EN

19.07.2022, 11:07 Wersja do druku

Straszne skutki ulepszania doskonałości, czyli co widać w sopockim „Czego nie widać”

„Czego nie widać” Michaela Frayna w reż. Jana Klaty na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Piotr Wyszomirski w Gazecie Świętojańskiej.

fot. Natalia Kabanow

Każde pojawienie się Jana Klaty w Trójmieście wzbudza różnorodne emocje. Nie inaczej było tym razem.

Straszne skutki ulepszania doskonałości, czyli co widać w sopockim „Czego nie widać”

**

Okoliczności towarzyszące

Sądząc po częstotliwości realizacji Jan Klata wszedł na dobre do rotacji Adama Orzechowskiego. Po „Trojankach” i „Balkonie” jeden z najważniejszych reżyserów polskiego teatru XXI wieku zaproponował realizację arcyfarsy, jaką jest bez wątpienia „Czego nie widać” M. Frayna. Zbiegło się to z uroczystością otwarcia Sceny Kameralnej im. J. Bogackiej po przebudowie, co z kolei nadało pokazowi 12 lipca (premiera 9 lipca) charakter odświętny, a wyjątkowość spotęgowano obfitym, szczególnie w wino, bankietem.

Warto też zaznaczyć, że Jan Klata wszedł do ekskluzywnego klubu reżyserów Teatru Wybrzeże, którzy nie wyrażają ochoty na próby medialne. W wąskim gronie „niedostępnych” oprócz autora epokowych tekstów pod adresem dziennikarzy w stylu „Czy ktoś jeszcze ma inteligentne pytanie?” są tylko Wiśniewscy: Janusz, niepraktykujący, niestety, od dłuższego czasu i Grzegorz, popularny reżyser zyskujący sobie coraz mocniejszą opinię przemocowca i niezmiennie oraz etatowo, też niestety, ale inne niestety, współkierujący Teatrem Wybrzeże, co potwierdza strona internetowa teatru:

Arcyfarsa

Tego nie da się zepsuć, ale można

Jerzy Gruza

Niezapomnianym przeżyciem jest dla mnie wciąż „Czego nie widać” w Teatrze Powszechnym ze Zbigniewem Zapasiewiczem w roli Selsdona Mowbraya. Śmiałem się do rozpuku i głupawki, etatowy docent polskiego kina udowodnił, że mając warsztat na najwyższym poziomie można z równą doskonałością psychologizować u Zanussiego i śmieszyć w teatrze. Farsa to test dla aktora, zdecydowanie nie każdy go zdaje; farsa to zegarmistrzowska robota, w której wychodzą najmniejsze błędy i niedociągnięcia; farsa to zarazem laboratorium i kwintesencja komizmu; dobra farsa to radość, której nie trzeba poprawiać ani wzbogacać, tylko pozwolić jej płynąć ku uciesze spektatorów i performerów.

Tekst „Czego nie widać” to partytura drobiazgowo rozpisująca każdą sytuację, teatralna kostka Rubika, pełna didaskaliów i konkretnych wskazówek, co widać w oryginale i tłumaczeniu.

Dlaczego za taki tekst, za taką farsę, która nakazuje reżyserowi służebność w stosunku do założeń autora, zabrał się tzw. progresywny reżyser?

fot. Natalia Kabanow

Farsa Jana Klaty

Dwie części, w pierwszej dwa akty Frayna, przebieg ok. 160 min. Scenografia Mirka Kaczmarka wedle instrukcji, ale dla podkreślenia dystansu wobec „dzieła” w kwiatki (plakat, zamieszczony poniżej, też „dystansuje”). „Czego nie widać” to teatr w teatrze, w którym sztuka miesza się z życiem na wszelkie możliwe sposoby. Sceniczny reżyser Lloyd (Piotr Biedroń) początkowo siedzi wraz z publicznością i prowadzi próbę. Aktorzy nieporadnie usiłują przejść przez próbę, czas dramatycznie ucieka, mnożą się problemy i wpadki. Na jaw wychodzą prywatne relacje między aktorami, całość nieuchronnie dąży do katastrofy, jaką niechybnie będzie prezentacja spektaklu. Akt drugi farsy rozgrywa się za kulisami, ze sceny dochodzą tylko odgłosy zagłuszane totalną demolką zakulisową. Po przerwie bankietowej następuje najśmieszniejsza część przebiegu, szczerze radowałem się przez ok. 20 minut, ale śmiech został przykryty przez kolejny pomysł inscenizacyjny – wariację na temat „Tanga” Zbigniewa Rybczyńskiego.

Najbardziej kuriozalnym fragmentem spektaklu w reżyserii byłego dyrektora Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie jest jednak scena, którą nazwałem na prywatny użytek „Burłacy”. Aktorzy pchają dookoła przez ponad siedem minut scenografię, na którą rzucone są wizualizacje ukazujące Putina i jego świat oraz różne wojenne okropieństwa. Towarzyszy im niezwykła muzyka i wielokrotnie powtórzony, krótki tekst:

Nuclear war (yeah)

Nuclear war (yeah)

Talkin about (yeah)

Nuclear War (yeah)

It’s a motherfucker

Don’t you know

If they push that button

Your ass gotta go

Radiation (radiation)

Mutation (mutation)

Radiation (radiation)

Mutation (mutation)

(…)

Fire (fire)

Fire (fire)

Hydrogen bombs (hydrogen bombs)

Atomic bombs (atomic bombs)

Kiss your ass (kiss your ass)

Goodbye, goodbye (goodbye, goodbye)

Całość tutaj 

To cover utworu “Nuclear war” pochodzącego z płyty pod tym samym tytułem sygnowanej przez Sun Ra Arkestra (EP 1982). Jej lider, jak sam twierdził, przybył na Ziemię z Saturna. Ale to jeszcze nic – przybył w dniu tak szczególnym, że nie może go ujawnić ze względu na jego kosmiczne znaczenie. Nieco zapomniany Sun Ra był nie tylko najbardziej barwnym jazzmanem w historii muzyki, ale też zasłużenie uchodzi za mistrza improwizacji. Sensowność umieszczenia sceny „Burłaków” w „Czego nie widać” mocno nawiązuje do pochodzenia Sun Ra (uśmiech). A już na poważnie – cover w wykonaniu Yo La Tengo („Nuclear war version 2”, 2002) jest wzbogacony udziałem chóru dziecięcego, co w zderzeniu z pozostałymi elementami ciągu skojarzeniowego (przede wszystkim wojna w Ukrainie) tworzy dość niesamowitą kompozycję, rzecz w tym, że absolutnie nie pasującą do całości. Nie rozumiem też dlaczego Tim Allgood (Robert Ninkiewicz) biegał po kwiaty w pelerynie pokrytej pyłem, jakby przedzierał się przez bombardowane budynki.

Farsa Jana Klaty to komizm bałaganiarski, czyli szybko, głośno i jak najwięcej. Nie ma w nim zatrzymania, wygrania scen i sytuacji, gry gestem, mimiką. Sopockie „Czego nie widać” potwierdza, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem, zbyt często śmieszne sceny nie śmieszą i po prostu nudzą. Najlepiej w tej złożonej sytuacji poradził sobie Jakub Nosiadek, którego Roger/Garry Lejeune zaczyna jako najlepiej zorganizowany aktor i człowiek, a kończy zupełnie rozbity psychicznie, przegrany, zdradzony, porzucony. Magdalena Gorzelańczyk (Brooke Ashton) miała może niewyszukany, ale konsekwentnie realizowany pomysł na postać: w trybie scenicznym i pozascenicznym gra po prostu idiotkę. Nie zawiodła, szczególnie w końcówce, doświadczona Katarzyna Figura (Dotty Otley/Pani Clackett). Nie wszyscy mają vis comica, ale na pewno wszyscy aktorzy wykonali ogromną pracę, liczba zmian i komplikacji, jakie musieli zapamiętać i wygrać była wyjątkowa i za to należy im się po prostu szacunek. Osobne wyróżnienie dla Katarzyny Wołodźko – być asystentką reżysera, inspicjentką i suflerką podczas takiej jazdy jak realizacja arcyfarsy Frayna to wyzwanie nie lada, z którym bohaterka drugiego planu, jedno z serc Teatru Wybrzeże, poradziła sobie wzorowo. 

Co widać w „Czego nie widać?” Jana Klaty?

Przede wszystkim źle zbilansowane proporcje między artystowską pychą a służebnością. Wkładanie do błyskotliwej farsy ciężkiej artylerii wprowadzającej widza do strefy przygnębiającego dyskomfortu w wyjątkowej sytuacji, w jakiej wszyscy się znajdujemy, a na pewno odczuwamy, jest czymś więcej niż pomyłką. Takie ostentacyjne postawienie siebie, reżysera, ponad wszystko: ponad widownię, ponad teatr, ponad przyzwoitość wprowadza w zakłopotanie graniczące z niesmakiem.

Tytuł oryginalny

Straszne skutki ulepszania doskonałości, czyli co widać w sopockim „Czego nie widać”

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła

Autor:

Piotr Wyszomirski

Data publikacji oryginału:

18.07.2022