„Elizabeth Costello” wg tekstów Johna Maxwella Coetzeego w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Wszystkich.
Inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego w warszawskim Nowym Teatrze to próba dogłębnego przyjrzenia się nie tylko tytułowej postaci. To spektakl o złożoności istnienia, płynności granic, porządku świata i drodze, którą pokonuje każdy z nas. Ku starości. Ku śmierci.
Nie żyje, ale żyje. Niby nie istnieje, ale rozpycha się łokciami – w kolejnych książkowych akapitach, na teatralnych scenach, na wykładach i galach. Elizabeth Costello to przedziwna postać. Fikcyjna, ale jednak istniejąca poza ramą wyznaczoną przez swojego twórcę, Johna Maxwella Coetzeego. Nieustannie reinterpretowana i prowokująca do pytań, jak chociażby o tożsamość. Komu przysługuje instytucja podmiotowości? Fikcyjnej postaci? Zwierzęciu? Tylko człowiekowi? To jednak nie tylko pytania o istotę bytu. „Costello” to także projekt reżyserski Warlikowskiego, który z pomocą światła Felice Ross, plastycznej scenografii Małgorzaty Szczęśniak, tekstu napisanego wspólnie z Piotrem Gruszczyńskim i pomysłu, by opowiedzieć o pewnej kobiecie, ale też o postawie moralnej i życiowej, kreuje przestrzeń do rozmowy o złożoności ludzkiej egzystencji.
Portretowanie tej postaci nie jest proste. To ścieżka usłana pułapkami i niewiadomymi. Sama główna bohaterka, będąca wytworem wyobraźni, stawia pytanie, co oznacza prawda i fikcja. Jej wielowymiarowość znajduje odzwierciedlenie w zabiegu rozszczepienia jej na sześć ciał – pięć kobiecych i jedno męskie. Elizabeth jest matką, pisarką, intelektualistką, aktywistką i obrończynią zwierząt, buntowniczką. Bywa też matką nieuważną i niedostępną, pisarką omylną i pyszną, aktywistką wskazującą na swoją niekonsekwencję – nie je mięsa, ale torebka i buty są skórzane. Buntowniczką nieraz bez powodu.
Elizabeth to kobieta. Kobieta starzejąca się, w procesie, zadająca pytanie o pożądanie. Jest krucha, niespójna, wątpi. Bywa, że wystawia się na śmieszność, co ironicznie komentują jej wnuczęta i synowa. To nadaje spektaklowi lekkości i wiarygodności, a samej Costello – namacalnego człowieczeństwa.
Być może dlatego postać ta zaczęła żyć własnym życiem. Jest przerażająco autentyczna. Nie jak twór ulepiony z gliny przez twórcę, lecz boleśnie rzeczywista, przechodząca autentyczne rozterki. Spektakl w warszawskim Nowym Teatrze uwypukla ten proces, balansując między fikcją a rzeczywistością, tym, co ludzkie i nieludzkie, widzialnym i niewidzialnym.
Poczucie „podróżowania” pomiędzy stanami i przestrzeniami podbija pudełkowa, podzielona na strefy scenografia, transparentny boks, w którym znajdują się wypchane albatrosy – przypominające muzealną wystawę, by na końcu nawiązać do przeszklonych ubojni. Projekcje wideo wspierane dynamicznie podmienianymi rekwizytami („tu jesteś” – krzyczy łóżko, fotel, pulpit z sali wykładowej) tworzą z przenikających się scen warstwową i wielowątkową strukturę.
Wiele tematów w „Elizabeth Costello” dotyczy kwestii najważniejszych – praw zwierząt, przyzwolenia na masowe rzezie, topnienia lodowców, których woda może zalać znaczną część lądów, moralnego wymiaru naszych codziennych decyzji, ewolucji języka, który coraz częściej utrudnia, zamiast ułatwiać komunikację, pokazywania zła i pornografii cierpienia. I w końcu – relacji. Być może to właśnie one są kluczowe. Costello nie żyje w próżni. Porusza się po nitkach łączących ją z intelektualistami, mężczyznami, kobietami, synem, wnukami, a w końcu – z samą sobą. Kim jednak jest? To pytanie wciąż pozostaje otwarte.