28.09.2020, 12:34 Wersja do druku

Sprzeczne pierwiastki

"Nana" wg Emila Zoli w reż. Moniki Pęcikiewicz w Teatrze Polskim w Poznaniu. Pisze Adam Domalewski w portalu Teatrologia.info.


fot. Marek Zakrzewski


Niemal dokładnie pół roku dłużej niż w zamierzeniu trwało oczekiwanie na premierę Nany w Teatrze Polskim w Poznaniu. Spektakl w reżyserii Moniki Pęcikiewicz pierwotnie miał zostać wystawiony 21 marca. Ostatecznie premiera odbyła się 18 września, warto jednak było czekać na to przedstawienie.

Zaczyna się od sceny półprywatnej, w której oglądamy przygotowanie Satin (Monika Roszko) i Saszy (Konrad Cichoń) do teatralnego występu. Młoda aktorka chciałaby dorównać Nanie, która osiągnęła duży rozgłos i jest obecnie gwiazdą, jednakże ceną za to ma być utrata intymności. Oglądamy zatem moment, w którym przełamywana jest bariera wstydu, a ofiara przygotowywana do swej roli, jednakże aktorzy uczestniczący w tej scenie grają subtelnie, z wyczuwalną naiwnością – jakby całość była dziecięcą zabawą. Atmosfera niewinności kończy się wraz z wejściem na scenę Nany (Kornelia Trawkowska), która dumnie paraduje w skąpym stroju i wyzywająco wpatruje się w publiczność. Jej głowę zdobi diadem, ale punktowo skierowana iluminacja upewnia, że mamy do czynienia z Grzesznicą, a nie z Niewiastą.

W spektaklu Moniki Pęcikiewicz odwrócono układ przestrzenny na Dużej Scenie Teatru Polskiego w Poznaniu: publiczność zajmuje miejsca na scenie, a aktorzy grają na zbudowanym nad krzesłami dla widzów podeście, za tło mając balkony i czerwony plusz, którym wyłożone są ściany widowni. Ta zamiana miejsc jest znacząca, bo przesuwa akcent na to, co dzieje się poza sceną – teatrum staje się tu raczej buduar i garderoba. Scenografia Karoliny Benoit jest jednak bardzo umowna i właściwie nie zmienia się w trakcie trwania spektaklu. Kilka krzeseł wystarcza, by przenieść akcję w obręb teatru „Variété”, a duże białe poduszki przypominają o tym, gdzie ostatecznie kończą się występy Nany. Adaptacja powieści autorstwa Wiktorii Czeladki nie skupia się jednak na wątkach autotematycznych, nie ma w niej zbyt wiele prób zestawiania dzisiejszego teatru z tym opisywanym przez Zolę. To wszakże adaptacja dalece uwspółcześniona – choć rozpoznajemy poszczególne wątki i postaci, aktorzy mówią głównie dopisanymi frazami, z rzadka pojawiają się cytaty wprost zaczerpnięte z powieści (jak pyszne pytanie Nany do odwiedzającego ją młodziana, Jerzego Hugona: „Czy chcesz, dziecino, żebym ci wytarła nosek?”). Pojawiają się także słynne Zolowskie, zwierzęce porównania, choćby do much, które zgryźliwie przypominają o popędowej i biologicznej naturze ludzkiej.

Nadrzędny temat spektaklu o tyle wypływa z ducha Zoli, że zakorzeniony jest w naturalistycznym toposie walki płci. Walka ta, która tak bardzo zajmowała wielkich twórców naturalistycznego teatru – Ibsena i Strindberga, bynajmniej nie zakończyła się wraz ze zmierzchem ich epoki, zdają się sugerować twórcy spektaklu. Pęcikiewicz, niejako wbrew modzie na wszelkie „równościowe” i „dekonstruujące zbiorową pamięć” spektakle o męskiej przemocy i historycznym odpodmiotowieniu kobiet, przypomina różne warianty i odsłony „odwiecznej” wojny, w której wszyscy są siebie warci. Oglądamy więc pospolite zdrady, choć w niepospolitym scenicznym wydaniu – równolegle prowadzona rozmowa uwikłanego w romans z Naną Muffata (Michał Kaleta) z żoną Sabiną (Ewa Szumska) i z kochanką, w której niewierny mąż chce ze wszelkich sił uniknąć kłótni i chwili szczerości – to małe arcydzieło, zawstydzające i rozbrajające. Śmieszne i straszne, znakomicie odegrane przez tercet aktorski. Widzimy też stale czerpanie rozmaitych korzyści z powabów ciała, w tym napawanie się władzą nad męskim pożądaniem, kuszenie i wdzięczenie się, a także niebezpieczne, odpychające wręcz wykorzystywanie własnej przewagi i siły, by zyskać seksualną przyjemność. Ta istna galeria niechcianych, spychanych w społeczny niebyt i rozmaitymi sposobami maskowanych praktyk damsko-męskich – czyż nie także dzisiaj? – brzmi ze sceny może nie rewelatorsko, lecz dziwnie znajomo i oczyszczająco. Od napisania Nany przez Zolę minęło 140 lat, ale jeśli chodzi o stosunki między płciami wcale wiele się nie zmieniło – sugerują twórcy, nie popadając przy tym w histerię ani w fałszywą mieszczańską pruderię. Uosobieniem najbardziej mrocznych aspektów ludzkiej seksualności jest w przedstawieniu zimny i wyrafinowany markiz kreowany przez Pawła Siwiaka, w gruncie rzeczy impotent, który wykorzystuje sferę erotyczną wyłącznie do poniżania swoich partnerów. Na jego tle Nana nie wydaje się osobą zepsutą, a jedynie bezwiednie przyjmującą nadarzające się okazje i czerpiącą z nich korzyści. Twórcy spektaklu prawie do samego końca nie moralizują – choć trudno uznać, by bohaterka była w którymkolwiek momencie szczęśliwa, a już na pewno nie w związku z Fontanem (pojawiający się w drugim akcie Mariusz Adamski).

fot. Marek Zakrzewski

Finał przyprawić jednak może o zdumienie. W kulminacyjnej scenie spektaklu oglądamy zawiązanie „odkupieńczej” Unii między Nią a Nim w postaci uniesionego do rangi Misterium miłosnego aktu, zniewalająco oświetlonego, który ma nas swoim blaskiem oślepić. Ten podniosły obraz, rozgrywający się już bez słów, ale przy wydatnym udziale muzyki, przypomina trochę podobnie kiczowate zakończenie Trzech kolorów: Niebieskiego Krzysztofa Kieślowskiego. Tam również obraz fizycznej miłości w finale sugerował niemal metafizyczne zwycięstwo nad złą historią, nad ludzką niedolą i życiowym nieszczęściem. W poznańskim spektaklu ostatnia scena niejako unieważnia cały wcześniejszy przebieg przedstawienia, które niestety traci wówczas momentalnie zarówno swój rytm, jak i osiągniętą mimo wszystko – mimo całej obecnej w nim wulgarności – lekkość i subtelność. Zapewne finał z umierającą Naną także byłby zły: nie nadaje się on ani na te czasy, ani nie pasowałby do tej scenicznej opowieści. Niemniej próba ominięcia tej pułapki zaowocowała popadnięciem w inną niebezpieczną koleinę, na końcu której oczy bolą od patrzenia.

Ważnym i udanym elementem inscenizacji, który zasługuje na szczególne podkreślenie, jest znakomita choreografia autorstwa duetu Kasia Kizior i Kaya Kołodziejczyk. Zespół Teatru Polskiego, zasilony kilkoma młodymi aktorkami i aktorami, funkcjonuje bardzo dobrze w tych fragmentach przedstawienia, które definiuje zbiorowy wysiłek i których dominującym aspektem staje się ruch. Często układy te stanowią tło dla występu jednej z głównych postaci, niemniej dopiero uzyskany wspólnie efekt jest satysfakcjonujący. Także partie „solowe”, wokalne i taneczne, robią dobre wrażenie, rozpięte są przy tym na różnych rejestrach: od zamierzenie karykaturalnego po liryczny i przejmujący. W miarę trwania przedstawienia ton ironiczny wydaje się zresztą coraz bardziej istotny – oczywiście do czasu finału. Liryczny kontrapunkt to zaś w dużej mierze zasługa muzyki, świetnie wkomponowanej w poszczególne sceny.

Tym większa szkoda, że przedstawienie kończy się feerią barw i obietnicą pojednania pierwiastków, które wcześniej pokazywano jako trwające w nieustannym konflikcie. Dobrą ilustracją przyświecającego wcześniej twórcom założenia jest ostania scena z udziałem Zoé, służącej Nany, w którą u Pęcikiewicz wciela się Michał Sikorski. Ta decyzja obsadowa wprowadza do przedstawienia element hermafrodyczny, potencjalnie godzący sprzeczności, demaskujący sztuczność binarnych podziałów na to, co męskie i kobiece. Nawet jednak ta postać ostatecznie przeżywa wewnętrzny wstrząs i musi usytuować się po jednej ze stron. Zoé zrywa z siebie perukę, niszczy fizyczne emblematy kobiecości – a więc wojna trwała także w niej (czy raczej – w nim). To mógłby być przejmujący finał tego przedstawienia, które prawdopodobnie mocno podzieli widownię.

fot. Marek Zakrzewski

Tytuł oryginalny

Sprzeczne pierwiastki

Źródło:

www.teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Adam Domalewski