„Starzyński” wg scen. i w reż. Konrada Imieli w Teatrze Syrena w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Mamy oto noc z 26 na 27 października 1939 roku – ostatnią, którą Stefan Starzyński spędził w Ratuszu okupowanej Warszawy. Rano zostanie aresztowany, przewieziony na Pawiak, a potem słuch o nim zaginie… Tej jednak nocy sen prezydenta będzie wyjątkowo wyczerpujący. Zresztą – czy wiemy, co mu się tej nocy przyśniło, a co wydarzyło się naprawdę? Może poza zupełnie realnym, pracującym za ścianą dyrektorem Muzeum Narodowego – Stanisławem Lorentzem. Starzyński oczywiście wie, że Warszawa przegrała. Ale wie też, że nie została pokonana; że przyjdzie jeszcze czas, kiedy będzie wielka. Wie również – przynajmniej przeczuwa – jakie mogą być jego losy. I tej nocy żegna się ze swoim miastem: trochę na jawie, a trochę we śnie, robiąc rachunek sumienia ze swojej prezydentury i ze swojego życia. Jaki okaże się ten bilans zysków i strat?
Szedłem do Syreny nieco zlękniony. Teatru onirycznego unikam jak ognia, a tu jeszcze czytam, że w libretto wpleciono Mickiewicza – i to kalibru najcięższego, bo Dziady. Tymczasem ogląda się ten spektakl znakomicie. Jest porywający, wciągający, po ludzku wzruszający – jakoś bardzo prawdziwy, choć przecież opowiada o duchach.
A przy tym świetnie napisany, przy Wielkiej Improwizacji wplecionej w cokolwiek zwykle wstrzymałbym z niepokoju oddech – tu jednak Mickiewicz pasuje tak, jakby sam to libretto współtworzył, z wdziękiem i sensem, bez cienia egzaltacji. Do tego mamy znakomitą, współczesną rockową muzykę (Grzegorz Rdzak) – liczę, że doczeka się wydania na płycie czy na czymkolwiek. Przemysław Glapiński zbiera zasłużone brawa za rolę tytułową – dołączam się do tych owacji. Diabelnie wymagającą rolę Adama Brodzińskiego w punkt zagrał Mateusz Tomaszewski, świetna jest Julia Bielińska jako Syrenka, zresztą – słabych ról w tym spektaklu po prostu nie ma.
TAKICH spektakli o bohaterach, o historii i o snach życzę sobie więcej!