28.09.2020, 09:18 Wersja do druku

Tadeusz Nyczek: szukaliśmy na otwarcie nowej sceny mocnej, współczesnej sztuki

Szukaliśmy na otwarcie nowej sceny mocnej, współczesnej sztuki dla czwórki naszych lekko starszych wiekiem aktorów, których w zespole mamy dostatek i to świetnych; dlatego wybraliśmy "Kwartet" Ronalda Harwooda - powiedział PAP kierownik literacki Teatru Ateneum w Warszawie Tadeusz Nyczek.

mat. teatru

Polska Agencja Prasowa: Teatr Ateneum otworzy nowy sezon 3 października premierą "Kwartetu" Ronalda Harwooda w znakomitej obsadzie i w reżyserii Wojciecha Adamczyka. Co ważne, będzie to zarazem otwarcie nowej, czwartej już sceny Teatru Ateneum w budynku Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) przy ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 35. Skąd wziął się pomysł na tę scenę?

Tadeusz Nyczek: To była poniekąd konieczność. Nasz teatr od paru lat zbiera się do generalnego remontu całego budynku kolejarskiego przy ul. Jaracza 2, w którym występujemy. Ten budynek znajduje się w fatalnym stanie technicznym, ponieważ nie był remontowany kilkadziesiąt lat i jego "zaawansowanie" techniczne jest na poziomie Bangladeszu. Wszystko się sypie, instalacje są przestarzałe, nie ma odpowiednich zabezpieczeń przeciwpożarowych itd.

Kilka lat temu wystąpiliśmy do władz Warszawy o taki remont, który miasto musi sfinansować jako właściciel Ateneum. Te rozmowy trwały jakiś czas, a my po drodze przymierzaliśmy się do pewnych rozwiązań na okres, gdy teatr będzie zamknięty i nie będą działać wszystkie nasze trzy sceny - główna, Scena 61 i Scena na Dole. Dlatego jeszcze za dyrekcji Andrzeja Domalika, potem chwilowo mojej, szukaliśmy w Warszawie różnych miejsc do grania spektakli, które mamy w repertuarze. Nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, w której Ateneum na rok lub dwa mogłoby całkiem stanąć. Po rozmowach z dyrektorami gościnnych teatrów warszawskich nagle pojawiła się możliwość, że tuż obok, w budynku ZNP znajduje się duża, właściwie mało używana sala konferencyjna, którą da się pewnym nakładem środków technicznych przerobić na scenę. Najpierw to miała być przejściowa inwestycja na okres remontu, a potem w trakcie negocjacji finansowych i technicznych doszliśmy do wniosku, że po prostu warto tam zbudować całkiem nową scenę na dłuższy okres. W tej chwili, jeśli dobrze pamiętam, kontrakt z ZNP jest zawarty na 10 lat.

Trzy lata temu podpisaliśmy z ZNP umowę na tę budowę. Wszystkie procedury zostały wykonane. Rok temu w maju rozpoczęła się budowa, która zakończyła się w marcu. Miało być uroczyste otwarcie w Międzynarodowym Dniu Teatru premierą "Kwartetu" - i wszystko pokrzyżował koronawirus.

PAP: A skąd jej nazwa - Scena 20? Dodajmy, że liczyć będzie 228 miejsc i będzie wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt techniczny oraz system do projekcji multimedialnych.

T. N.: Nazwa wzięła się po prostu od daty - 2020. Przypomnę, że nasza druga, mała scena nazywa się Scena 61. Co prawda została oddana do użytku w grudniu 1960 r., ale pierwsza premiera odbyła się w styczniu 1961 r. Stąd jej nazwa. Doszliśmy do wniosku, że warto podtrzymać tę tradycję nazewniczą.


PAP: Na inaugurację Sceny 20 wybrali państwo "Kwartet" Harwooda w reżyserii często współpracującego z Ateneum Wojciecha Adamczyka.

T. N.: To reżyser naszego największego przeboju w dziejach Teatru Ateneum - "Kolacji dla głupca".

Niedawno usiłowaliśmy w koleżeńskim gronie w teatrze ustalić, kto wymyślił tę propozycję. Czy to był Wojciech Adamczyk, a może ktoś z nas? Nie doszliśmy do tego. Natomiast prawdą jest, że szukaliśmy na otwarcie nowej sceny mocnej, współczesnej sztuki dla czwórki - w istocie będzie to piątka, jedna rola jest dublowana - naszych lekko starszych wiekiem aktorów, których w zespole mamy dostatek i to świetnych. Dlatego wybraliśmy "Kwartet". Zagrają Magdalena Zawadzka, Marzena Trybała na zmianę z Sylwią Zmitrowicz, Krzysztof Gosztyła i Krzysztof Tyniec.

Myślę, że to jest sztuka, która jest, że tak powiem, "wieczna". Można ją grać w każdym czasie i miejscu na świecie. Pamiętamy wspaniały film z 2012 r. w reżyserii Dustina Hoffmanna. To wiecznie żywy, przejmujący temat artystów na emeryturze. Co zrobić z emerytowanymi artystami, których jeszcze na coś stać, nie chcą odejść w zupełne zapomnienie, a jednak już nikt ich na scenę nie chce wpuścić. Prywatne po-sceniczne życie wielkich artystów. Fascynujący temat.

PAP: A już 27 września - wielkie wydarzenie. Pokażą państwo tysięczne przedstawienie "Kolacji dla głupca" Francisa Vebera w reżyserii Wojciecha Adamczyka z Krzysztofem Tyńcem i Piotrem Fronczewskim w rolach głównych.

T. N.: To prawda. Przyznam, że to jest nasze największe zdumienie, bowiem "Kolacja dla głupca" nie była tytułem nieznanym. Nasz spektakl nie był prapremierą. "Kolację" grywano w niejednym teatrze... Z tego, co wiem, nigdzie nie odniosła takiego sukcesu. Był nienajgorszy film z 1998 r., za scenariusz do którego Francis Veber dostał Cezara, ale też nie było to jakieś arcydzieło.

Powiem szczerze, że i sam tekst nie jest specjalnie porywający, niezwykły. To nie jest "drugi +Król Edyp+". Owszem, bardzo sprawnie napisana, inteligentna, ze świetnymi dialogami komedia o poważnej sprawie, jaką jest upokarzanie kogoś słabszego.

Jednak coś takiego zaszło, że aktorzy wraz z reżyserem potrafili wytworzyć taki rodzaj klimatu na scenie, taki rodzaj dramatycznego, choć i komediowego napięcia, iż ten tytuł hula w Ateneum prawie 20 lat. I to ciągle z kompletami widzów.

PAP: Premiera "Kolacji dla głupca" odbyła się w maju 2001 r. Czy widzowie mogą mieć nadzieję, że ten tytuł będzie grany do maja 2021 r., wtedy świętował będzie sceniczne dwudziestolecie?

T. N.: Mam nadzieję, że będzie grany, i że aktorzy się w końcu nie zbuntują. Bo przyznam, że co parę lat niektórzy przychodzą do nas i mówią: " może byśmy już sobie dali spokój z tą +Kolacją+?, bo sami nie możemy dłużej tego słuchać". Zresztą, co zabawne, kiedy pojawił się niedawno pomysł zweryfikowania z tłumaczką obecnego stanu tekstu na scenie - projekt szybko upadł. Okazało się, że po tylu latach aktorzy zbyt często mówią własnymi tekstami... Ale to świadczy przede wszystkim o tym, że próbują ciągle w tym spektaklu dobrze się czuć i nie popadać w rutynę.

mat. teatru

PAP: 1 września zainicjowali państwo w Internecie cykl "Jak z Mrożka".

T. N.: To typowa produkcja, jak to się mówi, online. Przygotowany 10-odcinkowy cykl dwu-, trzyosobowych mikrospektakli w reżyserii Pawła Dangla powstał w ramach programu MKiDN "Kultura w sieci". Prezentacje aktorów w sieci w okresie pandemii koronawirusa bywały zazwyczaj bezpłatne. Te filmiki będą jednak płatne w ramach wspierania finansów aktorów pozbawionych normalnych dochodów.

Ciekawa przygoda, bo to są teksty napisane przez Sławomira Mrożka we wczesnych latach 60. dla wówczas bardzo popularnej kabaretowej audycji radiowej "Podwieczorek przy mikrofonie". Mrożek te teksty napisał dla konkretnego aktora - Edwarda Dziewońskiego - który je co tydzień wygłaszał w warszawskiej kawiarni "Stolica". Były niezwykle zabawne i cieszyły się ogromnym powodzeniem.

To są parominutowe opowiadanka z życia pewnego PRL-owskiego zakładziku pracy. Występują w nich prezes, księgowy, magazynier, referent itd. Wszystko utrzymane w Mrożkowskim, groteskowo-satyrycznym stylu z tamtych lat. W głównej roli zawsze występuje przemądrzały prezes otoczony lizusami.

Po kilkudziesięciu latach od ich napisania nadal odkryć tam można sporo aktualności.

PAP: Jaka będzie kolejna premiera po "Kwartecie" Harwooda?

T. N.: W drugiej połowie października ma się odbyć przez wiele miesięcy przygotowywana, ale przez pandemię odwołana, prapremiera kompletnie w Polsce nieznanej sztuki "Ława przysięgłych" wybitnego czeskiego dramaturga i powieściopisarza Ivana Klimy. Obok Vaclava Havla i Bohumila Hrabala to najbardziej znany na świecie czeski autor współczesny. Nie liczę Milana Kundery, który ma się za pisarza francuskiego. U nas jakoś teatry Klimę omijały, wydawcy zresztą z nielicznymi wyjątkami też.

Janusz Anderman, który jest nie tylko pisarzem, ale i tłumaczem z czeskiego, wpadł na tę sztukę jakieś 30 lat temu. To jest utwór napisany jeszcze przed 1968 r., czyli przed "bratnią pomocą" wojsk Układu Warszawskiego. "Ława przysięgłych", bo tak się rzecz nazywa, miała przed '68 premierę w Czechach, ale że rychło okazała się mało cenzuralna, poszła w zapomnienie. Anderman ją wygrzebał, przetłumaczył i opublikował w "Brulionie", jednym z podziemnych pism w Polsce w latach 80. Kilka lat temu, znalazłszy numer z tym tekstem, przyniósł ją do nas. Myśmy ją przeczytali i zachwycili się tą niezwykłą "sądową groteską". Opowiada o posiedzeniu ławy przysięgłych w pewnym sądzie, która to ława ma rozstrzygnąć dosyć szokującą sprawę. Prawdziwy kryminał z tysiącem podtekstów.

Do jej realizacji poprosiliśmy czeskiego reżysera Jakuba Kroftę, który mieszka w Warszawie i od kilku lat jest dyrektorem Wrocławskiego Teatru Lalek. Świetny skądinąd reżyser, głównie przedstawień lalkowych dla dzieci, ale zajmuje się też z sukcesami teatrem dla dorosłych, pracując na licznych scenach Europy. Od kilku tygodni trwają próby tego przedstawienia.

PAP: Następna propozycja w repertuarze Teatru Ateneum?

T. N.: To będzie rzecz na małą scenę, kameralne dwuosobowe przedstawienie. Sztuka nosi tytuł "Kto odkrył Amerykę?". Jej polską prapremierę w reżyserii Macieja Wojtyszki w tych dniach przygotował łódzki Teatr Nowy.

To sztuka współczesnej, greckiej dramaturżki Chrisy Spilioti. Niestety, już nieżyjącej, bo kilka lat temu zginęła we własnym domu na Krecie podczas wielkich pożarów na tej wyspie. Utwór, jak wspomniałem, dwuosobowy, konkretnie na dwie aktorki. Smak sztuki polega na tym, że to historia dwóch kobiet - od dziewczynek do staruszek. Spotykają się jako paroletnie kuzynki w przedszkolu - a kończą w domu starców jako dwie zgryźliwe staruszki.

Fantastyczny materiał teatralny dla reżysera i aktorek, w którym można pokazać cały pawi ogon aktorskiego talentu. Premierę planujemy w lutym 2021 r.

Najprawdopodobniej ostatnią premierą w sezonie 2020/21 będzie "Don Juan" Moliera. Niestety, względy finansowo-pandemiczne na realizację większej liczby premier nam nie pozwolą.

Premierę "Don Juana" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego planujemy wiosną 2021 r. Mikołaj Grabowski wystawił u nas wcześniej z wielkim sukcesem "Cesarza" wg Ryszarda Kapuścińskiego i jesteśmy bardzo ciekawi, jak poradzi sobie z tym arcyklasykiem. To już będzie potężny sprawdzian, ale liczymy na wciąż świeżą i odkrywczą wyobraźnię Grabowskiego. Pomysłów interpretacyjno-obsadowych oczywiście nie zdradzę.

PAP: Kiedy rozpocznie się remont generalny budynku Teatru Ateneum przy ul. Jaracza 2?

T. N.: Wszyscy liczymy, że nareszcie rozpocznie się w przyszłym roku. Najprawdopodobniej potrwa dwa lata - i w związku z tym, od sezonu 2021/22 zapraszać będziemy widzów przede wszystkim na Scenę 20.

Ciągle jeszcze szukamy innych miejsc w Warszawie dla naszych kilku kameralnych spektakli. Scena 20 obsłuży z nawiązką repertuar z naszej dużej sceny, bo parametrami są bardzo podobne. Zapewne przeniesiemy tam coś z mniejszych scen, ale nie wszystko się da zagrać w nowej przestrzeni, za duży tłok albo miejsce się nie będzie nadawało.

Mam nadzieję, że uda nam się w pełni ocalić repertuar Teatru Ateneum.


Źródło:

PAP

Autor:

Grzegorz Janikowski

Tematy w toku