Logo
Recenzje

Teatr, który zaczyna się od ruchu

5.10.2026, 17:25 Wersja do druku

„Moko Moko Moko” wg książki obrazkowej Shuntarō Tanikawy w reż. Filipa Jaśkiewicza na II Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży S·PLOT w Teatrze Pinokio w Łodzi. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Joanna Głodek

„Moko Moko Moko” w Teatrze Pinokio w Łodzi to przedstawienie, które nie próbuje dzieciom niczego objaśniać. Zamiast tego uruchamia ich wyobraźnię. I robi to z niezwykłą konsekwencją oraz teatralną pomysłowością.

Już pierwsze minuty spektaklu pokazują, że będzie to teatr inny od tego, do którego przyzwyczaiły nas przedstawienia dla najmłodszych. Nie ma tu bohatera, którego trzeba polubić, konfliktu, który należy rozwiązać, ani historii prowadzącej widza za rękę od początku do końca. Jest za to forma — początkowo niemal nieruchoma, miękka, trudna do jednoznacznego rozpoznania. Dopiero ruch aktorów sprawia, że zaczyna żyć. Z czasem pojawiają się kolejne formy, kolory, zmiany kształtów i niespodziewane sytuacje.

To właśnie pomysł inscenizacyjny stanowi największą siłę przedstawienia. Twórcy biorą za punkt wyjścia abstrakcyjną książkę obrazkową Shuntarō Tanikawy i nie próbują na siłę zamieniać jej w tradycyjną opowieść. Przeciwnie — zachowują jej otwartość i przekładają ją na język teatru. Scena staje się miejscem nieustannej przemiany, a zwykły przedmiot lub kawałek materiału może w jednej chwili nabrać charakteru, ciężaru, koloru czy wręcz własnego życia.

Szczególnie efektowna jest praca trojga wykonawców: Łukasza Batki, Dominiki Hudziec-Narkiewicz i Ewy Wróblewskiej. Ich zadanie nie polega jedynie na „graniu” postaci. Muszą oni jednocześnie być animatorami, performerami i częścią scenicznego świata. Ich ciała pozostają w ścisłej relacji z formami, które wprawiają w ruch. Początkowo sami pozostają ukryci wewnątrz większej, miękkiej konstrukcji, która dzięki ich działaniu zaczyna przypominać żywy organizm. Później pojawiają się w intensywnie kolorowych kostiumach, by następnie całkowicie zmienić reguły scenicznej gry.

Ta zmienność jest fascynująca. Kolor ustępuje prostocie bieli, duże formy — ciału aktorów, a rozbudowana scenografia zostaje zastąpiona pozornie skromnym rekwizytem. Czerwone piłeczki wystarczają, by stworzyć kolejne sytuacje, rytmy i relacje. To znakomity przykład teatralnej ekonomii: nie potrzeba wielu przedmiotów, kiedy wykonawcy potrafią nadać znaczenie najmniejszemu gestowi.

Spektakl jest pozbawiony słów, ale trudno nazwać go niemym. Dźwięk, rytm, oddech, głos i charakterystyczne brzmienia tworzą własny system komunikacji. Nie trzeba ich tłumaczyć. Dziecko może reagować na nie intuicyjnie, podobnie jak na ruch czy zmianę kształtu. Dzięki temu „Moko Moko Moko” trafia do bardzo podstawowego doświadczenia teatralnego: zanim pojawi się znaczenie, jest zaciekawienie. Najpierw coś widzimy, potem próbujemy zrozumieć, a jeszcze później możemy nadać temu własną historię.

I właśnie dlatego przedstawienie tak dobrze działa na dziecięcą publiczność. Podczas spektaklu młodzi widzowie obserwują scenę z ogromnym skupieniem. Każda zmiana może za chwilę doprowadzić do czegoś zupełnie nowego. Coś się pojawia, rośnie, przekształca, znika albo zostaje zastąpione czymś innym. Powtarzalność nie nuży, ponieważ za każdym razem może prowadzić do niespodzianki. Tak jak pojawiające się w kilku momentach niewielkie ruchome konstrukcje, które wjeżdżają na scenę, poruszane przez siły znajdujące się poza nią, i wchodzą w dialog z formami oraz światłem.

W tym tkwi również mądrość przedstawienia. „Moko Moko Moko” nie traktuje dziecka jak odbiorcy, któremu należy dostarczyć gotową treść. Zostawia mu miejsce na własne skojarzenia, emocje i interpretacje — na aktywne współtworzenie sensu tego, co dzieje się na scenie. Nie podpowiada, co dokładnie należy zobaczyć w danej formie. Nie mówi: „to jest zwierzę”, „to jest bohater”, „to oznacza właśnie to”. Pozwala patrzeć, kojarzyć, fantazjować. Dorosły widz może oczywiście szukać znaczeń, zastanawiać się nad relacjami między formami, rytmem powtórzeń, przemianami materii i znaczeniem kolejnych działań. Dziecko ma natomiast przywilej przyjęcia spektaklu przede wszystkim poprzez zmysły — obserwowania, słuchania i reagowania na to, co pojawia się przed jego oczami.

Wielkie uznanie należy się także scenografii Katarzyny Leks, choreografii Izabeli Niepokój i muzyce Michała Krzyżanowskiego. Wszystkie te elementy pracują na jeden cel: stworzenie scenicznego organizmu, który nieustannie się przeobraża. Nic nie wydaje się tutaj przypadkowe, a jednocześnie przedstawienie zachowuje wrażenie spontanicznej zabawy. Największym osiągnięciem twórców jest jednak to, że abstrakcja nie staje się chłodnym eksperymentem artystycznym. Przeciwnie — pozostaje bliska dziecku, ponieważ opiera się na prostych przyjemnościach: ruchu, kolorze, rytmie, zaskoczeniu i odkrywaniu nowych możliwości przedmiotów, ciała oraz przestrzeni. To teatr, który nie potrzebuje skomplikowanej fabuły, żeby utrzymać uwagę.

„Moko Moko Moko” jest więc nie tyle opowieścią, ile doświadczeniem. Przez około godzinę widz zostaje zaproszony do świata, w którym kształty mogą ożyć, ciało może stać się scenografią, a zwykła piłeczka może uruchomić całą lawinę teatralnych zdarzeń. To bardzo dobry przykład tego, jak współczesny teatr dla dzieci może być odważny formalnie, a jednocześnie niezwykle komunikatywny.

Po wyjściu z teatru trudno opowiedzieć jednym zdaniem, „o czym” było to przedstawienie. I chyba właśnie w tym tkwi jego sukces. „Moko Moko Moko” nie daje dzieciom gotowej odpowiedzi. Daje im coś znacznie cenniejszego — impuls, żeby samemu ją wymyślić.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także