EN
09.09.2022, 08:09 Wersja do druku

Teatr – krótka historia młodości

Młodość w teatrze – taki temat. Oczywiście można pisać o przemijaniu energii i sławy albo odwrotnie, o wiecznej młodości artystów. Jeśli idzie o aktorów to rzeczywiście jedyny zawód na świecie, w którym nadzieja nie gaśnie razem z wiekiem. Przeciwnie – starość jest bardzo sceniczna, fotogeniczna, dlatego nawet po osiemdziesiątce jest szansa na wyjście z cienia. A co dopiero polskie pokolenie aktorek urodzonych w latach 1910–1917, jak na przykład Hanka Bielicka, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska czy Nina Andrycz? Wszystkie niemal dożyły setki, aktywne do końca. A przecież to pokolenie dwóch wojen, koszmarnych doświadczeń. Zawsze, kiedy pada wszechobecne słowo „stres”, jako odpowiedź na niedomagania powojennych pokoleń, myślę właśnie o tych aktorkach – mimo „traum” i stresów były młode do końca życia. 

fot. Joanna Szczepkowska

No więc oczywiście można myśleć o teatralnej młodości jako o stanie ducha artystów. Jednak młodość w teatrze to znacznie ciekawsze zjawisko – to fale kolejnych pokoleń raz posłusznych, raz rewolucyjnych wobec tego, co zastali. Inaczej – nie tyle młodość, ile młodzi w teatrze. Małe i wielkie bunty. Największy bunt współczesny należy do pokolenia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wrócę do tego jeszcze, do ich szczególnego Forum, które potrząsnęło środowiskiem. 

Jednak mało kto wie o tym, że w latach pięćdziesiątych pokolenie 1917–1925 rzuciło podobne wyzwanie staremu teatrowi. Rzecz działa się w Warszawie, ale pewnie gdyby wszystko się powiodło, rewolucja objęłaby inne miasta. Otóż powojenna grupa młodych aktorów została ściągnięta do Warszawy z różnych teatrów w Polsce. Czesław Wołłejko, Igor Śmiałowski, Andrzej Szczepkowski, Wieńczysław Gliński, Andrzej Łapicki, Bronisław Pawlik i jeszcze kilkunastu innych. Mieli swoimi talentami zasilić teatry stołeczne i to się udało. Wszyscy grali i robili prawdziwe kariery. Nie wiem, gdzie zawiązał się ten spisek, SPATiF-u jeszcze nie było, więc pewnego wieczoru (w nocy, nad ranem może) cała grupa poprzysięgła, że nikt nie podpisze kontraktu na kolejny sezon i w ten sposób wymusi na władzach nowe miejsce dla nowego, innego teatru. Jako córka jednego ze spiskowców znam całą sprawę bardzo dobrze i wiem, że dramat tego powstania ciągnął się potem przez całe ich życie. Okazało się, że tylko kilku rzeczywiście zrezygnowało z etatów, reszta zdezerterowała, co garstkę romantyków zostawiło całkiem na lodzie. Może w to trudno uwierzyć, ale ten podział przetrwał do końca życia członków grupy – „zdrajcom” nie podawali ręki nawet na pogrzebach rówieśników. 

No właśnie. Trudno teraz nie zahaczyć o zjawisko odwrotne – starzy w teatrze. Trudno, bo byłam świadkiem bardzo szczególnej rewolucji. Kiedy zaczęłam swoją drogę aktorską, hierarchia była prosta – starsi mówili, młodzi słuchali. W maleńkim bufecie Teatru Współczesnego w Warszawie aktorzy zbierali się niezależnie od tego, czy ktoś miał próby, spektakle, czy nie. Starsi siadali na krzesłach, do nich należała rozmowa, anegdoty (często w kółko te same), wspominanie, my młodzi zajmowaliśmy zimne kafelki na podłodze i po prostu słuchaliśmy. A w 1977 roku Erwin Axer zaangażował grupę młodych adeptów warszawskiej PWST, żeby ożywić, odmłodzić zespół. I pierwszego dnia nowego sezonu... ta grupa zajęła wszystkie bufetowe krzesła. Starsi aktorzy wycofywali się od progu słysząc rozmowy o tym, ile pali samochód i gdzie dostać części zamienne. Taka rewolucja. Nie było manifestów ani buntu, ale od tego dnia teatr się zmienił i myślę, że podobne daty mogłyby wyznaczyć inne teatry w całej Polsce. 

Pamiętam drugą rewolucję. – Dlaczego wiążesz sobie sama buty? – zapytała mnie kiedyś aktorka, rocznik 1903. – Dlatego, że garderobiana jest bardzo stara i nie wyobrażam sobie, żeby się przede mną pochylała – tak odpowiedziałam i od razu dostałam lekcję teatralnych hierarchii. Są królowie i służba. Żeby sytuację odmalować dokładniej – jedna z dawnych diw (widziałam to) miała w zwyczaju przed wejściem na scenę ssać landrynkę. Za nią stała garderobiana. Aktorka wypluwała cukierek na dłoń tej kobiety, a ona czekała, aż gwiazda wróci w kulisy i dossie landrynkę. 

Takie były klimaty aż do stanu wojennego w 1981. Zrobił się prosty podział – ci bierni i ci pracujący na rzecz konspiracji. Ci drudzy to i aktorzy, i oświetleniowcy, i maszyniści, i każdy, kto nie bał się zajmować choćby kolportażem prasy. Przeszliśmy wszyscy na ty, bywaliśmy u siebie, a ruch zakulisowy to była nieustanna komunikacja wszystkich pionów. Pamiętam, jaki to był szok dla starego pokolenia. Oni zamilkli wtedy, osowieli, jakby na ich teren weszli brutalni pogromcy. 

A potem? Jak zmieniała się obyczajowość młodych w teatrze? Nigdy nie zapomnę jak po Teatrze Powszechnym, po spektaklu, błąkał się Stanisław Tym, który miał tam swój wieczór komediowy. Nie mógł pojąć, że bufet teatralny jest pusty, nie słychać fal śmiechu znad butelki, nikt nie gra na gitarze, nikt się nie całuje po kątach. Tak, teatr, przynajmniej warszawski, nagle opustoszał. – To se ne wrati – powiedziałam wtedy Staszkowi. Może dobrze? Ja jeszcze zetknęłam się z tym pokoleniem, dla którego spektakl to było tylko preludium wieczoru, a kac był stanem naturalnym. Dla nowego pokolenia teatr to po prostu miejsce pracy, które się szybko opuszcza, bo dom, bo dzieci, bo następnego dnia trzeba wstać rano na zdjęcia do serialu. Skończyło się pijane życie, nastawione na anegdotę, na udręki indywidualności. Nagle wszyscy stali się tak samo piękni i wyspani. 

W pewnym momencie, za sprawą młodych, doszło do szczególnej cezury. Odbyło się Forum Obywatelskie Teatru Współczesnego, w tym samym terminie, co zaplanowane wcześniej Forum Polskiego Teatru, które miało zgromadzić całe środowisko na szczerą debatę o stanie teatru. Młodzi twórcy z pokolenia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ostentacyjnie zamknęli się w swoim gronie, tworząc własną debatę, na którą można było wejść tylko legitymując się odpowiednim PESEL-em. Do dziś uważam, że to były czarne dni naszego teatru. Upokarzające dla środowiska, przeczące tolerancji i otwartości, o którą to pokolenie zabiegało. 

A potem? Całkiem nowi młodzi wzięli pod lupę nowych „starych” i zaczęły się nowe kryteria, oskarżenia o mobbing, o brutalne traktowanie. Niektórzy z tamtego pokolenia też stanęli na ławie oskarżonych. Niedawno dostałam scenariusz etiudy filmowej początkującej studentki. Tekst jest o młodej dziewczynie, która chce robić eksperymentalny teatr i prosi o pomoc starszą, cenioną performerkę teatralną, która oczywiście jest w mainstreamie. Nie mogą się porozumieć. Dlaczego? Bo stara performerka chce hałasu, chce brutalności, chce trzymać widza w gorączce, chce buntu. Młoda chce cicho, drobiazgowo i realistycznie. Takie jest nowe rozdanie, taki jest nowy eksperyment. Minimalistycznie, bez starej maniery. Scenariusz kończy się zwycięstwem nowego. Minimalizm jako bunt – młodzi mówią, starsi słuchają. Przeczytałam ten scenariusz i do dziś się uśmiecham.

Joanna Szczepkowska

Źródło:

Materiał własny