„Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyda Webbera w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Teatrze Muzycznym w Toruniu. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na blogu zpierwszegorzedu.pl.
W ciemnym wnętrzu jarzą się zimnobłękitne światła. Pod ścianą naprzeciwko wejścia – podest, od którego odchodzi wąski wybieg w czarno-białą szachownicę. Po obu stronach – rusztowania z barierkami i schody. Na ścianach – graffiti, napisy, kolorowe neony.
Przez słuchawki wsącza się w uszy transowa muzyka. Sala zapełnia się widzami, pomiędzy którymi snują się podejrzane typki. „U nas tu kupisz najtaniej, dobra w bród mamy, mój panie” – tutaj wszelkie używki są na wyciągnięcie ręki, a wszystko – na sprzedaż.
Klubowe techno zostaje zastąpione dźwiękami gitary. Dołączają kolejne instrumenty, rozbrzmiewa rockowa uwertura. Na schodach do pomieszczenia pojawia się mężczyzna, entuzjastycznie witany przez zgromadzonych. Dżinsy, jasna bluza, czarna wełniana czapka. Wchodząc, przygarnia do siebie zagubioną kobietę z dwojgiem dzieci, której cały dobytek mieści się w paru kraciastych torbach. Zapewnia, że nie zostawi jej bez pomocy…
W to, że Andrew Lloyd Webber ma głowę nie od parady, z pewnością nikt nie wątpi. Być może zapoznał się także z teorią inżyniera Mamonia: ludzie lubią to, co już znają. Toteż odwołał się do popularnej historii sprzed ponad dwóch tysięcy lat, o synu cieśli – niejakim Jezusie. Kojarzycie, prawda? No właśnie. Opowiedział o ostatnich dniach Jego życia oraz o śmierci zestawem rockowych songów i ballad. Tak powstał „Jesus Christ Superstar” – jeden z najsłynniejszych musicali w dziejach. Albo jedna z najsłynniejszych rock-oper – do dziś trwa spór, jak nazwać dzieło Webbera z librettem Tima Rice’a. Najpierw jednak miało ono formę concept albumu. Bo co prawda na przełomie 1969 i 1970 roku w Ameryce wciąż trwała rewolucja dzieci-kwiatów, ale i tak nie wierzono, że jakakolwiek scena teatralna uniesie kontrowersyjne ujęcie tematyki – zbyt „ludzkiego” Jezusa, zakochaną Marię Magdalenę, Judasza jako drugiego najważniejszego bohatera. No i ten rock!
Od premiery dzieła minęło ponad pół wieku. „Jesus Christ Superstar” rozgościł się w teatrze na dobre i nadal pozostaje jednym z najchętniej wystawianych musicali na całym świecie. Polska publiczność zobaczyła go po raz pierwszy w 1987 roku w Gdyni. Potem powstała m.in. kultowa, grana 19 lat (!) inscenizacja w chorzowskiej Rozrywce, wersja łódzka i warszawskiej Rampy. Teraz z tym materiałem postanowił zmierzyć się Teatr Muzyczny w Toruniu (premiera odbyła się 4 i 5 kwietnia 2025 roku). Ponieważ nie dysponuje odpowiednio dużą przestrzenią (ma siedzibę w kamienicy w centrum miasta), spektakl prezentowany jest w legendarnym klubie studenckim „Od Nowa”. Widzowie zajmujący miejsca stojące mogą się swobodnie przemieszczać po sali. Nagłośnienie musicalu w pomieszczeniu na co dzień przystosowanym do innego rodzaju wydarzeń niż przedstawienie teatralne jest wyzwaniem – stąd pomysł wyposażenia odbiorców w słuchawki.
Przyznaję – kiedy przeczytałam o planach spektaklu w konwencji silent disco, byłam sceptycznie nastawiona. Teatr jest dla mnie doświadczeniem wspólnotowym. Zastanawiałam się, czy założenie słuchawek nie pozbawi mnie elementu wspólnego przeżywania. Jednak moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne.
Konstrukcja toruńskiej inscenizacji jest skrupulatnie przemyślana, a reżyserka Agnieszka Płoszajska wszystkie elementy spina w czytelną, precyzyjnie poprowadzoną całość.
W zespole artystycznym w zasadzie nie ma podziału na wokalny, aktorski i balet. W ekspresyjnej, wymagającej choreografii Michała Cyrana, wykonywanej w nietypowych, często wąskich przestrzeniach, cała obsada wykazuje ekwilibrystyczne wręcz umiejętności, oddając zarówno ducha miejsca, jak i poszczególnych sekwencji – czy to histerii tłumu podczas wjazdu Jezusa do Jerozolimy, czy hedonistycznego rozpasania dworu Heroda. A to, co wyczynia Patryk Rybarski na rurze, zaprzecza prawu grawitacji.
„Koncertowe” światła Artura Wytrykusa oraz wizualizacje Mateusza Kokota i Karoliny Jacewicz w połączeniu ze wspomnianą na początku surową scenografią Wojciecha Stefaniaka podkreślają uniwersalność opowieści. Kostiumy Wandy Kowalskiej – estetyczny miks punkrocka i techno z elementami BDSM – czerpią z klimatu kultowego berlińskiego klubu Berghain.
Krzysztof Wojciechowski w roli Jezusa oddaje konsekwencję bohatera i jego przeświadczenie, że idzie dokładnie tą ścieżką, którą ma podążać. Wybór, jakiego dokonuje, nie sprawia jednak, że opuszczają go wszystkie wątpliwości. Bywa, że wydaje się przytłoczony nadmiarem wymagań i oczekiwań – jak czasem każdy z nas. W naturalistyczny sposób pokazuje strach i cierpienie Jezusa. To świadomie zbudowana, przejmująca kreacja.
Czyny Judasza w wyrazistej interpretacji Marcina Wortmanna wynikają z głębokiego wewnętrznego przekonania, że tak właśnie powinien postępować. Jest pewien, że wie lepiej, co dla Jezusa odpowiednie – on, „dobry Judasz”, jak dośpiewuje mu chór-sumienie. Tym mocniej odczuwa własną klęskę, gdy w końcu zdobywa się na refleksję i otwiera oczy na następstwa swoich działań.
Oliwia Drożdżyk w pełnej autentyzmu roli Marii Magdaleny tworzy portret pozornie mocnej i odpornej na ciosy dziewczyny, która niejedno już przeszła. Ma jednak w sobie wciąż mnóstwo delikatności, a miłość do Jezusa czyni ją podatną na zranienie.
Zwracają uwagę Julia Kafar i Jeremiasz Gzyl w rolach Kapłana i Annasza, a w szczególny sposób Jędrzej Czerwonogrodzki (Kajfasz), który intryguje niskimi tonami w wokalu i fascynuje lodowatą wyniosłością. Piotr zagrany przez Wojciecha Daniela to mężczyzna, który podczas wieczerzy umie się cieszyć ze szczerością dziecka, pod wpływem chwili deklaruje chęć oddania życia za mistrza, a niedługo potem nie przechodzi próby i przeżywa załamanie. Zapamiętuje się Jana Popisa grającego Piłata, najpierw zaintrygowanego więźniem, potem wściekłego i zrezygnowanego, bo nie potrafi zrozumieć sposobu jego postępowania. Świetny jest Jakub Cendrowski jako Szymon Zelota. I oczywiście Marta Burdynowicz – Herod-domina, prowadząca na smyczy czterech półnagich służących jej mężczyzn.
Warto podkreślić, że cała obsada prezentuje równy, wysoki poziom wokalny i aktorski– co ważne, bo materiał jest niezwykle wymagający.
„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tutaj wchodzicie” – na komfortowy fotel, dobrą widoczność każdej sceny, na to, że dostrzeżecie każdy grymas twarzy aktorów. Niektórzy będą odwróceni, a innych w głębi nie zobaczycie, szczególnie jeśli jesteście tak mikrego wzrostu jak ja.
Ale za to doświadczycie uczestnictwa. Będziecie w tłumie wiwatujących podczas triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy. W tłumie szydzących z niego i krzyczących „Ukrzyżuj go”. Stojących pod krzyżem.
Realizatorzy „Jesus Christ Superstar” wszystko, co mogło stać się słabością spektaklu, przekuli w atut. Musical, wykorzystując współczesny anturaż, sięga jednocześnie do tradycji – rezygnując z „czwartej ściany”, wyraźnego podziału na scenę i widownię, odwołuje się do średniowiecznych pasji granych w kościołach lub w plenerze, pośród ludzi. Oszałamia wielością bodźców, które jednak nie osłabiają jego przesłania. A ono bez problemu łączy teraźniejszość i przeszłość (tatuaż „Free Palestine” na udzie Marii Magdaleny to przecież nie przypadek). Wyświetlany na końcu na jednej ze ścian klubu cytat z Pierwszego Listu Św. Jana („Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi”) – wybrzmiewa w ciszy, na którą zasługuje.
„Jesus Christ Superstar” Teatru Muzycznego w Toruniu to bez wątpienia jeden z najlepszych spektakli, które można obecnie oglądać na polskich scenach.