- Jego teatr to ani teatr absurdu, ani instalacja plastyczna, ani zawody gimnastyczne. Raz podstawą scenariusza jest klasyczny autor jak Goethe czy Czechow, innym razem publicystyczne śmieci. "Muszka owocówka" pokazywana podczas wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej to kwintesencja stylu Christopha Marthalera. I choć ciągle nie powstała dadaistyczna opera, ten reżyser jest najbliżej wypracowania jej wzorcowej formuły - o spektaklu berlińskiego teatru Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz pisze Łukasz Drewniak w Dzienniku.
Swego czasu jadąc z Berlina na festiwal Dialog we Wrocławiu, Christoph Marthaler i jego scenografka Annie Viebrock mieli przesiadkę w Poznaniu. Pomylili pociągi, wysiedli na niewłaściwej stacji i w ciepłe październikowe przedpołudnie znaleźli się w Gnieźnie. Łażąc po mieście, trafili na ślub w starym kościółku. Ubrany w jasną marynarkę i słomkowy kapelusz brodaty jowialny grubas Marthaler wpakował się w sam środek ceremoni. Z otwartymi ustami przyglądał się twarzom weselników i rytuałom. Słuchał organowej muzyki i śpiewu prowincjonalnego chóru. Toż to przestrzeń i bohaterowie jak z jego teatru! Marthaler wmieszał się w tłum, winszował po niemiecku i francusku państwu młodym i choć nikt nie widział, kim jest, o mało co nie załapał się na popijawę. Tylko kategoryczny telefon od organizatorów festiwalu przywołał go do porządku. Jest w tej anegdocie cała esencja Marthalerowskiego teatru: zachwyt chwilą, oglądane okiem etnografa c