05.06.2021, 19:25 Wersja do druku

Teatr, który nie działa

"Balkon" Jeana Geneta w reż. Jana Klaty w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, na Scenie Kameralnej w Sopocie. Pisze Łukasz Rudziński w portalu trojmiasto.pl.

fot. Renata Dąbrowska

Nowa premiera Teatru Wybrzeże z założenia miała być prowokacyjna i skandalizująca. "Balkon" Jeana Geneta jest ostrą satyrą obyczajową, pełną mistyfikacji, przebieranek, zamian ról, brutalności i wulgarnego języka. Jednak spektakl Jana Klaty rozczarowuje, bo okazuje się trzygodzinnym sparingiem z widzami, w którym trudno dostrzec jakiś ambitniejszy cel niż zabawę materią momentami zaskakująco niechlujnie zainscenizowanego teatru, pełnego mniej lub bardziej dowcipnych gagów.

Jan Klata to obecnie jeden z najlepszych polskich reżyserów teatralnych. Obsypany nagrodami reżyser ma na koncie wiele "festiwalowych" spektakli, które po premierze w teatrze wyruszają w tournée po największych polskich festiwalach. Do nich należą m.in. znakomite "Trojanki" Teatru Wybrzeże, albo krakowskie "Oresteja", "Trylogia", "Król Lear" czy "Wróg ludu", który był sensacją Premio Europa per Il Teatro w Sankt Petersburgu, gdzie wręczono mu trzy lata temu nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne dla najciekawszych twórców w Europie.

Jego spektakle są szeroko komentowane, jednych zachwycają, innych zniesmaczają, jak wspomniana "Trylogia" na szpitalnej sali z wojną na poduszki i materace. We Wrocławiu Klata zrealizował inne donośne przedsięwzięcia ("Transfer!", "Sprawa Dantona", "Utwór o marce i ojczyźnie", "Tytus Andronikus"). Z powodzeniem pracował za granicą.

To awers jest teatralnej działalności. Jest też rewers. Teatralne eksperymenty, próba zerwania ze stereotypem reżysera-mędrca, który zawsze ma coś ważnego do powiedzenia. To odtrutka na patos i łatkę wybitnego twórcy. Do nich bym zaliczył gdańskie przedstawienie "Fanta$y" w blokowisku, warszawskie "Weź, przestań", którego akcja rozgrywała się w przestrzeni warszawskiego metra, wrocławski "Kazimierz i Karolina", umieszczony w galerii handlowej czy właśnie sopocki "Balkon" Teatru Wybrzeże, utopiony w plastikach i formalnych sztuczkach wymierzonych w tzw. mieszczańskiego widza.

W "Balkonie" spotykamy stałych gości burdelu prowadzonego przez niejaką Irmę. To Biskup, Sędzia, Generał i Komendant Policji nazwani tak z racji perwersyjnych skłonności, które w kolejnych scenach ze szczegółami oglądamy. Większość z nich to fetyszyści, bohaterowie fantazji erotycznej o swojej doniosłej roli, której ramy wyznacza zasobność portfela i godziny igraszek z prostytutkami. Jednak są wśród nich tacy, którzy istotnie sprawują donośne społeczne role.

To zresztą nie ma znaczenia, bo za oknem szaleje rewolucja, a burdel Irmy wspieranej przez Carmen jest fortecą, która pragnie uchronić się przed hordą buntowników i ocalić obecny porządek świata, wyznaczany przez dewiantów i różnej maści zboczeńców. Ten, kto dziś jest nikim, jutro przecież może stać się uosobieniem siły i władzy.

Tekst Jeana Geneta z uwagi na perwersyjną przekorę, ostry, niecenzuralny język i satyryczno-ironiczny charakter stał się sensacją już w latach 70. XX wieku. Autor chętnie zrywa rozmaite maski i konfrontuje mechanizm autokreacji z rzeczywistością. Trudno o lepsze miejsce weryfikacji niż łóżko, bo przecież podczas seksu często jesteśmy najbardziej sobą. Dodając do tego rytuały i ceremonie, mamy - wydaje się - znakomitą pożywkę dla teatru prowokacyjnego i antymieszczańskiego, czyli emblematów teatru Jana Klaty.

Jednak po efektownym początku (świetna etiuda taneczna Krzysztofa Matuszewskiego jako Biskupa) oraz wejściu do świata perwersji szybko spotyka nas rozczarowanie. Kolejne, bardzo długie sceny są przegadane, pozbawione tempa i bliźniaczo do siebie podobne. Spektakl rozpada się na epizody i epizodziki, niekiedy imponujące (jak rola klaczy Elyane w wykonaniu Magdaleny Boć czy pocałunek Chantal i Rogera, granych przez Magdalenę Gorzelańczyk i Piotra Biedronia). Opresja zaciskającego się wojennego kręgu gdzieś za oknami burdelu - ostoi obecnego świata, czy jakakolwiek prawda bohaterów mają coraz mniejsze znaczenie, aż wreszcie zupełnie przestają nas obchodzić.

fot. Renata Dąbrowska

Rzecz dzieje się w wykreowanym przez scenografa Mirka Kaczmarka burdelu połyskującym plastikiem. Z trzech stron scenę zamyka plastikowa zasłona imitująca ściany burdelu, na których czasem pojawiają się projekcje Natana Berkowicza złożone z motywów malarskich i napisanego po francusku Centrum Miłości. Na scenie wyróżniają się motywy genitalne, a zwłaszcza potężna wagina, będąca jednym z wejść na scenę (przez którą przechodzą od czasu do czasu bohaterowie). Z tyłu niedbale przykryty jest imponujący gabarytowo penis, który niczym strzelba u Czechowa czeka na swój moment.

Reżyser dwie aktorki - Dorotę Androsz i Katarzynę Dałek - ustawia naprzemiennie w rolach Irmy oraz Carmen. Każda opanowała więc obie role i w spektaklu grać będzie raz jedną, raz drugą postać. Podczas premierowego wieczoru Irmą była Dorota Androsz, Carmen Katarzyna Dałek, ale trudno uznać ten zamysł naśladowania Geneta w zamianie ról (zaczerpnięty wprost ze sztuki Geneta) za udany, bo obie wypadły nieprzekonująco. To zresztą charakterystyczne dla tego spektaklu, że większość aktorów Wybrzeża gaśnie wprost proporcjonalnie do czasu spędzonego na scenie.

Najlepiej jest w krótkich, zamkniętych epizodach i podczas etiud tanecznych przygotowanych przez odpowiedzialnego za ruch sceniczny Maćko Prusaka, choć i tutaj wkrada się rutyna i monotonia. Dlatego wiele ożywienia wprowadzają na scenę buntownicy-rewolucjoniści: Marcin Miodek, Jakub Nosiadek, Piotr Witkowski - w każdym wcieleniu dowcipni i groteskowi. Podobnie jest z żebrakami otwierającymi i zamykającymi spektakl (Jerzy Gorzko, Jacek Labijak, Jarosław Tyrański). To, co najlepsze w "Balkonie" Wybrzeża, dzieje się poza słowami, właśnie w ruchu scenicznym.

Z tych, którzy mają większe role, aktorsko wyróżnia się Piotr Biedroń, którego Roger jak oręż trzyma papierowy kubek po kawie, Magdalena Gorzelańczyk w roli zbuntowanej prostytutki Chantal oraz Robert Ninkiewicz, który Generałowi nadał wyraz tragikomiczny, w jakiś sposób ujmujący, bo jest coś z Napoleona i z Don Kichota. Inni, nawet tak wytrawni aktorzy jak Krzysztof Matuszewski czy Katarzyna Figura, zupełnie pozbawieni są wyrazu.

"Balkon" Jana Klaty wygląda jak teatralny plac zabaw reżysera, w którym widz spełnia rolę zabawki. Jest atakowany ścianami dźwięku, prowokowany przez banalne rozwiązania sceniczne czy niemal pozbawione rytmu sceny. Dostaje porcję gagów, które zrozumieją tylko ci znający tekst Geneta na wyrywki (jak kuriozalny finał spotkania Rogera z Komendantem Policji). Przez trzy godziny trwania spektaklu widz bez przerwy jest atakowany różnymi bodźcami, ze znakomitą, jak zawsze u Klaty, playlistą znaczących utworów (tym razem m.in. "Desire" Meg Myers czy "Revolution Action" Atari Teenage Riot). Tyle, że z tej teatralnej kakofonii bardzo niewiele wynika.

Tytuł oryginalny

Teatr, który nie działa. O "Balkonie" Teatru Wybrzeże

Źródło:

www.trojmiasto.pl

Link do źródła

Autor:

Łukasz Rudziński

Data:

05.06.2021 07:30