„Bez alko i dragów jestem nudna” wg scenar. i w reż. Miry Mańki w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Anita Nowak.
„Bez alko i dragów jestem nudna” to tytuł książki, w której Marta Markiewicz spowiada się czytelnikom z trzynastu lat swej narkomańskiej przeszłości. Już na wstępie próbuje tłumaczyć się z powodów sięgnięcia po alkohol i substancje psychoaktywne.
Kompleksy, niedowartościowanie, wstyd przed obnażeniem swej nieatrakcyjnej osobowości, a i zastrzeżenia do niedoskonałości ciała. Usprawiedliwieniem ma też być zdiagnozowana przez specjalistów nadwrażliwość emocjonalna. Marta, dziś również terapeutka, jest w tej swojej relacji z epoki ćpania, do bólu wręcz szczera. Nie pomija najbardziej nawet intymnych szczegółów. Pokazuje ciernistą drogę do trzeźwości i wreszcie radość z wyzwolenia.
Niewielkiego formatu (17,5 x 12,5 cm) książeczka, licząca 225 stron, choć ma aż czworo redaktorów i korektorkę, od strony literackiej i językowej ideałem nie jest. Ale dla bardzo dobrej aktorki przy współpracy z takimż reżyserem mogłaby stanowić doskonały materiał na monodram.
Tymczasem Mira Mańka wpadła na inny pomysł wprowadzenia tego tytułu na scenę. Rozdzieliła postać Marty pomiędzy kilkoro aktorek: Adę Dec, Julię Sobiesiak- Borucką, Mirkę Sobik i Zofię Stafiej. Wprowadziła też postać Igora (Tajchmana), który raz gra pacjenta, raz psychoterapeutę. Trochę przydługą w książce historię Marty nieco skróciła, delikatnie wzbogacając kwestie wspomnianych postaci o zwierzenia jeszcze kilku innych osób mających podobne doświadczenia.
Scenografka Katarzyna Sobolewska ustylizowała przestrzeń na wnętrze odwiedzanego przez młodzież klubu, Magda Dubrowska przydała stosownego do klimatu takich miejsc dźwięków muzycznych, a światła Klaudyny Schubert wzmacniały doznania płynące z wyznań bohaterów. Znakomicie zaistniał ten spektakl od strony choreograficznej. Dominik Więcek nie tylko doskonale zakomponował sceny ruchowe, w których uczestniczy cały zespól, ale też zaprogramował od tej strony każdą postać oddzielnie. W efekcie we współpracy z projektantką kostiumów, Katarzyną Sobolewską, stworzyli ciekawy wizualnie tłumek oryginalnych typów i typiar szalejących na klubowych dyskotekach. Ale nie tylko, bo każda z postaci wyglądem i ruchem inaczej oddawała przekazywane treści. Wizualnie i brzmieniowo było super.
Gorzej z treścią. W przekazie słownym nie odnalazłam niczego, o czym każdy widz by nie wiedział.
A kto jest adresatem tego spektaklu? Chyba nie młodzież. Ona doskonale zna te problemy. Nie insynuuję, że z autopsji, ale z obserwacji życia wokół siebie i z mediów na pewno. Ćpuny do teatru raczej nie przyjdą. Więc kto? Rodzice. Bo to oni winni zadbać o głębszą więź z dziećmi. No i nauczyciele, wychowawcy, pedagodzy szkolni; zamiast stosowania represji, słania uwag w e-dzienniczkach do rodziców, poświęcać uczniom więcej uwagi, okazywać ciepła i sympatii.