nie popada w krindżową przesadę, jaką odczuwałem oglądając film Holland. Jednocześnie propozycja Szydłowskiego przypomina mi bardzo mocno „Odpowiedzialność” Michała Zadary, który również pytał o to kto jest winny całej tej sytuacji, z tą różnicą, że Zadara stawiał na analizę faktów i danych, pozbawiając ją elementu fabularnego, co w moim odbiorze działało na niekorzyść tamtego przedsięwzięcia.
Tekst Drewniaka i Szekalskiego momentami zdaje się przeginać pałkę, jeśli chodzi o swoja podniosłość i próbę wyjaśniania o czym mówi: na przykład w momencie, gdy młody uchodźca nie tylko nazywa się Issa (czyli Jezus), ale jeszcze okazuje się, że według przedstawionych informacji z jakiegoś powodu ma niegojące się stygmaty. I mean, no już bardziej łopatologicznie się nie dało. Na szczęście takich momentów niewiary w widza jest bardzo mało i nie psuje to odbioru całości.
Całościowo „Czekając na barbarzyńców” jest udanym spektaklem, może odrobinkę spóźnionym, bo nikt w mainstreamowych mediach nie wspomina już o tym wszystkim, ale może to i dobrze, że spóźniony, bo przypomniał o tym, co nadal się dzieje na granicy. Poza tym, dobrze przypomnieć też o mechanizmach działania świata i o tym, że często to, co miało nas bronić, może stać się tym, co nas skrzywdzi, a ideologiczny zwrot w stronę konserwatywną, tak jak przesadnie lewicową, nie jest odpowiedzią na problemy, jak każda skrajność. Wystarczy po prostu być człowiekiem i widzieć w innych człowieka, a nie jedynie barbarzyńcę. U Szydłowskiego czekanie na barbarzyńców zdaje się być czekaniem na barbarzyńcę żyjącego w nas samych, który tyko wypatruje okazji, żeby wypełznąć na światło dzienne.