Logo
Recenzje

Tadeusz Miciński, Jan Klata, Bill Clinton, Jarosław Marek Rymkiewicz

15.12.2025, 14:25 Wersja do druku

„Termopile polskie" Tadeusza Micińskiego w reż. Jana Klaty w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Grzegorz Kondrasiuk na swoim profilu Facebookowym.

fot. Karolina Jóźwiak/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Do Teatru Narodowego w dniu inicjalnej premiery nowego dyrektora, Jana Klaty, wchodzi się po leżących w drzwiach tekturach z twarzą Putina, a foyer pokrywa „graffiti” z cytatami z Tadeusza Micińskiego, zapewne z pietyzmem naklejone przez pracownię scenograficzną Teatru, tak żeby nie zniszczyć ścian. To są łatwe i tanie chwyty, w stylu pogróżek Hołowni. „A ti, a ti, niedobry Putinie, idę po ciebie!” – wszystko to wśród wypolerowanych marmurów i luster, na potrzeby epatowania burżuja, czyli zasadniczo w miarę dobrze sytuowanej i wychowanej widowni Narodowego.

Jak widać, nowy dyrektor dosiadł swojego ulubionego konika, prowokacji, albo, jak to się dziś mówi, trollingu. Wystawił „Termopile polskie”, ściślej mówiąc – wznowił rzadko grany tytuł, który odkrył dla siebie dekadę temu, we wrocławskim Teatrze Polskim. Ale, pomimo trollingu i sięgnięcia do szuflady z dawnymi pomysłami, pomimo że teatr Klaty, eufemistycznie mówiąc, mnie nie porywa i nie urzeka, to uważam ten wybór tytułu na otwarcie nowego okresu Teatru Narodowego za niezwykle trafny wybór. Gdzie, jeśli nie w Narodowym, mamy rozmawiać o patriotyzmie, księciu Pepi, królu Stasiu, o carycy Katarzynie, ruskich rubelkach – o Polakach? Dyrektor wraca do kwestii – wedle celnego określenia pewnego pisarza – „wiecznego Grunwaldu”, pól bitewnych, na jakich ponoć ciągle przebywamy – wedle innego celnego określenia pewnej badaczki romantyzmu – „z naszymi umarłymi”. 

Jest to w długim życiu naszej narodowej sceny moment ciekawy, bo równocześnie idzie też cały czas pożegnalny „Hamlet” Jana Englerta, mniej więcej o tym samym, ale z użyciem bardziej konwencjonalnych środków wyrazu. Ciekawe, który spektakl zejdzie wcześniej, a na który publiczność będzie „głosowała nogami”? I jeszcze jedna uwaga – Jan Klata, ze swoimi pomysłami nie jest też zbyt rozpoznany, mimo wszystko, w głównym nurcie kultury, więc zapewne okres jego dyrekcji spopularyzuje ten głos i to podejście do literatury.

Zatem – dramat Micińskiego, opatrzony dedykacją: „Wielu znanym i nieznanym – zacnym ludziom w Polsce – a w przeciwieństwie do nich – tym, którzy szargają imię Polski, którzy nie czynią wszystkiego dla zapalania Znicza na górach i zasiania ziaren na padołach – ku rozwadze i w ostrzeżenia poświęcam”. Jego centralna kwestia to: bić się i zginąć, czy nie bić się i pójść w niewolę. „Wy zawsze chcecie szukać furtek do życia. Ja życie kocham, ale nie szukam furtek jego nigdy. Musi być ktoś, co zaświadczy, że Polska nie jest na kompromisach oparta.” I jeszcze, wykorzystany w spektaklu, najsłynniejszy cytat, efekt legendy bohaterskiej, wzrastającej zaraz po śmierci księcia, potęgującej się od czasów Królestwa Warszawskiego: „Bóg mi powierzył honor Polaków – oddam go tylko Jemu!”. Tak miał – już w przestrzeni mitu – powiedzieć, rzucając się w feralną przeprawę przez Elsterę, ranny książę Poniatowski. 

Ekspresjonistyczny, przypisywany do Młodej Polski dramatopisarz i mistyk Tadeusz Miciński należał do twórców wizyjnych. Zaprojektował w tekście koncept jego wystawienia – teatr gasnącej świadomości księcia Józefa. Na owe czasy, sam początek XX wieku, niezwykle nowoczesny, dość powiedzieć że wieloma ówczesnymi, antyrealistycznymi pomysłami dramaturgicznymi i teatralnymi (tzw. Wielka Reforma) dzisiejsi twórcy obficie karmią się do dziś, nie przejmując się copyrightem. „Termopile…” rozgrywają się w „okamgnieniu”, w głowie Tonącego Księcia (właściwy tytuł dzieła brzmi „W wodach Elstery”, tytuł którym się posługujemy jest pomyłką edytorską). A Klata który, zgodnie ze swoim teatralnym charakterem pisma, wizji autora przeciwstawił wizję własną, równie sugestywną. Mgła płoży się po pokrywającym całą scenę Narodowego kartoflisku, po którym unosząc nogi, będą chodzić w tę i z powrotem karykatury postaci historycznych – nie ma tu wód Elstery, jest stopniowo coraz bardziej rozsypująca się na wszystkie strony ziemia. Polacy – kartofle? Cóż za głębia… Chciałoby się więc wrócić do Micińskiego, sięgnąć po książkę, nie ufać. Czujność wzbudza sam fakt, że Klata lubi takie patriotyczne i ideowe kawałki, na których sobie może po swojemu poswawolić. Lubi też sceny oniryczne i nierealistyczne, które uruchamiają w nim obrazy teatralne. Obficie oblewa je muzyką ze swojej playlisty (od lat mocne odmiany metalu), w groteskowej, uproszczonej stylistyce, kojarzącej się (przynajmniej niżej podpisanemu) z komiksem i kreskówkami. Luźno odnosząc się do inscenizowanych tekstów, odzwierciedlają za to reżyserski gust i smak, nawiasem mówiąc śmiem wątpić, czy są czytelne dla naszej młodzieży, chyba takiej, która kojarzy z wczesnej młodości zespół Siekiera.

I tak kluczową dla znaczenia całości scenę prologu na polu bitwy pod Lipskiem Klata ustawił pod gęste gitarowe riffy wykonywane na żywo przez zespół Gruzja, z tekstem Dominika Gaca, wyświetlanym ogromnymi literami na całą szerokość horyzontu. „Nowa Aleksandria”, pioseneczka nawiązująca i muzyką i tekstem do pamiętnego zespołu Siekiera, ale też swobodnie miksująca, z perspektywy 2025 roku, na nie do końca jasnych zasadach to i owo z polskiego imaginarium i z globalnej popkultury. „verdun waterloo / auschwitz i brugge / hogwart mielno rzym / norymberga charków / katyński spleen”. 

fot. Karolina Jóźwiak/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Właśnie taki to jest spektakl, mieszający sprzeczne jakości, płytkie, jednowymiarowe skojarzenia z pięknymi obrazami i wielopiętrowymi narracjami, kontekstami wprowadzonymi przez autentyczne postaci politycznych graczy tego czasu i z poezją Micińskiego. Klata rozbija patos, reprezentowany przez księcia Józefa, i w drugiej części spektaklu także przez Tadeusza Kościuszkę, tanimi chwytami z repertuaru estetyki campu. Zaczyna się od karykatury polskiej Piety, z Witą w czerwonej sukni, kojarzącą się tyleż z polską matką, co z muzą rewolucji (Anna Grycewicz) i niskorosłym Witoldem (Arkadiusz Pyć), umierającym chłopcem-patriotą, za dużym hełmie odsyłającym do symbolicznej postaci Małego Powstańca. Potem są erotyczne tańce kochanków Carycy Katarzyny (pokazanych jako drużyna ruskich hokeistów), taniec Stanisława Augusta w baletowej paczce przed Carycą, i tak dalej. Stopniowo staje się jednak jasne, że, mimo tego wszystkiego, nie zamierza Klata wpisywać się w obowiązującą obecnie na większości scen ojkofobiczną i antyromantyczną sztampę. Nowemu dyrektorowi Teatru Narodowego nie chodzi o opluwanie martyrologii i romantycznego dziedzictwa, albo raczej, nie tylko o to. Jest to raczej efekt uboczny. Chodzi o przyglądanie się, co z dziedzictwa honoru Polaków zostało dziś.

W spektaklu nie ma aluzji politycznych do polskiej sceny politycznej. Za to - mnóstwo odniesień do wojny na Ukrainie, łącznie z użyciem ujęć z drona, unoszącego się nad leżącym na kartoflisku-pobojowisku, ubranym w współczesny mundur księciem Józefem. Dziś obrazu te natychmiastowo odsyłają nas do transmitowanych online obrazów śmierci, do grozy współczesnego pola bitwy, tego najnowszego gatunku pornografii. Użycie tego znaku jest dla mnie skandalem, największym nadużyciem tego spektaklu, gdzie w imię sprawnej, dobrze wyglądającej, fachowo zmontowanej narracji kaleczy się wrażliwość ofiar współczesnej wojny i pamięci o nich.

Jest w „Termopilach polskich” mnóstwo kapitalnych, aforystycznych zdań, to gęsta materia od której można się odbić. Jest też sporo paradoksów. W finale dwa najmocniejsze monologi należą do bohatera i do zdrajcy: do Tadeusza Kościuszki (Cezary Kosiński, ucharakteryzowany na kowboja, ze swoim poczciwym emploi z którego pokazowo wydobywa się w finale) i groteskowo pokazany ośmieszany raz po raz król Poniatowski (Jerzy Radziwiłowicz, znakomity, dodający od siebie warstwę tragizmu do płaskiego ujęcia reżysera, dublura z Janem Fryczem).

Odnosząc – pośrednio – współczesną Polskę do pokazanego w dramacie upadku I Rzeczpospolitej, zestawiając ją z mitem Termopil, monologi te, mówione wprost do publiczności, zmuszają do przemyślenia naszego stosunku do wojny. Są też oskarżeniami o gnuśność i konformizm. 

Tylko – co w zasadzie mamy zrobić po wyjściu z teatru? Klata moralizuje, przypomina o wartościach, ale za pomocą świetnego aktorstwa (byłbym zapomniał – Danuta Stanka jako Caryca Katarzyna! Hamerski jako Patiomkin! Karol Pocheć jako Książę!), w ciepełku najpotężniejszego teatru w Polsce. Przypomina Warszawie o istnieniu patriotyzmu, odwołując się do estetyki buntu i kontrkultury, ale nie ma w tym ryzyka, bo sytuacja w której mówi to ryzyko obezwładnia. To narkotyk patriotyzmu, owszem, dla niektórych niebezpieczny, ale przypominający trawkę Billa Clintona, to się pali, ale się tym nie zaciąga. To i tak jest za dużo w stosunku do stanu świadomości sporej części publiczności warszawskiej – jak wyczytać z recenzji krytyka, redaktora, opiniotwórcy i profesora Akademii Teatralnej, Tomasza Platy, opublikowanej na stronie internetowej teatr-pismo.pl. Drażni ją zapewne scena prowokowania do wspólnego zaśpiewania hymnu. To prowokacja, ale otwierająca przestrzeń do zademonstrowania uczuć patriotycznych. Scena denerwująca – i prawą i lewą stronę, każdą z innego powodu. Ale o to przecież Klacie chodzi. Bo jak wiadomo – a dowiadują się właśnie szersze niż do tej pory kręgi publiczności – teatr Klaty karmi się dezorientacją, nigdy nie wiadomo, czy mówi, poprzez postaci i inscenizowane teksty ironicznie czy afirmatywnie, czy i to, i to. 

Nie wstałem do hymnu. Narodowy hymn w teatrze to jak modlitwa w teatrze - są nieprawdziwe (zresztą, Klata powtórzył ten sam chwyt, co z śp. Ewą Dałkowską w "Matce Joannie" w Nowym, która jako przeorysza wzywała do odmówienia "Ojcze Nasz", i do narodowego nawrócenia, już po oklaskach). Zamiast tego wyobrażałem sobie, jaki tekst byłby prawdziwym trollingiem w stylu Klaty, bez półśrodków i sięgania do szuflady. Oczywiście – „Wieszanie” Rymkiewicza.

PS Warto też przejrzeć program do spektaklu, oparty na świetnym koncepcie przestrzennym, pokazujący, poprzez losy pomników, jak wokół placu Saskiego zagęszczała się przestrzeń symboliczna. Choćby też po to, by odkryć grozę zdjęcia wykonanego w 1944 roku, pokazującego pomnik księcia Józefa na tle palącej się Warszawy, tuż przed jego wysadzeniem przez Niemców, po klęsce Powstania (przed pałacem prezydenckim od roku 1965 stoi jego kopia).

Tekst powstał w ramach stypendium ze środkow KPO dla Kultury. 

***

Tadeusz Miciński, „Termopile polskie” 

reżyseria, adaptacja, opracowanie muzyczne: Jan Klata

premiera: 22 listopada 2025 – na 260-lecie Teatru Narodowego

Tytuł oryginalny

Tadeusz Miciński, Jan Klata, Bill Clinton, Jarosław Marek Rymkiewicz

Źródło:

www.facebook.com/grzegorz.kondrasiuk
Link do źródła

Autor:

Grzegorz Kondrasiuk

Data publikacji oryginału:

08.12.2025

Sprawdź także