EN
19.01.2022, 09:49 Wersja do druku

Tajemnica lubuskiej „Antygony” z roku 1993

Wkrótce minie 30 lat od premiery „Antygony” w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze. Wciąż próbuję dociec na czym polegał fenomen tego szczególnego spektaklu. Blisko 200 przedstawień, spektakl obecny na przeglądach i festiwalach, nagrodzony, potrafiący wygrać z huczną atmosferą karnawału zielonogórskiego Winobrania, dostający skrzydeł kiedy był grany w plenerze.

fot. Fot. Waldemar Szmidt / archiwum autora

A przecież to był spektakl – chciałoby się powiedzieć - „kieszonkowy”. Autorka scenografii, Ewa Strebejko, użyła mistrzowskiego sposobu - prostoty i skromności. Był to najprostszy i najtańszy spektakl w historii tego teatru. Księgowa Teatru, pani Krystyna Polcyn, przecierała oczy ze zdumienia. Wszystkie kostiumy zostały uszyte z beli czarnego materiału zalegającego w teatralnym magazynie, używane były zaledwie dwa rekwizyty: lampka oliwna i kostur Terezjasza.

Realizatorzy spektaklu może nawet nie rozmawiali wtedy o idei „teatru na pustej podłodze” Tadeusza Łomnickiego, w którym „podstawę wyrazu stanowiło ciało aktora, jego głos, ruch, ekspresja”, ale dokładnie się w nią wpisali. Czarne kostiumy, subtelnie nawiązujące do antycznego kroju, nie zasłaniały tylko pobielonych (a przez to jeszcze bardziej wyrazistych) twarzy i dłoni. Jedynym ozdobnikiem (bardziej znakiem) były paski złotej tasiemki (namiastka korony) wokół głowy postaci związanych z dworem królewskim. A jednak te oszczędne środki dawały wrażenie bogactwa.      

Spektakl nie był wpisany w żadną ściśle określoną przestrzeń – tak, aby zgodnie ze statutem instytucji objazdowej – mógł zaistnieć wszędzie. Zaczęło się od wyjazdowej premiery w Żarach (7 V 1993 r.), pod gołym niebem, na rozstawionych w parku otaczającym Żarski Dom Kultury podestach, rodzaju agory, bez ramy scenicznej i kulis, widzowie stali wokół niej podczas niespełna godzinnego przedstawienia.   

Następnego dnia odbyła się premiera zielonogórska – znowu pod gołym niebem: w postindustrialnej ruinie na teatralnym podwórzu. Ruina stała i niszczała od lat, w jej wnętrzu rosły paroletnie już brzózki i zielska, a same mury nabrały patyny i malowniczości. Widzowie byli usadowieni wśród tej dzikiej zieleni skąpanej w świetle reflektorów, wokół nich toczyła się akcja greckiej tragedii, Antygona szła na śmierć ponad ich głowami na tle wieczornego nieba, po pozostałości starej konstrukcji – po belce stropowej zniszczonej przez wiatr i deszcz. Miała związane ręce, czasem towarzyszyły jej gromy letniej burzy lub strugi deszczu.  

Ten spektakl stworzony był dla pleneru. Grany na stopniach kościoła (w Szprotawie), w zabytkowych ruinach zamku (w Międzyrzeczu), przytulony do ściany zabytkowego obiektu (w Głogowie przy Teatrze Gryphiusa – wtedy jeszcze w ruinie; do kościoła Mariackiego w Krakowie), na dziedzińcu Zamku Lubomirskich w Rzeszowie – właśnie w strugach ulewnego deszczu, nocą nad jeziorem przy rozpalonym ogniu lub przy pochodniach, stawał się wstrzymującym wszelki gwar misterium.              

fot. Fot. Waldemar Szmidt / archiwum autora

„Antygona” z roku 1993 wygrała zarówno z winobraniowym karnawałem  - przyciągając liczną publiczność do poniemieckim grobowcu w Parku Tysiąclecia w Zielonej Górze (patrz: relacja Danuty Piekarskiej w „Gazecie Lubuskiej” z 22 września 1995 pod znamiennym tytułem „Antygona była trzeźwa”), jak i z gwarem gości warszawskiego „Lapidarium” siedzących pod parasolami przy stolikach z piwem podczas II Konkursu Teatrów Ogródkowych w Warszawie; nawet otrzymał wtedy nagrodę za reżyserię i kreację aktorską.

Reżyser nosił się z pomysłem zagrania zielonogórskiej „Antygony” podczas jednego z wyjazdów Teatru Lubuskiego do Francji - późnym wieczorem pod wieżą Eiffla. Znane wszystkim arcydzieło w sugestywnym ujęciu plastycznym Ewy Strebejko, przy ekspresyjnej grze aktorów - nawykłych do pleneru - i tam miałoby swoją przykuwającą uwagę magię, czytelną ponad barierą języka. Mieliśmy przecież za sobą francuskie prezentacje spektaklu „Miniatury”. Zespół był obyty z Paryżem.       

Objazd, szczególnie ten plenerowy, często zaskakujące warunki gry, uczył naszych aktorów elastyczności, czujności i bycia w ciągłej gotowości. W Zielonej Górze istniał zespół aktorski przyjmujący wyzwania, które funduje objazdowy poligon, zespół, który wracał do swojej stałej siedziby coraz sprawniejszy,  jego talenty, które wcześniej tylko nieśmiało dawały o sobie znać, teraz jaśniały pełnym blaskiem.  

Czas ujawnić obsadę „Antygony” Teatru Lubuskiego w Zielonej Górze z roku 1993: Antygona – Tatiana Kołodziejska, Ismena – Ewa Sikora, Kreon – Jerzy Glapa, Hajmon – Janisz Młyński, Eurydyka - Iwona Kotzur, Terezjasz - Wojciech Romanowski, Strażnik i Posłaniec - Sławomir Krzywiźniak, Chór – Beata Zygmuntowicz /(w późniejszych latach) Elżbieta Donimirska. Każde ogniwo tej obsady brzmiało czysto, było doskonałe. Reżyserował Waldemar Matuszewski.   

Jeden element tajemnicy lubuskiej „Antygony” z roku 1993 nie ulegał wątpliwości  – tłumaczenie Stanisława Hebanowskiego, który był kierownikiem literackim tego teatru w latach 1960-63, a sam spektakl powstał w dziesiątą rocznicę śmierci tłumacza i był połączony z nadaniem Jego imienia sali kameralnej Teatru. Hebanowski się nam odwdzięczył!  Prostota i poezja tego przekładu czyniła tekst „Antygony” i pięknym, i całkowicie współczesnym. Szczególną urodę posiadały pieśni chóru (w naszym przedstawieniu ten chór był jednoosobowy). Opracowanie muzyczne reżyser powierzył młodemu teatralnemu akustykowi – Radosławowi Stelmachowi, który sięgnął po muzykę współczesną spod znaku Ennio Morricone. 

Poetycki i wzniosły (ale nie pompatyczny) przekład Stanisława Hebanowskiego, antyczne i współczesne zarazem (ale i neutralne, nie dominujące aktora) kostiumy, makijaż aktorów - autorstwa Ewy Strebejko, muzyka wybrana przez Radosława Stelmacha, skromność inscenizacyjna w połączeniu z żarliwym i otwartym na wciąż zmieniające się warunki sceniczne aktorstwem, dały efekt pełen piękna i tajemnicy. 

Późniejsze próby przeniesienia „Antygony” tłumaczonej przez Stanisława Hebanowskiego na scenę pudełkową już tej magii nie miały, ale spektakl zagrany w wieczornych warunkach plenerowych (przy wiejskim kościółku w Gieczu koło Poznania, nieopodal cmentarzyka, na którym spoczywa tłumacz Sofoklesowej tragedii) tę magię znowu odzyskiwał.

Źródło:

Materiał nadesłany