„TRASHedy” performing:group z Niemiec na II Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży S·PLOT w Teatrze Pinokio w Łodzi. Pisze Wiesław Kowalski.
Najpierw jest zabawa. Ruch, rytm, przedmioty, dźwięki, rysunek, absurd. Potem tych przedmiotów robi się coraz więcej. Zaczynają zalegać na scenie, przeszkadzać, tworzyć krajobraz, którego nie sposób już przeoczyć. I nagle zabawa przestaje być niewinna.
Właśnie w tym momencie „TRASHedy” okazuje się spektaklem znacznie poważniejszym, niż sugerowałaby jego komediowa forma. Nie przyjechał do Łodzi po to, żeby młodej widowni wygłosić lekcję ekologii. Nie ma tu nauczycielskiego tonu, wyliczania grzechów ani łatwego podziału na tych, którzy dbają o planetę, i tych, którzy ją niszczą. Twórcy robią coś znacznie ciekawszego: stawiają widza w sytuacji, w której trudno jest oddzielić własne życie od problemu, o którym właśnie ogląda przedstawienie.
Bo przecież śmieci nie biorą się znikąd. Każdy przedmiot ma swoją krótką historię: ktoś go chciał, ktoś go wyprodukował, ktoś zapakował, ktoś sprzedał, ktoś kupił, a potem ktoś uznał, że przestał być potrzebny. Spektakl przygląda się temu mechanizmowi bez udawania, że człowiek może po prostu wyłączyć się z systemu konsumpcji. I chyba właśnie tutaj tkwi jego najważniejsze przesłanie: świadomość własnego udziału w problemie nie jest jeszcze odpowiedzią, ale bez niej trudno w ogóle szukać wyjścia z sytuacji. „TRASHedy” nie mówi więc: „bądź lepszym konsumentem”. Raczej pyta: ile naprawdę zależy ode mnie, a ile ode mnie nie zależy? I czy dokonywanie codziennych wyborów ma znaczenie, kiedy pojedynczy człowiek funkcjonuje w ogromnym systemie produkcji i konsumpcji? To pytanie nie zostaje zamknięte w jednej odpowiedzi. I bardzo dobrze. Spektakl ufa młodemu widzowi na tyle, żeby nie dopowiadać wszystkiego za niego.
Ekologia bez ekologicznego kazania
Ekologia bywa w teatrze dla młodej publiczności tematem ryzykownym. Bardzo łatwo przekroczyć cienką granicę między opowieścią a pogadanką. „TRASHedy” tej pułapki w dużej mierze unika, ponieważ zamiast mówić o problemie, buduje go na oczach widowni. Sceniczna przestrzeń stopniowo zmienia się pod wpływem kolejnych przedmiotów. To, co początkowo wydaje się rekwizytem służącym do żartu, zaczyna nabierać ciężaru znaczeniowego. Przedmioty przestają być neutralne. Tworzą masę, która zaczyna dominować nad człowiekiem. To bardzo teatralny sposób myślenia o ekologii. Nie potrzebujemy fotografii wysypiska ani katastroficznych obrazów. Wystarczy pokazać, co dzieje się z przestrzenią, kiedy konsekwentnie dokładamy do niej kolejne rzeczy.
W pewnym sensie śmieci stają się trzecim bohaterem przedstawienia. Nie mówią, ale są obecne. Nie mają własnej woli, a jednak determinują ruch aktorek. Zmuszają je do omijania, przenoszenia, układania, przesuwania. Z czasem zaczynają niemal reżyserować ich zachowanie. I wtedy ekologiczny problem przestaje być abstrakcją.
Dwie aktorki i teatr przedmiotu
Na szczególne uznanie zasługują dwie wykonawczynie. Ich praca jest jednym z największych atutów przedstawienia, ponieważ nie tylko posługują się rekwizytami — one nadają im sceniczne życie. Tych przedmiotów jest wiele, a mimo to nie odnosimy wrażenia przypadkowego nagromadzenia. Aktorki z dużą precyzją operują materią: przekładają, przesuwają, podrzucają, układają, wykorzystują ją do budowania kolejnych sytuacji. Każdy gest ma rytm, a każda zmiana położenia przedmiotu może stać się częścią swoistej choreografii. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, co dzieje się wtedy, gdy rekwizytem staje się własne ciało. Aktorki grają nie tylko twarzą i głosem. Pracują dłońmi, ramionami, kręgosłupem, sposobem chodzenia, nagłą zmianą tempa. Ciało potrafi na chwilę przeobrazić się w figurę, małpę, maszynę albo element większej konstrukcji. Dzięki temu przedstawienie nieustannie balansuje między teatrem fizycznym, tańcem, klaunadą i teatrem przedmiotu. To aktorstwo wymagające ogromnej kontroli. Komizm nie bierze się tu wyłącznie z tekstu. Często wystarczy sposób, w jaki ciało reaguje na przedmiot albo przestrzeń. Śmiech pojawia się dzięki precyzji, nie dzięki dopisywaniu dowcipu za wszelką cenę. I jest w tej grze coś jeszcze: lekkość. Przy takiej liczbie rekwizytów bardzo łatwo byłoby zgubić rytm spektaklu. Tymczasem performerki pozostają w ciągłym kontakcie ze sobą, z przedmiotami i z publicznością. Widać, że materia sceniczna jest przez nie oswojona do tego stopnia, że może stać się partnerem.
Śmiech, który zostaje na dłużej
„TRASHedy” ma w sobie sporo humoru, ale nie jest to humor służący wyłącznie rozładowaniu napięcia. Śmiech pełni tu funkcję poznawczą. Pozwala przyjąć temat, który w innym przedstawieniu mógłby okazać się przytłaczający. To szczególnie ważne w teatrze adresowanym do młodzieży. Kryzys ekologiczny jest przecież tematem, który młodzi ludzie znają doskonale. Wiedzą o zmianach klimatu, o plastiku, nadprodukcji, marnowaniu zasobów. Kolejna informacja sama w sobie niewiele zmieni. „TRASHedy” próbuje więc zrobić coś innego: sprawić, żeby widz poczuł absurd własnych przyzwyczajeń. Bo absurdalne jest to, że przedmiot, który służy nam przez kilka minut, może pozostawać w środowisku przez dziesiątki czy setki lat. Absurdalne jest również to, że człowiek potrafi jednocześnie wiedzieć o konsekwencjach swoich działań i dalej wykonywać je niemal automatycznie. Spektakl nie wyśmiewa jednak widza. Śmieje się raczej razem z nim — również z własnej bezradności. I dlatego jego przesłanie nie brzmi jak oskarżenie. Bardziej przypomina niewygodne pytanie zadane przy wyjściu z teatru: skoro wiem, to co zrobię z tą wiedzą?
Teatr, który nie udaje niewinnego
Ważny jest również sam fakt, że „TRASHedy” mówi o ekologii poprzez teatr, który przecież sam korzysta z materiałów, przedmiotów, energii, transportu. Przedstawienie nie stoi więc poza problemem, który opisuje. Ono także jest jego częścią. Ta sprzeczność jest niezwykle cenna. Zamiast udawać czyste sumienie, spektakl pozwala zobaczyć, że współczesne życie składa się z podobnych paradoksów. Chcemy być odpowiedzialni, ale korzystamy z rzeczy, których produkcja ma konsekwencje. Chcemy ograniczać konsumpcję, ale jesteśmy nieustannie zachęcani do kupowania. Chcemy dokonywać świadomych wyborów, ale nie zawsze mamy pełną wiedzę o tym, co właściwie kupujemy. Nie ma tu wygodnego bohatera, który przychodzi i mówi: „ja wiem, jak naprawić świat”. I może właśnie dlatego przedstawienie jest tak bardzo wiarygodne.
Po spektaklu nie wszystko można wyrzucić
Najciekawsze przedstawienia dla młodej widowni to niekoniecznie te, które podsuwają młodym ludziom odpowiedzi. Czasem ważniejsze są te, które zostawiają ich z dobrym pytaniem. „TRASHedy” pozostawia ich z kilkoma. O odpowiedzialność. O wybór. O granice wolności. O to, czy indywidualne decyzje mają znaczenie. O to, gdzie kończy się nasza osobista wygoda, a zaczyna odpowiedzialność za wspólną przestrzeń. I wreszcie o samą naturę konsumpcji: czy naprawdę potrzebujemy wszystkiego, czego zaczynamy pragnąć?
Po tym spektaklu trudno patrzeć na jednorazowy kubek wyłącznie jak na przedmiot bez historii. Trudniej też pomyśleć o śmieciach jako o czymś, co znika w chwili wyrzucenia do kosza. Bo przecież nic nie znika. Zmienia tylko miejsce. I być może właśnie ta prosta myśl jest najważniejszym doświadczeniem, jakie „TRASHedy” pozostawia po sobie. Nie straszy końcem świata. Nie obiecuje, że pojedynczy człowiek go uratuje. Nie udaje też, że istnieje jedna właściwa odpowiedź. Zamiast tego pokazuje nas samych — wśród przedmiotów, które kupujemy, używamy i wyrzucamy. A potem zostawia widza z pytaniem, co właściwie zrobi z tą świadomością. To więcej niż ekologiczna lekcja. To próba spojrzenia na własne codzienne wybory z dystansu — i dostrzeżenia ich konsekwencji tam, gdzie na co dzień nie chcemy ich widzieć.