05.06.2021, 09:44 Wersja do druku

„Skóra węża” w Narodowym – o niszczeniu pośmiertnych masek

"Skóra węża" Artura Urbańskiego w reżyserii autora w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times. 

fot. Krzysztof Bieliński

Po co nam sztuka o kobietach Brechta? Feministyczna krytyka patriarchatu kieruje się tu przeciw komuś, kto podobno bronił słabszych i torował drogę postępowi, także obyczajowemu. Czy nie za cenę cudzej krzywdy?

Żona mojego przyjaciela, zresztą aktora, olśniła mnie ostatnio znakomitym określeniem „przedstawienie niekonieczne”. Niekonieczne to takie, które nawet jeśli niezłe, mogłoby się nie odbyć, bo nie niesie z sobą żadnego przełomu, wstrząsu, odkrycia.

Wiem po co Teatr Narodowy pokazał mi „Trzy siostry”, wcześniej „Jak być kochaną”, „Woyzecka” czy „Matkę Joannę od Aniołów”. Czy wiem, po co oglądałem tak naprawdę „Skórę węża”? Odwlekaną tak wiele razy z powodu pandemii, w końcu pokazaną. W pierwszej chwili miałem wątpliwości. Ot przyczynkarska anegdota, może zbiór kilku anegdot o sławnym człowieku, a może bardziej wokół niego. Potem dyskutowałem sam ze sobą.

Po co nam Brecht?

To tekst Artura Urbańskiego, od 30 lat reżysera teatralnego i filmowego. Inscenizację zrobił sam Urbański. Nie może więc twierdzić, że ktoś mu coś źle skrócił czy wypaczył intencje. „Skóra węża” była reklamowana jako sztuka o spotkaniu Konrada Swinarskiego z Bertoltem Brechtem. Tak naprawdę ten pierwszy to tylko dyskretny przewodnik po zdarzeniach, o nim samym dowiemy się niewiele. Brecht w sztuce się nie pojawi i prawie natychmiast umrze, choć wciąż się o nim mówi.

Wiemy więc, że wszystko dzieje się w roku 1956, w Niemieckiej Republice Demokratycznej, dokąd dramaturg wrócił w roku 1947 dostając od komunistycznej władzy własny teatr. Ale o czym to tak naprawdę jest?

Najbardziej o kobietach Brechta, o jego haremie który pojawia się podczas pogrzebu. W teatralnym programie Narodowy piórem Anny Burzyńskiej powołuje się na ustalenia badacza amerykańskiego Johna Fuegiego, który totalnie odbrązowił sławnego dramaturga. Skądinąd Fuegi postawił mu cięższe zarzuty niż Urbański. Czyni z niego plagiatora, twierdzi też, że przynajmniej część jego dorobku wyprodukowały pozostające w cieniu współpracownice. Polski autor tylko to niejasno sugeruje. Ale i tak czyni z niego wyzyskiwacza cudzej pracy, pozbawionego empatii tyrana, niezdolnego do zapewnienia zakochanym w nim kobietom minimum lojalności czy oparcia. One o tym opowiadają w groteskowej scenie pogrzebowych obrzędów. I nadal są mu wierne.

Historie wielkich ludzi, którzy w życiu prywatnym okazują się egoistami i hipokrytami, nie są czymś nowym w teatrze, kinie czy literaturze. Można nawet mieć poczucie pewnego przesytu. Tu wszakże smaczkiem szczególnym jest kontekst lewicowych przekonań Brechta.

Feministyczna krytyka patriarchatu kieruje się przeciw komuś, kto podobno bronił słabszych i torował drogę postępowi, także obyczajowemu. I do pewnego stopnia torował, przecież zdecydowanie nie był monogamistą, nawet jeśli aktorka Helena Weigel była jego jedyną ślubną żoną. Okazało się jednak, że to właśnie swoboda obyczajowa może być otoczką, ba pośrednim uzasadnieniem dla krzywdy.

Pisarz i kobieta tragiczna

To jest może najbardziej odkrywcze spostrzeżenie tego tekstu, nawet jeśli natrafiamy na nie gdzieś mimochodem, niemal między wierszami. Oczywiście na to nakłada się jeszcze tło dogmatycznego systemu panującego w NRD. Który pomimo całego swojego ówczesnego purytanizmu chronił specyficzne upodobania i szczególną naturę literackiej gwiazdy. Z tego systemu zostaje nam wrażenie bizantyjskich rytuałów i niepokoju, jakim podszyte jest całe to artystyczne towarzystwo. Dużo to czy mało? Nawet jeśli to przypowiastka tylko, to tak się przecież opowiada o historii.

W sumie dowodzę niniejszym, że tematem warto, a przynajmniej można się było zająć. I już sam z sobą nie dyskutuję.

Do tego dochodzi jeszcze jeden wymiar tego dramatu. Może mi zabrakło trochę więcej spostrzeżeń o samym Brechcie. My go tu wciąż jedynie muskamy, słabo poznajemy jego cechy czy motywacje. Ale przecież głównym bohaterem jest ktoś inny. Wybór to zaskakujący, bo poza specjalistami mało kto słyszał o Ruth Berlau, jego duńskiej kochance, zatrudnionej z litości w jego teatrze, niesfornej i nieszczęśliwej w swoim alkoholizmie, depresji, cierpieniu. Tytułowa „skóra węża” wiąże się właśnie z nią. Jak? Zobaczcie.

Wątek Berlau wychodzi już całkiem poza historyczne przyczynkarstwo. Oferuje nam uniwersalną tragedię. Że już co do zasady znaną, niemal archetypiczną? A co nie jest we współczesnej kulturze archetypem?

Opowiada o tym Urbański z wykorzystaniem teatralnej umowności. Aktorzy, niektórzy w kilku rolach, grają w stylu Brechta, bardziej przedstawiając niż się do końca wczuwając w swoje postacie. Sprzyja temu funkcjonalna, ascetyczna scenografia samego reżysera i nieprzesadnie fantazyjne kostiumy Magdaleny Maciejewskiej. W tle pobrzmiewają piosenki kojarzące się z songami Kurta Weila. Wprowadzające udatnie w klimat (muzyka Szymon Nidzworski).

Jest w tej umowności wszakże ważny wyłom. To Beata Fudalej w roli Ruth Berlau. Ona jest dosłowna, wyjęta jakby z nieco innej opowieści. Mówi do nas z bliska, scena na Wierzbowej tym się wyróżnia, że nie ma tam żadnego podwyższenia. Aktorzy stoją tuż przy widzach. Fudalej czasem krzyczy, czasem sarkastycznie się śmieje, czasem błaznuje, i nawet śpiewa. Jest przejmująco prawdziwa w swoim złamaniu, zeszpeceniu, odarciu z godności i w walce o zachowanie godności,. Jest punktem odniesienia nawet, kiedy milczy – przyciąga uwagę. To wybitna teatralna robota, wykonana bez cienia przesady, bez fałszywego tonu.

Perfekcyjna gra zespołowa

Reszta jest trochę tłem, a przecież zapamiętamy grymasy Aleksandry Justy jako wyniosłej Heleny Weigel. Która próbuje być wygrana bardziej niż inne kobiety w tym przedstawieniu, a jednak trudno zapomnieć sekwencję niszczenia przez nią gipsowych odlewów twarzy męża. Przejmujące są też rólki: Marka Barbasiewicza jako specjalisty od uwieczniania ludzkich twarzy, Kacpra Matuli jako sfrustrowanego syna Brechta, Jacka Mikołajczaka, Waldemara Kownackiego i Pawła Tołwińskiego każdy w kilku rolach towarzyszących – to tradycyjna perfekcyjna praca zespołowa rodem z Narodowego.

Kiedy pojawia się Arkadiusz Janiczek jako minister kultury NRD, wita go szmer. Widzowie nie zawodzą się – dostają popis dobitnej ironii, ale przecież nie szarży. Rolę przewodnika wypełnia za to powściągliwie Paweł Głowaty jako Swinarski.

Osobną rolę odgrywa chór kobiet. Nim zmienią się w żałobne płaczki, komentują zdarzenia songami. I warto wymienić wszystkie: Anna Ułas, Magdalena Warzecha, Monika Dryl, Joanna Gryga. Każda ma potem swoją chwilkę i wykorzystuje ją bezbłędnie.

Czy zeszły ze mnie wszelkie wątpliwości? Oczywiście ja mając możliwość wystawienia polskiego dramatu w jednym z najlepszych polskich teatrów, zająłbym się czymś innym niż szarpaniem Brechta. Ale wybór taki szanuję. Zwłaszcza, że feministyczny koncept wydaje mi się tu mało ideologiczny, a głęboko ludzki. I tylko mogę nieśmiało zakończyć uwagą, że czekam na inną tematykę.

Tytuł oryginalny

„Skóra węża” w Narodowym – o niszczeniu pośmiertnych masek

Źródło:

polskatimes.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data:

03.06.2021 16:37