Na początku XX wieku budowa Filharmonii Warszawskiej trwała niespełna półtora roku. W XXI wieku budowa nowoczesnej sali koncertowej w stolicy zakończy się, jak dobrze pójdzie, w 2030 roku, po ponad dwóch dekadach zabiegów, starań i prac. Pisze Jacek Marczyński w „Rzeczpospolitej”, dodatku „Plus Minus”.
Stworzenie od podstaw w 1901 r. Filharmonii Warszawskiej wymagało oczywiście wcześniejszego pokonania wielu barier finansowych i politycznych, w czym współczesna nam sytuacja aż tak bardzo się nie różni. W końcu idea postawienia nowoczesnej sali widowiskowej w pobliżu Stadionu Narodowego upadła, gdy w poprzedniej dekadzie w stolicy i w Ministerstwie Kultury rządziły przeciwstawne siły polityczne. W Warszawie znajdującej się pod zaborem sytuacja jednak była dużo bardziej skomplikowana.
Początek XIX wieku nie zapowiadał takich kłopotów. W Warszawie w czasach wczesnej młodości Fryderyka Chopina życie muzyczne kwitło, odbywały się koncerty przede wszystkim w Teatrze Narodowym, działało jedno z najnowocześniejszych w Europie konserwatoriów, przyjeżdżali zagraniczni artyści. Po upadku powstania listopadowego Rosjanie zaczęli jednak traktować Warszawę jako prowincjonalne miasto imperium i ograniczali aktywność kulturalną Polaków. Organizację koncertów obłożono ogromnymi podatkami wynoszącymi jedną szóstą od dochodu brutto, a każdy program muzycznego występu musiał uzyskać zgodę cenzury, na tę zaś czekano nieraz miesiącami.