EN
05.11.2021, 15:49 Wersja do druku

Śnieg - niewinna szata przemocy

"Śnieg" Orhana Pamuka w reż. Bartosza Szydłowskiego, koprodukcja Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie, Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, STUDIO teatrgalerii w Warszawie i Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Pisze Tomasz Miłkowski w Dzienniku Trybuna.

fot. Jacek Martini-Kielan

Nietrudno się domyślić, dlaczego Bartosz Szydłowski sięgnął po fascynującą powieść Orhana Pamuka „Śnieg”, aby jej hipnotyczną aurę przenieść na scenę. Stworzył za jej pośrednictwem głęboki komentarz do naszego tu i teraz.

Rzecz toczy się w prowincjonalnym mieście tureckim, będącym etniczną mieszanką wybuchową. Nie tylko etniczną zresztą, bo i polityczną, religijną, społeczną. Toteż tutaj jak w soczewce skupiają się konflikty między zachodnim i wschodnim modelem życia. Pamuk zawędrował w tej powieści do Karsu, aby zbadać fenomen tureckości w tyglu sprzeczności. Szydłowski (reżyser) i Mateusz Pakuła (dramaturgia, scenariusz) dostrzegli w tym szansę ukazania analogii z polskim rozdarciem, które nasila się wraz z cywilizacyjnym przyspieszeniem. Pytania stawiamy przecież podobne: czy iść do tyłu, czy do przodu? I co to znaczy ów „przód”? Podobieństwa sprzyjają uwadze widzów, nie zamącając jednak Pamukowej narracji. Twórcy przedstawienia nie próbowali skonstruować na jej podstawie sztuki z politycznym kluczem. Dali jedynie sygnały, jak podobne są we współczesnym świecie skrajne podziały ideologiczne, mentalne i społeczne.

Niemal każdy Turek chce być poetą. Takie deklaracje padają na wielu stronach powieści Orhana. W Karsie wszyscy piszą wiersze, chociaż nikt ich nie publikuje. Toteż przybycie do tego zapomnianego miasta poety Ka (skojarzenie z Franzem Kafką nieprzypadkowe), którego wiersze drukowano w Stambule, wywołuje prawdziwą sensację. O pisaniu marzy jeden z młodych bohaterów powieści, uczeń szkoły koranicznej. Chce zostać autorem powieści science-fiction, ale jego młode życie przerwie „teatralna rewolucja”. Podczas spektaklu w tutejszym Teatrze Narodowym dojdzie do krwawych zajść, zainicjowanych przez ambitnego aktora, próbującego postawić tamę rosnącym wpływom islamistów.

Kars to miejsce szczególne, w którym zderza się stare i nowe, w siłę rośnie ruch polityczny inspirowany islamem, pojawiają się terroryści rozmaitych barw, także reprezentujący twardą rękę wojskowego nadzoru nad polityką w imię zachowania świeckości państwa. Wprawdzie idee Attatürka wydają się już tylko atrapą, ale odpór, jaki stawia państwo, by nie dopuścić do prymatu religii nad polityką, nie słabnie. Kluczem do przyszłości wydaje się rozwikłanie tajemnicy samobójczych śmierci dziewcząt w chustach. Uczennice, dorastające kobiety, które wracając do tradycyjnych chust tak chcą demonstrować swoją niezależność, podejmują desperackie i nieodwracalne decyzje, stojące w sprzeczności z istotą islamu. Jednak ich postawa budzi niepokój, a wśród młodzieży zdobywa zwolenników. Z misją rozszyfrowania tej zagadki przybywa do Karsu poeta Ka, niegdysiejszych działacz opozycyjny i emigrant mieszkający od kilku lat w Niemczech. Przyjeżdża gnany niejasną tęsknotą i postanowieniem znalezienia żony – w Karsie mieszka jego dawna miłość, teraz rozwiedziona i wolna, zachwycająco piękna Ipek.

Powieść (podzielona na 44 rozdziały) toczy się wieloma torami. Najważniejszy z nich to wątek miłosny, któremu towarzyszy nadzwyczajna erupcja twórcza Ka – przez lata na emigracji nie stworzył ani jednego wiersza, tym razem powstaje w ciągu paru dni cały tomik, który potem zaginie, a na jego tropie będzie sam Orhan Pamuk jako autor powieści „Śnieg” i zarazem jej bohater. Jest, oczywiście, silny wątek polityczny, który ukazuje ostre podziały, przebiegające często przez rodziny. Jest i wątek sensacyjny – w Karsie ukrywa się bowiem wpływowy działacz islamski, Granatowy (tak nazywany ze względu na kolor oczu, w tej roli Andrzej Szeremeta), kochanek Kadife, siostry Ipek.

Pamuk portretuje kilkadziesiąt malowniczych postaci, marzycieli, poetów, herbacianych polityków, dziennikarzy, artystów, wojskowych na pozór przyjaznych, w których wnętrzach drzemią niebezpieczne siły. Nigdy nie wiadomo czy to łagodnie usposobienie, życzliwi innym wyznawcy islamu czy wojowniczo nastawieni fanatycy, czy opiekunowie słabszych, czy też może oprawcy.

Konstrukcja powieści potwierdza szczególny warsztat pisarza, w którym wypróbowuje on rozmaite formy narracyjne, sięgając do oświeceniowych tradycji powieści i jej przemian w następnych epokach. W pewnym sensie „Śnieg” to antologia form narracyjnych i gatunków powieściowych od melodramatu po dialog polityczny. Pojawiają się tu fragmenty wierszy, listów, opisy przedstawień, a nawet streszczenia planowanych powieści sience-fiction, sceny tortur, skrytobójstw i zamachów na przemian z celebrowanymi opisami posiłków i rozmów przy herbacie i raky. Wszystko otula nieustannie padający śnieg, jak niewinna szata przemocy i nienawiści, a płatek śniegu okazuje się szyfrem prowadzącym w głąb poezji Ka, a także kluczem do wyjaśnienia jego wyborów, przed którymi – chcąc nie chcąc – nieustannie staje. Wiele tu także elementów satyry, a nawet groteski – jedną z osobliwości miasteczka jest obyczaj redaktora tutejszej gazety pogranicza, w której publikuje relacje z wydarzeń, które jeszcze nie nastąpiły, a które z reguły potem mają miejsce. Dla przykładu gazeta relacjonuje występ poety Ka, recytującego swój wiersz podczas spektaklu w Teatrze Narodowym, na który Ka nie został ani zaproszony, ani tym bardziej nie zamierzał występować. A jednak pojawi się na przedstawieniu i będzie improwizował. W Karsie nie zaprasza się na imprezy, ale powiadamia, że ten a ten wziął w niej udział – nie pozostawiając żadnego wyboru wskazanym w ten sposób osobom. To rodzaj samospełniających się przepowiedni.

fot. Jacek Martini-Kielan

Wszystko to razem składa się na postmodernistyczną parodię uprawiania polityki, w której spiski i kontrspiski odgrywają kluczową rolę, a nieumiejętność odróżniania fikcji od rzeczywistości prowadzi do zbrodni i tragedii, tak jak „teatralna rewolucja”, prawdziwa strzelanina podczas spektaklu.

W spektaklu ta wielowątkowość musiała ulec znacznemu ograniczeniu, ważne spotkanie z miejscowym przywódcą religijnym zostało tu okrojone do monologu odtwarzanego na ekranie (jak zawsze z tajemniczą głębią przez Jerzego Trelę) – Szydłowski i Pakuła stanęli przed trudnym wyborem, z czego zrezygnować, a co zostawić, nie tracąc jednocześnie klimatu powieści, który sprawia, że czytelnik staje się uczestnikiem toczącej się akcji.

Klimat udało się zachować, a uwagę skupić na głównym zadaniu Ka, szukającym odpowiedzi na pytanie, dokąd zmierza świat i czy miłość może go ocalić. W interpretacji Szymona Czackiego, który buduje postać zdyscyplinowaną, o wewnętrznym napięciu, a jednocześnie wychyloną ku światu, z którym chce się porozumieć Ka, jest wędrowcem ku nowemu światu. Na drodze jednak stają mu liczni przeciwnicy, próbujący przeciągnąć go na swoją stronę, zmanipulować i wykorzystać w toczącej się walce.

Spektakl zaczyna się od długiej (może nieco za długiej) sekwencji filmowej – na wielkim ekranie rozpiętym nad sceną wyświetlane jest dramatyczne spotkanie młodego fundamentalisty (sugestywna rola Daniela Dobosza) z profesorem szkoły, w której przestrzega się zakazu chodzenia w chustach. Początkowo z pozoru przypadkowa rozmowa przeistacza się w zasadniczy spór ideologiczny, a kończy egzekucją – fundamentalista wykonuje wyrok na profesorze stosującym obowiązujące prawo.

Zaczyna się więc jak u Hitchcocka – od gwałtownego spięcia, a potem napięcie rośnie. Dzięki przemyślanej scenografii Małgorzaty Szydłowskiej na scenie toczy się wielotorowa akcja, płynnie przenoszona do rożnych punktów miasta, od pokoju hotelowego po scenę Teatru Narodowego. Kiedy narracja wymaga zagęszczenia Szydłowski ucieka się do choreograficznego skrótu – ruch sceniczny opracowany przez Dominikę Knapik i muzyka Dominika Strycharskiego zastępują dialogi.

Ze scenami realistycznym i poetyckimi sąsiadują w spektaklu slapstick i surrealistyczna zabawa. Dotyczy to zwłaszcza scen w Teatrze Narodowym – Julian Chrząstowski i Marta Zięba w roli wędrownych artystów o ambicjach politycznych brawurowo budują parodystyczne epizody, opisujące typowe postawy i w kabaretowym ujęciu zapowiadają zbliżającą się masakrę na widowni teatru. Parodniowa „rewolucja” udaje się, bo Kars jest odcięty od świata. Uporczywie sypiący śnieg uniemożliwia wyjazd i dojazd – mieszkańcy miasta zdani są na łaskę przywódców przewrotu. Wszystko bowiem otula nieustannie padający śnieg, jak niewinna szata przemocy i nienawiści, a płatek śniegu okazuje się szyfrem prowadzącym w głąb poezji Ka, a także kluczem do wyjaśnienia jego wyborów, przed którymi – chcąc nie chcąc – nieustannie staje.

Bartosz Szydłowski traktuje śnieg jak poetycki skrót opisywanego świata: „Śnieg jest dla mnie metaforą pozornego piękna, które nas uspokaja. Jakiejś nieumiejętności dotarcia do samego siebie”. Udała się ta metafora Bartoszowi Szydłowskiemu i Mateuszowi Pakule w sztuce tak piekielnie aktualnej, toczącej się w odległym w czasie i miejscu, a przecież obok.

Tytuł oryginalny

Śnieg - niewinna szata przemocy

Źródło:

Dziennik Trybuna nr 220