EN
02.11.2020, 11:42 Wersja do druku

Serce geniusza, który nie może odnaleźć miejsca poza Bogiem i Ojczyzną

Początek listopada sprzyja medytacyjnej refleksji nad naszym życiem i jego szybkim przemijaniem. Nad tym, co naprawdę jest ważne i jak oddzielić ziarno pszenicy od kąkolu. Nad tym, jak nie dać się omamić złudnym mirażom. Listopad to także czas wspomnień o tych, którzy etap przejścia na drugą stronę życia mają już za sobą - pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w miesięczniku WPIS.

mat. Polskiej Opery Królewskiej

Druga strona życia to bogata i zarazem tajemnicza przestrzeń, która od zarania inspiruje twórczo ludzi sztuki. Pięknie i głęboko pokazywał ją w swojej doskonałej twórczości artystycznej nieżyjący od ponad roku Ryszard Peryt (1947-2019), reżyser, aktor, profesor sztuk teatralnych, inscenizator oper, wspaniały patriota, twórca Polskiej Opery Królewskiej. Był człowiekiem mądrym, oczytanym, prawdziwym erudytą i intelektualistą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Był twórcą wybitnym, wyjątkowym, w pewnym sensie także filozofem. Był artystą, który postrzegał sztukę, w tym teatr i operę, jako dzieła, które bez odniesienia do Boga nie mają sensu.

Taką też postawę Ryszard Peryt realizował w swoich przedstawieniach. Dość przywołać ostatni, jakże wybitny, w pełni wyreżyserowany przez niego spektakl, którym właściwie żegnał się z nami. „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki miał premierę 30 grudnia 2018 r., został wystawiony w Polskiej Operze Królewskiej na miesiąc przed śmiercią reżysera, który odszedł 23 stycznia 2019 r. w wieku niespełna 72 lat. Przedstawienie ma piękny, głęboko przejmujący finał odwołujący się do naszej tradycji, w której przez całe wieki polska tożsamość narodowa oraz tożsamość religijna były (i są!) ściśle ze sobą zespolone. Jest coś takiego jak polski kod kulturowy, który Moniuszkowska opera narodowa właśnie w sobie zawiera. Do niego to odniósł się Ryszard Peryt w swojej znakomitej, bardzo pięknej, wspaniale nasyconej polskością inscenizacji, zgodnej z duchem dzieła kompozytora.

Ten spektakl miał dla Ryszarda Peryta dodatkowe, subiektywne znaczenie, albowiem odczytał on dzieło Moniuszki także w aspekcie własnym, indywidualnym. Na krótko przed premierą mówił dziennikarzom, że ów osobisty akcent dotyczył myślenia o operze jako gatunku w ogóle, myślenia o operze polskiej, a także o rodzinnym domu, o przyjaciołach: „Straszny dwór jest dla mnie żywiołem tego, co najważniejsze w polskiej kulturze: żywioł Dziadów Pana Tadeusza Adama Mickiewicza. Dziady kultywują pamięć o naszych przodkach, naszych dziadach, są uroczystością oddającą im hołd". Arcydzieło, jakim jest „Pan Tadeusz”, Ryszard Peryt porównał do kardiogramu serca, które nie może znaleźć sobie miejsca poza Ojczyzną.

Niemałą rolę odegrał w tym ostatnim spektaklu artysty kontekst historyczny, tak silnie obecny u Moniuszki. Jak wiemy, upadek Powstania Styczniowego w 1864 r. był dla Polaków głębokim, dramatycznym przeżyciem. Zewnętrznym tego wyrazem były m.in. żałobne suknie, w jakie ubierały się polskie kobiety. Trudno się było otrząsnąć po tej klęsce także samemu Moniuszce. Dlatego też „Straszny dwór”, ukończony przez kompozytora w 1865 r. i w tymże roku mający premierę, miał w zamierzeniu Stanisława Moniuszki podnieść Polaków na duchu. Carska cenzura zdjęła „Straszny dwór”, jak wiadomo, już po trzech przedstawieniach.

Ryszard Peryt umieścił w swoim widowisku wszystkie elementy, klimaty i akcenty Moniuszkowskie, tworząc z nich piękne, przejmujące, spójne artystycznie dzieło. Zanim rozpoczęło się premierowe przedstawienie „Strasznego dworu” 30 grudnia 2018 r., wyszedł, jak zawsze, przed kurtynę, by przywitać publiczność i powiedzieć kilka słów o spektaklu i jego twórcach, o grających w nim artystach. Swoje wystąpienie zakończył słowami: „Szczęść Boże w naszym dworze”. Ujrzeliśmy go jeszcze na scenie przy ukłonach, po zakończeniu spektaklu. Nikt z publiczności zapewne nie przypuszczał, że tego dnia widzi Ryszarda Peryta po raz ostatni.

Jakże zachwyca głęboka, i bardzo dziś potrzebna, wymowa finału, w którym zamiast słynnego mazura - na odtańczenie którego nie pozwalają warunki małej sceny w Teatrze Królewskim w Łazienkach - usłyszeliśmy przepiękne, mistrzowsko wykonane Agnus Dei pochodzące z „III Litanii Ostrobramskiej” Stanisława Moniuszki; wszystkie cztery swoje Litanie dedykował kompozytor ku czci Najświętszej Marii Panny, której obraz znajduje się w wileńskiej Ostrej Bramie. Wciąż mam przed oczami tę ostatnią scenę z dojmująco brzmiącym Agnus Dei, do którego taktów przesuwał się powoli do przodu w stronę widowni równie powoli wynurzający się z ciemności, powiększający się wizerunek Matki Bożej. Będąc pod silnym wrażeniem całego spektaklu, a zwłaszcza owej finałowej sceny, pisałam w „Naszym Dzienniku” zaraz po premierze , iż jest ona jak przejmująco brzmiąca modlitwa oprawna w najwyższy wyraz artystyczny z metaforycznym błaganiem o opiekę nad naszą Ojczyzną, nad nami. Jakże dzisiaj zwiększyła się aktualność przedstawienia Ryszarda Peryta i owej sceny końcowej.

Zgodny z duchem libretta i partyturą muzyczną klimat polskości, zaakcentowanie naszej tożsamości narodowej, elementy religijne, zwłaszcza ukazanie w spektaklu obrazu Matki Bożej i wykorzystanie „Litanii Ostrobramskiej” tak rozwścieczyły środowiska lewackie, że w jadowicie brzmiących recenzjach pojawiały się próby zdyskredytowania dzieła poprzez ośmieszenie koncepcji inscenizacyjnej Ryszarda Peryta i umniejszenie wymowy utworu.

„Straszny dwór” był ostatnim dziełem, które ten wybitny artysta w pełni sam zrealizował i które też na premierze obejrzał. Jednak całkowicie ostatnią pracą Ryszarda Peryta była inscenizacja opery Claudia Monteverdiego „Orfeusz”, której koncepcję sceniczną bardzo dokładnie wymyślił, opisał ze wszelkimi szczegółami co do reżyserii, scenografii, kostiumów, ale nie zdążył już jej osobiście na scenie zrealizować i obejrzeć. Dzieła dokończyli sami artyści Polskiej Opery Królewskiej występujący w spektaklu. Ryszard Peryt do samego końca, już z łóżka szpitalnego, dawał im dokładne wskazówki, co jeszcze w spektaklu uwzględnić, co bardziej zaakcentować, co osłabić, a oni te zalecenia realizowali. Premiera odbyła się miesiąc po śmierci twórcy inscenizacji , 24 lutego 2019 r., w bardzo podniosłym i historycznym miejscu - w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego w Warszawie. Tym znakomitym, wyjątkowej urody spektaklem artyści żegnali swego dyrektora, reżysera, nauczyciela.

W warstwie fabularnej libretto przekazuje nam baśniową opowieść o wielkiej, trwałej, silniejszej niż śmierć miłości Orfeusza. Po utracie żony Eurydyki nie waha się on zejść do Hadesu, by ją stamtąd wydobyć i wyprowadzić z powrotem do świata żywych. Po drodze łamie jednak zakaz patrzenia na żonę, co powoduje jej śmierć. Już w finale, w zaświatach niebiańskiej krainy, oboje spotykają się i od teraz będą razem na zawsze. „Orfeusz” Monteverdiego to opera wielopłaszczyznowa, zawierająca wiele znaczeń symbolicznych, co sprawia, że nie jest dziełem łatwym w interpretacji scenicznej. Można by się zastanawiać, dlaczego Ryszard Peryt, bardzo poważnie już chory, opadający z dnia na dzień z sił, sięgnął właśnie po ten trudny utwór, wymagający od inscenizatora dodatkowego napięcia i wysiłku. Odpowiedź znajdujemy w programie do spektaklu, w którym reżyser napisał, że muzyka Monteverdiego „przedstawia w sposób widzialny to, co niewidzialne. W jego partyturze wyraziście widoczna jest orficka metafizyka oraz wzajemne przenikanie się trzech głównych żywiołów antyku: omoiosis - pathopois – katharsis, tworzących stylistyczną jedność i zupełnie nowy kształt ekspresji dla Prawdy, Dobra i Piękna, rozpiętych między ‘grecką filozofię’ i ‘europejską teologię’”.

Tworzące triadę trzy wartości: Prawda, Dobro, Piękno, to przecież fundament sztuki w ogóle. Tyle że niewielu twórców chce dziś o tym pamiętać. Ryszard Peryt chciał, ta triada była dla niego niezwykle ważna, wielce inspirująca dla twórczych przemyśleń i działań artystycznych. Swego rodzaju „duchowość” zawarta w muzyce Monteverdiego była tym, czego w sztuce poszukiwał Ryszard Peryt. We wspomnianym programie do spektaklu reżyser pisze: „Monteverdi w finale swojej genialnej opery to, co mitologiczne, przenika tym, co teologiczne, i ojciec (Apollo) wraz z synem (Orfeusz) wstępują do Nieba. Ten finał stanowi niezwykle ważny i znaczący akt dla całej późniejszej historii opery w Europie. To iście platońskie zakończenie, w którym miłość Orfeusza jest niewzruszona i pewna, a jego droga nie kończy się tu, na ziemi, lecz prowadzi do Ojca, do Nieba". I jeszcze ostatnie zdanie Ryszarda Peryta zapisane w programie tej opery: „Orfeo Monteverdiego stanowi operową alegorię świata, która poprzez wiarę odsłania Nadzieję, która prowadzi ku Wiecznej Miłości”. I to jest właśnie powód, dla którego Ryszard Peryt tak ukochał muzykę tego bliskiego mu duchowo i artystycznie wielkiego, wybitnego włoskiego kompozytora, żyjącego i tworzącego na pograniczu dwóch epok: renesansu i baroku.

Właśnie jako piękną i głęboko osadzoną w duchowej przestrzeni człowieka sztukę odczytywał Ryszard Peryt arcydzieło Monteverdiego. Artyści Polskiej Opery Królewskiej doskonale zrealizowali teatralną wizję swego dyrektora i reżysera. Muzyka, rytm, śpiew, ruch, gest ułożyły się w harmonijną całość. Pisałam wówczas w „Naszym Dzienniku” po premierze, że śp. Ryszard Peryt, patrząc już teraz z góry, na pewno był z tego widowiska zadowolony. Bo ten pożegnalny spektakl był bardzo wysmakowany estetycznie, doskonale zaśpiewany, wspaniale aktorsko poprowadzony. Powstało niezwykle wartościowe, zarówno muzycznie, jak i intelektualnie mistrzowskie przedstawienie o przejmującej głębi emocjonalnej i duchowej.

fot. Maciek Czerski

Teatr Ryszarda Peryta, zarówno operowy jak i dramatyczny, można w przeważającej większości określić jako w pewnym sensie teatr mistyczny, odwołujący się do sfery sacrum, posługujący się symboliką religijną, mający odniesienia do metafizyki, teologii, pokazujący ludzką egzystencję z perspektywy eschatologicznej. To właśnie dziełami zawierającymi te przestrzenie interesował się głównie w swojej pracy twórczej, artystycznej Ryszard Peryt. Toteż nie dziwi, że w listopadzie 2018 r. na około dwa miesiące przed śmiercią zrealizował jeszcze, przeniósł na scenę swoje wieloletnie marzenie, operę „Quem Queritis” według własnego libretta. To autorskie dzieło Ryszarda Peryta wystawione przez Polską Operę Królewską w bazylice św. Krzyża w Warszawie i mające swoją prapremierę 11 listopada autor poświęcał dwom jubileuszom: stuleciu odzyskania przez Polskę niepodległości, a także czterdziestoleciu wyboru Karola Wojtyły na papieża. Miejsce prezentacji spektaklu, a więc świątynia, miało dodatkowe, niebagatelne znaczenie. Peryt nawiązywał bowiem do źródeł teatru, który wywodzi się z kościoła. W swej początkowej fazie był teatrem liturgicznym, w co aż trudno uwierzyć, kiedy ogląda się dzisiejsze wstrząsające, bluźniercze przedstawienia.

Tytułowe „Quem Queritis”, czyli pytanie „Kogo szukacie?”, pochodzi z Nowego Testamentu i nawiązuje do wydarzeń wielkanocnego poranka, kiedy trzy Marie przybyły do grobu Pana Jezusa i zastały grób pusty. Pytanie: „Kogo szukacie?” zadał im Anioł, a gdy kobiety powiedziały „Jezusa Nazareńskiego”, Anioł odparł: „Nie szukajcie żywego pośród umarłych, bo zmartwychwstał jak powiedział”. W czasach średniowiecza dialog ten był śpiewany w kościele w formie chorału gregoriańskiego w niedzielę Zmartwychwstania. Klerycy odgrywali role trzech Marii i Aniołów. Można to porównać do swego rodzaju inscenizacji liturgicznej. I od tego dialogu, można powiedzieć, rozpoczął się teatr w Polsce.

Ryszard Peryt umieścił w swoim libretcie fragmenty tekstów biblijnych oraz utwory poetyckie pochodzące z XVI i XVII w. Tekst podzielił na siedem stacji poprzedzonych Prologiem, sam zaś wystąpił w roli lektora. Podczas premiery widać już było ślady toczącej artystę choroby, ale to cierpienie ciała jeszcze bardziej uwiarygodniało cel, jaki artysta przedsięwziął tworząc tę arcytrudną operę, do której Jacek Urbaniak wykorzystał dawną polską muzykę. Powstało dzieło genialne. Tekst libretta piękny, refleksyjny, skłaniający do wielu przemyśleń i pogłębienia duchowości, znakomicie harmonizował z partyturą muzyczną, a wykonanie solistów Polskiej Opery Królewskiej było doprawdy mistrzowskie.

Takie artystyczne otwarcie na transcendencję jest bardzo widoczne w wielu innych dziełach Ryszarda Peryta, w tym w inscenizacjach oper Mozarta. Warto przypomnieć, iż wyreżyserował on w Warszawskiej Operze Kameralnej wszystkie dzieła sceniczne geniusza z Salzburga, co złożyło się na prezentowany rokrocznie Festiwal Mozartowski, na który przyjeżdżali melomani z różnych krajów. Był to ewenement na skalę światową: festiwal prezentował bowiem wszystkie Mozartowskie dzieła wyreżyserowane przez jednego i tego samego reżysera, na jednej i tej samej scenie. Nikt tego przed Ryszardem Perytem nie dokonał. Miałam szczęście wszystkie te widowiska ze znakomitą scenografią Andrzeja Sadowskiego (1926-2009) oglądać. Ci dwaj artyści stanowili prawdziwy tandem twórczy wysokiej klasy, doskonale się artystycznie rozumieli. Efekt ich współpracy był doskonały, spektakle lśniły wielką maestrią w każdej dziedzinie.

Ryszard Peryt to przecież wytrawny, profesjonalny znawca muzyki, twórca, który muzykę kochał, był na nią wrażliwy i czuł całym sobą. A jednocześnie był pokorny, gdyż swoje inscenizacje operowe wyprowadzał wprost z partytury muzycznej dzieła. Takich artystów, reżyserów już dzisiaj prawie nie ma. Bywa nawet tak, iż niektórzy twórcy reżyserujący dzieła operowe pysznie wyznają, że nie potrafią czytać nut, jakby właśnie ten swoisty analfabetyzm miał im dodawać zaszczytu, splendoru, artyzmu.

Festiwal Mozarta – Peryta (myślę, że takie określenie jest najbardziej adekwatne), organizowany od 1991 r., był naprawdę wielkim prestiżem dla Warszawskiej Opery Kameralnej. Potem przyszła jednak nowa „Struzikowa” dyrekcja i zaczęła odstawiać do lamusa dzieła Peryta, wprowadzając w to miejsce nowe koszmarne inscenizacje innych reżyserów, tzw. nowoczesnych, ukierunkowanych lewicowo-liberalnie, co sprawiło, że część publiczności oddaliła się wówczas od tego teatru. I słusznie.

Każdego roku, gdy oglądałam Festiwal Mozartowski, zawsze szczególnie oczekiwałam na spektakl „D.O.M.” Nie jest to dzieło Mozarta i nie należy stricte do gatunku opery. To rodzaj operowej medytacji żałobnej rozgrywającej się w duchowej przestrzeni Mozarta, którą wyreżyserował Ryszard Peryt według napisanego przez siebie scenariusza do religijnych dzieł Mozarta. D.O.M. - skrót od Deo Optimo Maximo (Bogu Najlepszemu Największemu) - nawiązuje do nagrobnej inskrypcji na cmentarzach. Ryszard Peryt ów skrót skojarzył z polskim słowem „Dom”, w znaczeniu Domu Ojca, do którego zmierza dusza po śmierci. Tak więc Mozart i postaci z jego oper, które pojawiają się w spektaklu, znajdują się w przestrzeni pozarealnej, w przejściu, w drodze do Domu Ojca. Przedstawienie składa się z trzech części: Kyrie, Grabmusik („Modlitwa u Grobu”) oraz Davide Penitente (modlitwa przebłagalna oparta na Psalmach Dawida). Uważa się, że Grabmusik napisał Mozart specjalnie na zamówienie jednego z kościołów w Salzburgu na wielkopiątkowe nabożeństwo przy Świętym Grobie. Utwór utrzymany jest w stylistyce baroku. Natomiast Davide Penitente, czyli „Pokutujący Dawid”, to kantata, w której Mozart wykorzystał dwie pierwsze części Wielkiej Mszy c-moll, tj. Kyrie i Gloria.

Kiedy po odsłonięciu kurtyny widzowie ujrzeli umieszczony w centralnym miejscu sceny krzyż, u stóp którego w błagalnej pozie leżał główny bohater spektaklu uosabiający Duszę Mozarta, zrozumieli już wtedy, że mają do czynienia z dziełem niezwykłym. Wymiar metafizyczny miała przestrzeń, w której pojawiały się poszczególne postaci. Symbolizowały one dusze, które w swojej wędrówce do wieczności zatrzymały się w pomieszczeniu, które nazywamy czyśćcem, aby tam wyrazić swą wielką skruchę za popełnione grzechy. Te pokutujące dusze to postaci z oper Mozarta, które po odbyciu pokuty i przemianie dusz, prowadzone przez Anioła Smutku i Anioła Światłości, zmierzają do Domu Ojca. I to jest właśnie D.O.M. Niezwykle piękne, bardzo poetyckie przedstawienie, przejmujące swą głębią duchową, doskonałą mozartowską muzyką z pełnymi żalu za grzechy ariami modlitewnymi, dające wiele wzruszeń estetycznych i skłaniające widza do głębokiej refleksji.

Po premierze spektaklu pisałam w „Naszym Dzienniku”, że Ryszard Peryt wykazał się niemałą odwagą, podejmując taki temat i realizując go w takiej estetyce. Przenoszenie na scenę kwestii związanych z duchowością, metafizyką, przekraczaniem granic realnej rzeczywistości jest niezwykle trudne. Łatwo można stać się obiektem niewybrednych żartów, drwin a nawet napaści. Ryszard Peryt swoim spektaklem pokazał, że można jednak w teatrze wypowiadać się na tematy nawet najbardziej uduchowione, mistyczne. Tyle że do tego trzeba być nie tylko bardzo utalentowanym twórcą, ale i osobą prawdziwie wierzącą. Bo samym tylko, najbardziej nawet doskonałym, warsztatem twórczym nie wykrzesze się w teatrze klimatu duchowości w takim stopniu, by przelała się ona na drugą stronę rampy i by widownia mogła jej doświadczyć. Do tego potrzebna jest prawda osobistej wiary i głębokiego zaangażowania w nią. Ryszard Peryt posiadał jedno i drugie. Zresztą w przeciwnym razie ojcowie redemptoryści nie obdarzyliby tego wybitnego artystę tytułem oblata.

Swoimi dziełami Ryszard Peryt dzielił się w sposób artystyczny własnym postrzeganiem świata, a w nim człowieka jako dziecka Bożego. W całym dorobku twórczym tego genialnego twórcy aż nadto było widoczne jego postrzeganie sztuki - teatru, opery. Jako człowiek i jako artysta nieustannie poszukiwał w niej wymiaru metafizycznego, który zbliża ludzi do Boga. Tęsknił w sztuce do tej właśnie przestrzeni i dopóki starczało mu zdrowia i sił, realizował na deskach scenicznych swoją tęsknotę w sposób wielki, doskonały, piękny. Można powiedzieć, że przedstawienia Ryszarda Peryta łączące artyzm z duchowością miały wymiar ewangelizacyjny. Tak bardzo dziś potrzebny.

Tytuł oryginalny

Serce geniusza, który nie może odnaleźć miejsca poza Bogiem i Ojczyzną

Źródło:

WPIS nr 10