EN
13.02.2023, 09:56 Wersja do druku

Sny o potędze

„Jest tak, jak wam się wydaje!” wg Luigiego Pirandella w reż. Gianluci Iumiento w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Kamil Bujny w w portalu Teatrologia.info..

fot. Mikołaj Pływacz / mat. teatru

Wszystko wskazywało na to, że Jest tak, jak wam się wydaje!, przygotowywane w Teatrze Polskim we Wrocławiu w ramach projektu „Including Minority – włączyć mniejszość”, będzie przedstawieniem nie tylko ciekawym, lecz także szeroko komentowanym. Spektakl, na motywach sztuki włoskiego noblisty Luigiego Pirandella, jawił się przed premierą jako widowisko przygotowywane z dużym rozmachem: aspirujące z jednej strony do tego, by stanowić komentarz do wielu istotnych, bieżących wydarzeń (od rosyjskiej agresji na Ukrainę po sytuację ukraińskich migrantów w Polsce), a z drugiej, by szukać dla nich potencjalnych rozwiązań. Co z tego wyszło? Niestety nie to, co mogło nam się wydawać…

Przedstawienie, jak głosi przygotowany przez włoskiego reżysera Gianluca Iumiento opis, miało na „nowo odkryć metateatr w kontekście XXI wieku”. Wyobraźmy sobie zatem (a nie będzie to trudne!), że istnieje sobie kraj o nazwie Niwska – niezbyt bogaty, ale jednak zamożny; znajduje się on gdzieś w centrum równie zamożnego kontynentu. Od wschodu graniczy z Obrzeżną, która została zaatakowana przez Wostok – wielkie terytorialnie państwo, zarządzane przez Popowa (Marian Czerski), brutalnego dyktatora. Do Niwskiej przybyło więc kilka milionów uchodźców, szukających bezpiecznego schronienia przed wojną. Wielu z nich trafia do Radobina, niedużej miejscowości blisko granicy. Żyje tam się we względnym spokoju, choć ten nie potrwa już zbyt długo, bo niechybnie zbliżają się samorządowe wybory. Wyobraziliśmy to sobie? Pewnie tak. To teraz, żeby dopełnić obraz, zwizualizujmy sobie jeszcze, że to wszystko dzieje się nie naprawdę, a w głowie natchnionego reżysera (Bartosz Buława), przygotowującego dystopijny spektakl. Udało się? W takim razie witam na widowni Teatru Polskiego we Wrocławiu!

Wszystko zaczyna się od wesela. I żeby była jasność – typowo polskiego wesela. Jest więc wódka, są tańce, na scenie można dostrzec stereotypowo zachowujących się biesiadników, bawiących się w rytm piosenek disco polo (słyszymy m.in. zremiksowane przez Dawida Majewskiego Zawsze tam, gdzie Ty zespołu Lady Pank). Wszyscy świętują tak, jakby jutra miało nie być. Wprawdzie w sąsiednim kraju, w Obrzeżnej, trwa wojna, ale nikomu to nie przeszkadza. Wiadomo: jak wesele, to wesele! Ani słowa o nieszczęściu! Im dłużej przyglądamy się tym zabawom, tym więcej wiemy o społeczności Radobina: przedstawiciele wszystkich lokalnych grup społecznych mają niezbyt wyrafinowane gusta, niewieloma rzeczami się przejmują; żyją tak, jak żyje się w niedużej miejscowości – niby na uboczu i po swojemu, ale jednak w tle wielkich i ważnych wydarzeń. Tych tutaj bynajmniej nie brakuje, głównie ze względu na zbliżające się wybory. Nie wiadomo, kto wygra, ale wiadomo, kto ma największe szanse – Paweł Sowa (Krzysztof Franieczek), sześćdziesięcioletni polityk prawicowej partii, oraz Faustyna Glas (Bożena Baranowska), starsza o cztery lata przedstawicielka lewicowego ugrupowania. W cieniu obu tych zdarzeń – wojny i wyborów – trwa zwykłe życie mieszkańców miasta: do niedawna spokojne, teraz w świetle jupiterów. Konflikt zbrojny doprowadził bowiem do tego, że przygraniczna miejscowość zyskała na znaczeniu – stała się, ze względu na strategiczne położenie geograficzne, oczkiem w głowie polityków i mediów. Wojna okazała się przez to dla lokalnych dziennikarzy i kandydatów na burmistrza przepustką do wielkiej kariery – wszyscy o niej rozmawiają lub nią straszą, ale niewielu obchodzi tak naprawdę cierpienie milionów ludzi. Trudno o nim myśleć, gdy za rogiem czeka długa, dochodowa kadencja lub przynosząca wymierne zyski popularność.

fot. Mikołaj Pływacz / mat. teatru

Spektakl Iumiento został więc rozpisany na kilka poziomów: mamy tu dystopię, teatr w teatrze, opowieść o walce o władzę na przynajmniej dwóch szczeblach (międzynarodowym i lokalnym) oraz jej medialną interpretację; wszystko, co tylko możliwe, zostało tu pokomplikowane i steatralizowane – tak wewnętrznie, dramaturgicznie (dość wymienić postać Kronikarza/Reżysera, pełniącego funkcję narratora, i wprowadzaną przez niego konwencję metateatru), jak i zewnętrznie (poszczególni bohaterowie odsyłają do realnie istniejących osób, a prezentowane na scenie historie w sposób oczywisty nawiązują do prawdziwego świata). Choć przyglądamy się fikcyjnym zdarzeniom, to na każdym kroku dostrzegamy, jak głęboko pozostają one zakorzenione w prawdzie – mam na myśli przede wszystkim te, które dotyczą wojny między Wostokiem a Obrzeżną. Właściwie od początku wiadomo, że nikt nie będzie próbował tu udawać, że nie chodzi o Rosję i Ukrainę – nie tylko ze względu na obsadzenie w przedstawieniu ukraińskich aktorów, lecz także scenograficzne rozwiązania (z obu stron sceny ustawione zostały wysokie, obudowane workami quasi-rzeźby, przywodzące na myśl zdjęcia z ukraińskich miast, w których podobny sposób chroniono cenne pomniki) oraz sposób kreacji ważniejszych postaci. Popow, „brutalny dyktator”, prezydent Wostoku, zdaje się panicznie bać zarazków i kontaktu z innymi – dlatego oddzielony jest szybami nawet od najbliższych współpracowników (brzmi znajomo?); Bohdan Kulisz, opisany w programie jako „bohaterski prezydent Obrzeżnej”, przemawia zaś głównie z nagrań wideo, a jego wystąpienia bezpośrednio nawiązują do wypowiedzi Wołodymyra Zełenskiego (m.in. do popularnego w mediach społecznościowych filmiku, na którym ukraiński prezydent, zadając kłam putinowskiej propagandzie, udowadnia, że nie uciekł z Kijowa, a przebywa w mieście wraz ze swoimi doradcami). Sam Radobin, położony blisko granicy z Obrzeżną, w kraju, w którym władzę sprawuje partia Sprawiedliwość i Prawo, może kojarzyć nam się z Rzeszowem (do którego, gdyby nie wojna, prawdopodobnie nigdy nie przyleciałby prezydent Stanów Zjednoczonych). Rekonstruuję te wszystkie elementy nie po to, by dążyć do akuratności, lecz po to, by ukazać dwutorowość wrocławskiego widowiska – reżyser z jednej strony proponuje widzom dystopijną wizję przyszłości, powołując do istnienia zupełnie nowe państwa i realia, a z drugiej silnie obsadza je w bieżącej historii. Pytanie: po co?

Gdybym musiał odpowiedzieć, to powiedziałbym: „by udziwnić”. Nie wiem jednak, jaka mogłaby być odpowiedzieć, gdyby ktoś bardziej wnikliwy zapytał mnie raz jeszcze: „ale po co to robi?”. W ten sposób dochodzimy bowiem do ściany: nie wiadomo, a mam wrażenie, że nie wie tego zarówno publiczność, jak i twórcy, po co ten spektakl powstał. Tworzenie dystopii, snucie opowieści utrzymanej w nurcie political fiction to dobry pomysł na komentowanie różnych problemów lub zjawisk, pod warunkiem, że dana historia nie próbuje dokumentować czy zero-jedynkowo przedstawiać tego, co trwa, lecz ukazuje pod jakimś względem fantastyczną, przetworzoną, na ogół zdemonizowaną wizję przyszłości; jeśli spektakl Teatru Polskiego dotyka zaś bieżących zdarzeń, niejako je inscenizując, a jego twórcy zakładają, że widz bez żadnego problemu połączy fikcyjne postaci z ich realnymi odpowiednikami, to zupełnie niejasne wydaje się, po co więc postawiono akurat na dystopię? Nie lepiej było pójść w teatr dokumentalny? Skoro każdy wie (i ma wiedzieć!), kto i dlaczego jest tu kim, to z jakiego powodu nie zdecydowano się nazwać wszystkich po imieniu? Jeśli obserwujemy zdarzenia, o których chwilę wcześniej czytaliśmy w prasie, to czemu na scenie nie mówi się o nich wprost, tylko w bardziej zawoalowany sposób? I wreszcie: skoro pierwowzorem Popowa jest Putin, a Kulisza Zełeński i na każdym kroku jest to podkreślane, więc po co ta cała tajemnica poliszynela? Pytam i pytam nie dlatego, że nie wiem, lecz po to, by podkreślić, że w Jest tak, jak wam się wydaje! sam inscenizacyjny pomysł, stojący u podstaw widowiska, zdaje się kuleć; jeśli tajemnica nie jest w spektaklu tajemnicą, a dystopia nie dzieje się w przyszłości, lecz w teraźniejszości i tylko nieznacznie modyfikuje na scenie naszą rzeczywistość, to co z tego wszystkiego wynika? Brak dystansu uniemożliwia bowiem widzowi chłodną czy obiektywną ocenę prezentowanych zdarzeń, tak jawne wskazywanie realnie istniejących odpowiedników dla postaci-przywódców odbiera im jakąkolwiek potencjalną uniwersalność, a umieszczanie scenicznych wydarzeń w teraźniejszości sprawia, że trudno dostrzec w nich coś poza teatralnym, nawet nie lustrzanym, odbiciem tego, co znamy. Zastanawiające jest zatem, co, zdaniem twórców, powinien pomyśleć lub poczuć widz? Że zło jest złe? Że Rosja zaatakowała Ukrainę? Że Putin jest nieobliczalny? Że trwa wojna? Być może. Problem jednak polega na tym, że odbiorca to wszystko wie.

Oglądając wrocławskie widowisko, można w związku z tym odnieść wrażenie, że reżyser próbuje przed publicznością wyważyć dawno wyważone drzwi: chce pokazać, że gdzieś na świecie giną ludzie, a świat o tym nie pamięta. Iumiento zapomina jednak, że nie jesteśmy „gdzieś na świecie”, lecz w kraju, który przyjął kilka milionów uchodźców. Wojna nie jest więc tutaj zaledwie newsem z telewizji, lecz czymś żywym i realnym. Nie trzeba o niej przypominać, a należy ją w jakiś sposób nazwać lub zinterpretować – tak, by scalić czy skomentować świat, który od lutego ubiegłego roku rozpada się na naszych oczach.

Podobnie jest ze wspomnianą metateatralnością: nie wiadomo, jakie jest jej zadanie i co miałaby ona o rzeczywistości bohaterów mówić. Kluczowa dla przedstawienia okazuje się postać Kronikarza/Reżysera, tracącego władzę nad prowadzoną przez siebie historią – choć do pewnego momentu ma pełną kontrolę nad innymi i jest w stanie narzucać widzom własną interpretację, to nagle, wskutek buntu podlegających mu bohaterów, staje się zupełnie marginalny. Wprawdzie wcześniej postaci, którymi jako reżyser zarządza, proszą go o litość i traktują niemal jak Boga (krzycząc „zlituj się, Kronikarzu!”), to w chwili, gdy wymyślana przez niego historia przestaje zależeć od jego woli, staje się zupełnie bezużyteczny. Doprowadza to na scenie do prawdziwej rewolty. Pomysł ten wydaje się ciekawy, zwłaszcza że protagoniści, którzy odzyskują nad sobą władzę, biorą udział w wojnie, ale jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Oglądając Jest tak, jak wam się wydaje!, widz właściwie nie odróżnia postaci i z trudem przychodzi mu orientowanie się, kto reprezentuje konkretny poziom opowieści: bohaterowie nie są zróżnicowani, a przypisujący sobie nieograniczoną władzę Kronikarz/Reżyser jest zupełnie nieprzekonujący (a do tego grający go aktor cały czas się przejęzycza). Uzmysławia to także wprowadzona do prezentacji interaktywność, polegająca m.in. na uczestniczeniu publiczności w radobińskich wyborach. Choć Kronikarz/Reżyser zachęca widzów do głosowania poprzez zalogowanie się pod wyświetlony z rzutnika adres, niejako dzieląc się w ten sposób własną władzą, to liczne nieścisłości (np. przedstawienie na ekranie wyników wyborów zanim bohater zdecyduje o ich ujawnieniu) podważają jego domniemane znaczenie. Jeśli więc narrator i twórca całego zamieszania wydaje się nieprzekonujący, to jak możemy uwierzyć w opowiadaną przez niego historię?

Trudno nie odnieść wrażenia, że o potędze marzą tutaj nie tylko kandydaci na stanowisko burmistrza Radobina, lokalni dziennikarze (m.in. grana przez Annę Habę Paula Klus) czy Popow, lecz także sam reżyser. Jest tak, jak wam się wydaje! miało w zamyśle zachwycać oglądającego misternością i wielogłosowością, a także rzemieślniczą sprawnością całego zespołu. Z tego też powodu wielokrotnie modyfikowana w trakcie widowiska scenografia (zaprojektowana przez Mariannę Lisiecką-Syskę), składająca się z piętrowej konstrukcji i przesuwanych, ogrywanych na różne sposoby, schodów, staje się swoistym planem filmowym – to, czego publiczność nie widzi, wyświetlane jest w formie powstającego w czasie rzeczywistym filmu. Mamy więc, poza skomplikowanymi relacjami między bohaterami i ich walką o władzę (i to na dwóch poziomach), kolejne piętro opowieści – projekcję. Trudno mi, po fantastycznie przyjętym Rohtko, polsko-łotewskim spektaklu Łukasza Twarkowskiego, nie traktować tego elementu spektaklu jako realizacji pragnienia reżysera o monumentalności, hybrydowości i potędze tworzonego przez siebie teatru. To, co w opolskim przedstawieniu udało się jednak osiągnąć dzięki przemyślanej i bardzo wnikliwej reżyserii, w Teatrze Polskim we Wrocławiu zupełnie się nie sprawdza – nie przez rzemieślnicze braki twórców, lecz nadmiar środków artystycznego wymiaru i panujący na scenie chaos

Szkoda, że zmarnowano potencjał tego spektaklu i że zgubiono to, co było w nim najcenniejsze – doświadczenia i przemyślenia ukraińskich aktorów oraz międzynarodowy aspekt całego projektu. Za dużo uwagi poświęcono tu formie i dążeniu ku monumentalności, a za mało – samej historii. Twórcy przeszarżowali i zapomnieli, o czym właściwie chcieli opowiedzieć. Czy chodziło o tragizm wojny? Jej bezcelowość? Bezkompromisowość polityków? Nieudolność sztuki? Prowincjonalność Polski? Mechanizm wypierania ze świadomości tego, co trudne? Ograniczenia teatru? Zbyt wysokie ambicje artystów? Dominację mediów? Uchodźstwo? Teatralizację wojny? Geopolityczne uwarunkowania Europy? Znając życie, mogło chodzić o wszystko – a wszystko, nawet jak na ponadtrzygodzinny spektakl, to zdecydowanie za dużo.

Jest tak, jak wam się wydaje! zainspirowane dramatem Luigiego Pirandella Tak jest, jak się państwu zdaje; tekst i reżyseria: Gianluca Iumiento; przekład z włoskiego: Jacek Kaduczak; scenografia i kostiumy: Marianna Lisiecka-Syska; muzyka: Dawid Majewski; ruch: Anna Gancarz; światła: Jakub Frączek; wideo i operator kamery: Mikołaj Pływacz. Teatr Polski (Duża Scena) we Wrocławiu, premiera 28 stycznia 2023.

Tytuł oryginalny

Sny o potędze

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Kamil Bujny

Data publikacji oryginału:

09.02.2023