„Filokteja. Powrót” wg scenariusza Justyny Lipko-Koniecznej w reż. Justyny Wielgus, kooprodukcja TR Warszawa i Centrum Sztuki Włączającej/ Teatr 21 w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Widząc zapowiedź najnowszej premiery TR Warszawa, obok żywego zainteresowania, miałem poczucie lekkiego déjà vu. "Filokteja. Powrót" jawił mi się w założeniu jako tematyczny, ale i po części konceptualny konglomerat dwóch najlepszych spektakli ubiegłego sezonu na tej scenie, czyli "Orfeusza" Anny Smolar z jego antycznymi konotacjami i przeplatającymi się współczesnymi opowieściami krążącymi wokół tytułowego mitu oraz "Kosmicznego domu" Leny Lapelyte pełnym życiowo-orbitalnych paralel. Sięgając dodatkowo po „Odyseję kosmiczną” Kubricka i tekst Clarke’a jeszcze ambitniejszym zadaniem dla reżyser Justyny Wielgus wydawało się znalezienie odpowiedniej przestrzeni dla zaproszonych do współrealizacji spektaklu aktorów Teatru 21. Temat radzenia sobie z samotnością i własnymi słabościami postrzeganymi jako część ludzkiego doświadczenia, budowanie wewnętrznej siły na empatii, wspólnocie i podkreślaniu tego, co kruche jawił się w tym połączeniu niezwykle intrygująco.
Mit o Filoktecie (Aleksander Orliński) scenarzystka i dramaturżka spektaklu Justyna Lipko-Konieczna zestawia z doświadczeniami skazanego na izolację astronauty Dave’a Bowmana (Sebastian Pawlak), cierpiącej na zespół chronicznego zmęczenia Laury Hillenbrand (Justyna Wasilewska) piszącej swój bestseller „Niezłomny” o biegaczu Louisie Zamperinim (Łukasz Gawroński), historią zagłodzonej na śmierć Laury Winham (Agnieszka Podsiadlik) oraz specjalistów od przytulania – Juana Manna (ujmujący Daniel Krajewski) i Samanthy Hess (Aleksandra Skotarek). W rolach komentatorów i dramaturgicznych podpór głównych protagonistów umieściła ona współczesny grecki chór w postaci towarzyszącej bohaterom AI (Kamil Studnicki) oraz jego pomocnicy (Maja Kowalczyk), wystylizowanej na Leeloo z „Piątego elementu” i operującej głównie ruchem. Adaptacyjny zamysł poległ jednak w czysto scenicznej realizacji, bowiem rozproszone fragmenty poszczególnych opowieści miast łączyć się w całość potęgują jedynie wrażenie chaosu i zlepku nie do końca czytelnych obrazów. Podobne wrażenie miałem oglądając na Marszałkowskiej "Trzask Prask" w reżyserii Krzysztofa Zyguckiego, ale sam byłem sobie wówczas winien brakiem literackiej podbudowy. O ile lektura tekstu Mateusza Górniaka pozwoliła okiełznać, a nawet docenić walory adaptacyjne tamtego spektaklu, tak znajomość "Odysei", historii Filokteta i filmowych odniesień nie pomaga nadążyć za wyobraźnią twórczyń i pozostawia w pewien sposób bezradnym wobec scenicznych wydarzeń. Mając zapewne na uwadze, iż wyjaśnienia nadejdą z czasem, w obu tych niełatwych w odbiorze spektaklach zastosowano tę samą formę utrzymania uwagi widza, a mianowicie brak przerwy w trwającym niemal dwie i pół godziny przedstawieniu. Zminimalizowano tym samym ryzyko, że zdezorientowana widownia zbytnio się podczas antraktu wyludni. Cóż, część skonfundowanych widzów nie była w stanie wysiedzieć do końca i chyłkiem przemykała ku wyjściu wykazując brak cierpliwości, a szkoda, bo końcówka spektaklu rozjaśnia nieco obraz całości i choć w części domyka spinającą klamrą poszarpane strzępki wątków.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Filokteja. Powrót” wymyka się spójnej konstrukcji dramaturgicznej. Sceny otwierają się i przymykają obiecując ciąg dalszy, ale ilość wątków dezorientuje i wybija z rytmu przedstawienia powodując, że ów ciąg dalszy traci łączność z pierwotną opowieścią, za którą ciężko podążać niemal jak za składnią niniejszego zdania. Bogactwo formy i wyrazu pomaga różnicować tempo, ale pobudza równocześnie teatralny zamęt. Melancholijny nastrój potrafi w jednej chwili przeobrazić się w rozdzierający krzyk, nie braknie łamania czwartej ściany w skądinąd zabawnej i uroczo zagranej przez dwójkę aktorów Teatru 21 sekwencji nie do końca „free hugs”, a wisienką na torcie scenicznego miszmaszu są robiące wrażenie popisy wokalne Kamila Studnickiego i Justyny Wasilewskiej. Najbardziej konsekwentna i przemyślana wydaje się scenografia Wisły Niciei, która stworzyła frapujący ziemsko-kosmiczny świat z opalizującą grotą Filokteta, humorystycznym eko-łukiem Heraklesa, zawieszoną na skałach kapsułą Bowmana oraz zamkniętą za przepierzeniem głębią sceny, w której kolejni życiowo ograniczeni bohaterowie odbywają swą podróż łóżkiem-statkiem. Szczegóły i niuanse wydobywają zeń świetnie poprowadzone światła Sebastiana Klima wzbogacone multimediami Wojciecha Kaniewskiego, zaś muzyka Zoi Michailovej służy tu bardziej ilustracji i wypełnieniu tła wybijając się na plan pierwszy jedynie wraz z aktorskim wokalem.
Gdybym miał ubrać to w słowa, powiedziałbym, że „Filokteja. Powrót” na plan pierwszy wysuwa kosmiczną samotność sportretowanych postaci, które utraciwszy sprawczość przyjmują własne strategie przetrwania. Lepsze czy gorsze, zawsze będące wyzwaniem dla nadwyrężonego organizmu. Udział aktorów Teatru 21 przydaje spektaklowi głębi i szczerości, wizualizuje słabości, które udaje się przezwyciężać. Aktorzy TR Warszawa z uwagą i niemal namacalną czułością towarzyszą im w teatralnej podroży, której przesłanie nie wybrzmiało jednak na scenie gubiąc się w meandrach rozczłonkowanego scenariusza. Być może wzorem jednej z bohaterek, reżyserka Justyna Wielgus postanowiła „szukać siebie w wielu prędkościach naraz”, ale jak dla mnie tych prędkości było nieco zbyt wiele.