Po kilku dniach spędzonych na 8. Przeglądzie Nowego Teatru dla Dzieci we Wrocławiu wracało do mnie jedno pytanie: kiedy właściwie teatr dla dzieci przestał być teatrem dla dzieci?
Patrząc na spektakle prezentowane podczas tegorocznego przeglądu, miałem momentami wrażenie, że określenie „teatr dla dzieci” staje się coraz mniej użyteczne. Nie dlatego, że znika dziecięcy odbiorca, lecz dlatego, że współcześni twórcy coraz częściej budują przedstawienia wymykające się tradycyjnym podziałom wieku, kompetencji i doświadczenia.
Nie chodzi oczywiście o zmianę adresata. Dzieci nadal siedzą na widowni, reagują śmiechem, skupieniem, czasem zniecierpliwieniem. Zmieniło się natomiast coś znacznie ważniejszego: sposób myślenia o dziecięcym widzu. Jeśli tegoroczny przegląd miał wspólny mianownik, to była nim rezygnacja z paternalizmu. Coraz rzadziej współczesny teatr dla młodych odbiorców próbuje wychowywać, tłumaczyć świat czy przekazywać gotowe odpowiedzi. Coraz częściej staje się przestrzenią doświadczenia.
Najciekawsze przedstawienia festiwalu nie opowiadały historii w tradycyjnym sensie. Budowały raczej sytuacje teatralne, w których znaczenie rodziło się z patrzenia, słuchania i odkrywania. Czeski „Tichohoří Gumák”, jeden z najbardziej intrygujących spektakli przeglądu, właściwie zrezygnował z fabuły. Zamiast niej proponował teatr światła, ruchu, rytmu i materii. Podobną drogą podążało „Wyobraź sobie…”, gdzie poezja nie została podporządkowana opowieści, lecz stała się impulsem uruchamiającym wyobraźnię. W obu przypadkach twórcy wykazywali niezwykłą ufność wobec dziecięcej percepcji. Zakładali, że dziecko nie potrzebuje linearnej historii, by aktywnie uczestniczyć w zdarzeniu scenicznym.
To chyba pierwszy wyraźny trend współczesnego teatru dla dzieci: odejście od narracji na rzecz percepcji.
Jeszcze kilkanaście lat temu dominowało przekonanie, że przedstawienie dla młodego widza musi prowadzić go za rękę. Dziś coraz więcej twórców wychodzi z przeciwnego założenia. Dziecko nie jest odbiorcą niekompetentnym. Potrafi samodzielnie budować sensy, reagować na abstrakcję i odnajdywać się w świecie obrazów, dźwięków oraz skojarzeń. Wrocławski przegląd pokazał, że teatr dla najmłodszych coraz śmielej korzysta z języka sztuk wizualnych, performansu i teatru formy.
Jednocześnie nie oznacza to ucieczki od tematów społecznych. Przeciwnie.
Drugim wyraźnym nurtem okazało się zainteresowanie sprawami, które jeszcze niedawno uznawano za zbyt trudne dla młodego widza. Choroba, samotność, wykluczenie, kryzys tożsamości, lęk przed odrzuceniem czy niepewność związana z technologiczną przyszłością pojawiały się na scenach z zaskakującą częstotliwością.
„O, choroba! Historia do rany przyłóż” nie próbowała oswajać cierpienia za pomocą pocieszających metafor. Tworzyła przestrzeń rozmowy i wspólnego namysłu nad kruchością ludzkiego życia. „POV: masz 12 lat i prze**ne” opowiadało o presji społecznej i samotności paradoksalnie przeżywanej pośród innych ludzi. „Brothers & Sisters” budowało spektakl wokół wspólnoty i relacji, a „PINOK.IO” wykorzystywał figurę sztucznej inteligencji do zadawania pytań o tożsamość, empatię i odpowiedzialność.
Ważne jest jednak to, że współczesny teatr dziecięcy nie traktuje tych tematów terapeutycznie. Nie oferuje instrukcji obsługi emocji. Nie pełni funkcji poradnika psychologicznego. Raczej uczy patrzeć, rozpoznawać i nazywać doświadczenia. W tym sensie staje się teatrem społecznym nowego typu — mniej interwencyjnym, bardziej refleksyjnym.
Trzecim zjawiskiem, które szczególnie wyraźnie ujawniło się podczas przeglądu, jest renesans teatru lalkowego rozumianego nie jako technika, lecz jako sposób myślenia o scenie.
Najciekawsze przedstawienia festiwalu nie ukrywały mechanizmów animacji. Wręcz przeciwnie. W „Zmień się” animatorzy pozostawali widoczni, a proces ożywiania materii stawał się jednym z tematów spektaklu. Podobnie w wielu innych realizacjach lalka przestawała być iluzją życia. Stawała się partnerem aktora, osobnym bytem scenicznym.
To bardzo charakterystyczne dla współczesnego teatru formy. Nie chodzi już o stworzenie doskonałego złudzenia. Chodzi o pokazanie samego aktu tworzenia. Dziecko nie ma uwierzyć, że lalka żyje naprawdę. Ma zobaczyć, jak życie zostaje jej nadane.
Równocześnie zaskakuje siła estetyk wizualnych. W wielu przedstawieniach słowo schodziło na dalszy plan. „Czerwony balonik” z Liberca był właściwie scenicznym poematem zbudowanym z obrazów, ruchu i ciszy. Nie tłumaczył emocji, lecz pozwalał je przeżyć. Podobnie wiele innych realizacji ufało obrazowi bardziej niż dialogowi.
To również symptom szerszej przemiany. Dzisiejsze dzieci wychowują się w kulturze wizualnej. Teatr nie konkuruje już z literaturą, lecz z ekranem. Odpowiada jednak na tę sytuację w przewrotny sposób. Nie próbuje być szybszy, głośniejszy ani bardziej spektakularny. Najciekawsze przedstawienia proponują coś odwrotnego: skupienie, obecność, uważność.
Być może właśnie dlatego tak ważnym elementem przeglądu były liczne warsztaty, spotkania i działania edukacyjne. Nie funkcjonowały jako dodatek do programu, lecz jego naturalne przedłużenie. Współczesny teatr dla dzieci coraz częściej rozumie siebie nie jako gotowy produkt artystyczny, ale jako przestrzeń uczestnictwa. Przedstawienie staje się jednym z elementów większego procesu budowania relacji między instytucją, twórcami i publicznością.
Po kilku dniach festiwalu trudno było oprzeć się wrażeniu, że teatr dla dzieci znajduje się dziś w jednym z najciekawszych momentów swojego rozwoju. Przestaje być osobnym, uproszczonym elementem kultury. Coraz częściej staje się laboratorium nowych form teatralnych. To właśnie tutaj najodważniej eksperymentuje się z obrazem, rytmem, materią, relacją między aktorem i lalką, między narracją i performansem. Nieprzypadkowo program przeglądu obejmował nie tylko spektakle, lecz także liczne warsztaty, spotkania i działania edukacyjne. Coraz częściej bowiem przedstawienie nie jest już zamkniętym dziełem, lecz częścią szerszego procesu budowania relacji między twórcami, instytucją i publicznością.
Wiele mówi się dziś o kryzysie uwagi, o dominacji ekranów, o malejących kompetencjach kulturowych najmłodszych pokoleń. Tymczasem spektakle prezentowane we Wrocławiu zdawały się wychodzić z przeciwnego założenia. Zakładały, że dziecko potrafi skupić uwagę, odczytywać złożone znaczenia, reagować na metaforę i niedopowiedzenie. Że nie trzeba wszystkiego wyjaśniać. Że można pozostawić przestrzeń dla niepewności, własnych interpretacji i samodzielnych odkryć.
Jeśli więc tegoroczny Przegląd Nowego Teatru dla Dzieci pokazał jakiś wspólny kierunek rozwoju współczesnej sceny dla młodych widzów, to była nim właśnie ufność. Ufność wobec wyobraźni, wrażliwości i samodzielności dziecka.
Być może największa zmiana nie dokonała się w dzieciach. Być może to teatr wreszcie zaczął im ufać.