Moroz: Od czego by tu zacząć?
Skrzydelski: Zwykle taki wymowny, tym razem masz kłopot?
Moroz: Tak, niewiele przychodzi mi na myśl.
Skrzydelski: O, to już rozumiem. Ale to stan zupełnie naturalny. Można w niego popaść po każdej z ostatnich premier Teatru Narodowego i w przygnębieniu zadawać sobie pytania: dlaczego i po co zostało to wystawione?
Moroz: Akurat w kwestii przyczyn dyrektor Jan Englert, reżyser „Mizantropa”, wypowiedział się konkretnie.
Skrzydelski: Tak. Bo „Mizantrop jest o nas”. Słyszałem to fundamentalne zdanie. Rozumiem, że wynika z niego, że istnieją teksty klasyczne, które nie są o nas. Niech tak będzie. Pozostaje jednak pytanie: po co? Jak rozumiem, żeby po raz kolejny pokazać hipokryzję epoki, w której żyjemy. Nic nowego. Poza tym chyba już każdy zdążył zauważyć, że szef Narodowego, gdy tylko ma okazję coś uzasadnić, powtarza się niemiłosiernie.
Moroz: Jednak jest coś jeszcze. Mamy Rok Moliera. Co prawda właśnie się kończy, ale zawsze. Zatem bez dwóch zdań: ten spektakl musiał powstać, wszystko za nim przemawia.
Skrzydelski: Policytujmy się: obchodzimy również Rok Romantyzmu Polskiego. I co z tego?
Moroz: Przesadna złośliwość jak na rozmowę w Wigilię Bożego Narodzenia. Potrzeba konsensu i zrozumienia.
Skrzydelski: Nawet dla teatru niepotrzebnego, którego definicję idealnie ten „Mizantrop” wypełnia? No dobrze, więc zgoda i pojednanie. Mów, nawet jeśli nie wiesz, jak rozpocząć.