„Amerykanin w Paryżu” George’ a Gershwina w choreogr. Krzysztofa Pastora w Operze Nova w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.
Nie pierwsza to próba scenicznej adaptacji obsypanego licznymi, prestiżowymi nagrodami amerykańskiego musicalu filmowego z 1951 roku w reżyserii Vincenta Minnellego, opartego na muzyce George’ a Gershvina „Amerykanin w Paryżu”. Jednakże spektakl w bydgoskiej Operze Nova to światowa prapremiera, znacząco różna od wielu innych prób inscenizacji tego tytułu w teatrze. Realizacji owego dzieła podjął się bowiem jeden z najwybitniejszych współcześnie choreografów światowego formatu maestro Krzysztof Pastor, dyrektor Polskiego Baletu Narodowego. No i zrobił to perfekcyjnie. Pod każdym względem. Bardzo czytelna kompozycja wydarzeń, oryginalna i piękna choreografia; tak scen zespołowych, jak i indywidualnych postaci, no a przede wszystkim idealnie synchronizując ruch z dźwiękiem.
Bogata w bardzo różnorodne klimaty i emocje muzyka, w której obok lirycznie nastrojowych, kojarzących się z elegancją francuskich melodii, pojawiają się fragmenty rytmiczne korespondujące ze zrodzonym na amerykańskim gruncie jazzem, prowokujące tancerzy do ruchów mogących kojarzyć się wręcz ze stepem. Stąd w wielu miejscach bydgoskiej inscenizacji w brzmieniu pojawia się coś na kształt charakterystycznej dla bluesa czy rocka synkopy chwilami prowokującej nawet tancerzy do swingowania. Dzięki temu ruch sceniczny daleki jest od monotonii, a wykonawcom pozwala na zaprezentowanie możliwie najszerszego wachlarza prezentowania emocji bohaterów.
Nad warstwą muzyczną w aranżacji Przemysława Zycha perfekcyjnie, z ogromną wyobraźnią i wyczuciem klimatu panował stojący za pulpitem dyrygenckim Piotr Wajrak.
Postać pianisty Adama, u którego pojawiają się projekcje przeżyć wojennych oparta jest po części na innym, w klimacie bardzo melancholijnym, utworze Gershwina „Second Prelude”. Muzyka lekka, pełna ciepła, niosąca radość, momentami przeistacza się w nastrój przygnębiającej melancholii, a nawet tragizmu. Zwłaszcza kiedy na scenie pojawiają się skojarzenia z wydarzeniami II wojny światowej.
Bohaterom rzeczywistym w spektaklu Pastora towarzyszą chwilami odziane w czarne trykoty postaci odzwierciedlające ich wewnętrzne emocje, stany ducha towarzyszące określonym działaniom, będące też natrętnie narzucającymi się wspomnieniami, przywołującymi lęk, ale też demaskującymi pożądanie. Momentami na tylnej ścianie pojawiają się dodatkowo ich cienie, co podkreśla jeszcze głębię doznań prezentowanych figur. Czarne postaci szczególnie odkreślają siłę emocji bohaterów w momencie, kiedy Jerry, Artem Rybalchenko i Lise, Ryoka Chiba poszukuję się nawzajem ma zatłoczonym gęsto paryskim bulwarze, a uczucie i ekscytacja wynoszą ich ponad głowy tłumu. Niebywała lekkość i zwinność obojga głównych postaci sprawiają wrażenie jakby płynęły one na ciemnych chmurach lęku przed wzajemnym zagubieniem, by wreszcie już opadając doznać widocznych na twarzach i w gestach odmalować ogrom emocji zatapiania się w szczęściu odnalezionej miłości. Oboje tańczą niczym para delikatnych motyli na tle promieni wiosennego słońca.
Lise wie już, że miłość do amerykańskiego żołnierza Jerry'ego pokonała noszoną do tej pory w sercu wdzięczność do Henry'ego, któremu zawdzięcza ocalenie życia w czasie wojennej zawieruchy.
Mimo że wcielający się w rolę Hanka, Rafał Tandek wspaniałą aparycją, fantastyczną techniką tańca i niezwykle przekonującą mimiką i znakomitą grą aktorską, oczarował nie tylko wszystkie chyba panie na widowni, ale przede wszystkim przyjaciółkę artystów urzekającą Milo, Angelikę Wojciechowską, z którą doskonale prezentuje się w wielu duetach, niestety, ciągle zakochany w Lise, pozostawia Milo pianiście Adamowi, którego z dużym wdziękiem tańczy Matthias Kasti.
Niebywałą wiotkością i lekkością w świecie artystycznej bohemy Paryża zachwyca maleńka i lekka jak piórko kolibra Mariia Nechosa. Zdaje się być senną zjawą. Ale jest prawdziwą dziewczyną, bo Krzysztof Pastor zrezygnował z filmowej konwencji snu „Amerykanina w Paryżu” na rzecz całkiem realistycznych wydarzeń.
Chociaż w scenografii twórcy bydgoskiej inscenizacji odeszli od realizmu budowania na scenie paryskich kamienic i mostów. Scenografka Natalia Kitamikado pokazała nam paryskie zaułki za pomocą czarnych rysunków na płaszczyznach z kartonów. Wspaniale prezentowały się na tym szarym tle piękne, stylizowane na lata powojenne, barwne kostiumy tancerzy.
Tak pięknie brzmiącego, gustownego i urzekającego profesjonalizmem wykonania spektaklu dawno w Bydgoszczy nie oglądaliśmy i długo zapewne nie obejrzymy…