EN
3.11.2022, 14:18 Wersja do druku

Śmierć w teatrze

Taki temat, bo blisko dnia zadusznego. Blisko też, bardzo blisko tej nocy w Seulu, gdzie teatr śmierci ściągnął śmierć prawdziwą. Trudno mi skupić myśli na innym dramacie. Bo czym jest Halloween? To od samego początku istnienia nic innego jak interaktywny spektakl, maskarada i obrzęd. Ma korzenie w starożytności, w kulturze rzymskiej i celtyckiej. To noc i dzień Samhain, przemiany pory ciepłej w porę zimną, pory światła w porę mroku. Czas oswajania lęku przed wszelką potwornością, jaka może człowieka spotkać. Dobrze się do tych lęków zbliżyć poprzez wcielenie się w potwory, nadanie im ludzkich cech, groteskowo karykaturalnych i przez to po prostu śmiesznych, więc nieskutecznych. Takie to straszno-dobroduszne stwory wychodzą na drogi, a osaczeni przez nich widzowie mają za zadanie udawać strach. Jest to strach oswojony, uśmiechnięty, z cukierkami dla okupu. Teatr.

Niby to wszystko proste jak wiejska zabawa, a jednak przecież dotyka śmierci, która zabawą nie jest, choćby nie wiadomo jak śmieszną napisać komedię. Nie lubię Halloween, przyznaję otwarcie, choć zdaję sobie sprawę z konsekwencji takiego wyznania. Jeżeli nie lubisz Halloween w Ameryce, jesteś po prostu dziwakiem, jeśli nie lubisz w Polsce, zapewne należysz do skrajnej prawicy i masz określony światopogląd na sprawy aborcji, konkordatu i gender. Nie da się tak po prostu nie lubić Halloween – od razu cię obsadzą w roli, której nie chcesz. Trudno. Spróbuję wytłumaczyć tę niechęć.

Jest po prostu pewien konflikt dramaturgiczny w dwóch obrzędach, jakie odbywają się na przełomie października i listopada. Jeden to Halloween, a drugi to Zaduszki. Niezależnie od stopnia wiary w świętych czy w obcowanie dusz, Zaduszki to czas wyciszenia, czas pamięci, czas intymny. Teatr raczej cichy, kameralny. Nie, nie musi oznaczać smutku. Oznacza jednak, dla mnie przynajmniej, spotkanie ze śmiercią na poziomie duchowym, oswajanie śmierci przez pamięć choćby, która przecież przedłuża życie. I kiedy nagle napada na mnie roztańczony szkielet to tak, jakby mi przypominał w ten dzień właśnie – śmierć to cielesność tylko, to kości i truchła. Gdyby ten dzień był o miesiąc chociaż oddalony od święta zmarłych, to może nawet bym się mogła z tym pogodzić. A tak, to jakby w trakcie misternie zbudowanego spektaklu Czechowa wpuścić karaoke.

Tak czy inaczej Halloween, czy się komuś podoba czy nie, ma swoje korzenie w starożytności. I o tym właśnie myślę dzisiaj, kiedy powinnam pisać o śmierci w teatrze, a nie mogę przestać myśleć o tym, co się stało w Seulu. Bóg śmierci i jego mit, jak z greckiej tragedii, czuwa nad Halloween. Utajone Fatum idzie przez pokolenia i prowadzi do tragedii według własnego planu. Może zbyt bliska jest noc w Seulu, żeby zamieniać ją w literaturę, jednak trudno się oprzeć poczuciu, że gdyby Sofokles lub Eurypides żyli dzisiaj, ich bohaterem mógłby się stać ten tłum młodych ludzi. Wyzwoleni od pandemii, spragnieni zabawy jak nigdy dotąd, wychodzą na miasto i nikt z panujących nawet nie myśli ich poskramiać. Tłum jest tak wielki, tak ciasny, że nawet trudno się bawić, bo nie ma na to przestrzeni, ale przyszli, żeby znów poczuć klimat wielkiego festiwalu, cokolwiek miałby znaczyć i w jakiejkolwiek sprawie. Nie zeszli się tu przecież po celebrację przemiany czy nawet po to, żeby oswajać strach. To miał być raczej festiwal młodości, który ich ściągnął magnetyczną siłą, taką siłą właśnie, jaka jest dana antycznym postaciom dramatu. Niewinni, nieświadomi, idą za prawem młodości i nagle – deus ex machina – coś burzy porządek spraw. Jedni mówią, że coś wybuchło, inni, że poszła plotka o pojawieniu się celebryty – wystarczyło lekkie przyspieszenie rytmu, niewielki chaos w grupie na wąskiej ulicy i tłum opanowała gorączka. Niewinni, czasem przebrani w maski śmierci, giną pod naporem ciał.

Oczywiście, trzeba wyciągnąć wnioski, trzeba taki festiwal planować bezpiecznie, trzeba studiować psychologię tłumu i istotę paniki. Ale może, śladem greckiej tragedii, trzeba jeszcze dochodzić przyczyny nie tylko w samym wypadku, ale też w całym łańcuchu zdarzeń? Spojrzeć na przyczynę paniki jako na obciążenie pokolenia? Bo przecież oni żyją w poczuciu zagrożeń, a nawet urodzili się już w świecie, który każdego dnia przynosi informacje o nagłych katastrofach. Oni widzą na swoich ekranach prawdziwe sceny, jakie poprzednie pokolenie oglądało tylko w filmach. To oni doświadczają zamachów na szkoły, szaleńców, którzy wjeżdżają w uliczny tłum. Jak postaci z antycznych tragedii są spadkobiercami rodzinnej Nemezis, tak oni są spadkobiercami chaosu, dlatego każdy sygnał może wywołać niepokój i chęć ucieczki. Ten rozbawiony tłum był naznaczony wewnętrznym niepokojem, a władcy nie sprostali wyzwaniu, nie posłuchali głosów rozsądku, które pewnie doradzały ściślejszy nadzór. Taka jest nasza współczesna maskarada, takie jest fatum i taki zbiorowy bohater.

To miał być tekst o śmierci w teatrze. I jest. Niedługo pewnie znajdzie się Sofokles, który to wszystko opisze.

Joanna Szczepkowska

Źródło:

Materiał własny