06.04.2021, 11:08 Wersja do druku

Scena dla ludzi

Dzisiejszy teatr często rezygnuje z roli przestrzeni dialogu. Przykład Dramatycznego w warszawie pokazu jednak, że można rozmawiać przy pomocy dobrej literatury. Pisze Piotr Zaremba w Rzeczpospolitej. 

mat. teatru

Dziś, w lockdownie, rozmowa o pozamykanych teatrach jawi się trochę jak opowieść science fiction. Chociaż nie całkiem. Jestem świeżo po tzw. performatywnym czytaniu współczesnej polskiej sztuki „Król w środku nocy" Roberta Urbańskiego, udostępnionym bezpłatnie online przez warszawski Teatr Dramatyczny. Polega to na tym, że aktorzy czytają tekst, ale wspierają słowa markowaniem ruchu scenicznego.

Teatr Dramatyczny cały czas prowadzi Laboratorium Dramatu. Pokazuje w jego ramach, czasem w formule zwykłego czytania, czasem właśnie performatywnego, i klasyczne sztuki, i współczesne, niektóre po raz pierwszy. „Król w środku drogi", przypowieść o porwaniu króla Stanisława Augusta przez konfederatów barskich w roku 1771, to kontrowersyjne spojrzenie na polską historię, opowiedziane współczesnym językiem i często gęsto przy użyciu groteski.

To jeden z niewielu w ostatnim czasie ciekawych tekstów o Polsce. Świetnie przyrządzony przez Magdalenę Małecką-Wippich i świetnie zagrany - pomimo konwencji czytania. Jeszcze z interesującą dyskusją na koniec spotkania. Maciej Wojtyszko, mówiący, że to dramat prawdziwy na tle strumieni świadomości z epoki postdramatu, utrafił w sedno. Można więc podczas pandemii spotkać się z widzem, nie udając normalnych przedstawień, które ciężko wtłoczyć w internetowe ramy. Teatr wciąż żyje!

Ile polityki na scenie

Nie ulega wątpliwości, że gdyby nie brzemię pandemii, to emocje środowiska teatralnego odnoszące się do polityki zobaczylibyśmy jeszcze mocniej. Tęczowe flagi na Akademii Teatralnej i proaborcyjne błyskawice na wielu teatrach to widomy symptom. Czołowi aktorzy i reżyserzy na manifestacjach Strajku Kobiet - też.

Mam chwilami wrażenie przekraczania granic. Teatr walczący zawsze istniał, ale coś za coś. Kampanijność utrudnia występowanie w roli opowiadacza rzeczywistości - bieżącej czy nawet historycznej. Oto w warszawskim Teatrze Polskim wystawiono tekst „M.G." Pawła Demirskiego, reżyserowany jak zawsze przez Monikę Strzępkę. W tekście celne obserwacje dotyczące naszego życia społecznego (styk prowincji z wielkim światem) sąsiadują z doraźną, polityczną pobudką. Aktor Paweł Dobrowolski, machając na premierze w finale do klaszczącej publiki emblematem Strajku Kobiet, wybiera tę drugą, wręcz agitacyjną, perspektywę.

fot. Magda Hueckel

Akcja rodzi reakcję. Mamy także nieporozumienia, gdy przychodzi współczesnemu polskiemu teatrowi odpowiadać. Dobrego przykładu dostarczyła premiera „Trzech sióstr" Antoniego Czechowa w Teatrze Narodowym, tuż przed ponownym zamknięciem. Reżyserował dyrektor Jan Englert, przeciwnik teatru interwencyjnego. Zarazem przekonany, że „Trzy siostry" to tekst o nas, o współczesnych.

Na dokładkę Englert wdał się w wywiadach w dywagacje, że warto się nad tym dramatem zastanowić w kontekście kondycji dzisiejszej inteligencji. To wystarczyło, aby konserwatywny krytyk Rafał Wawrzyniak opisał tę inscenizację jako opowieść o inteligentach jęczących pod rządami złego PiS. Zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z toruńską wersją „Tanga" Sławomira Mrożka, gdzie kilka lat temu Edek pojawiał się w finale przebrany w czarną koszulę narodowców i zamiast „Ja cię kocham, a ty śpisz" mówił „Bóg. Honor. Ojczyzna".

A przecież z faktu, że Englert przebrał swoich aktorów w nieco współcześniejsze ubrania i poza sceną mówi o analogiach, nie wynika, że politykuje w sposób tak prymitywny. Jest na odwrót. Może właśnie dlatego Narodowy jako jeden z niewielu nie oflagował się i nie przyozdobił politycznymi hasłami.

Czerwona błyskawica, ale...

Wiele placówek to zrobiło. W tej liczbie przywołany Teatr Dramatyczny. Czerwona błyskawica dekoruje jego stronę internetową, a aktorzy recytują pod tym znakiem swoje internetowe monologi. Czy mi się to podoba? Nie. I nawet nie dlatego, że łożymy na samorządowy teatr wszyscy, czyli ludzie o różnych poglądach na aborcję. Bardziej dlatego, że teatr sam trochę rezygnuje w ten sposób z roli przestrzeni dialogu, forum dyskusji. Ma prawo, ale jest to decyzja zawężająca, a nie poszerzająca.

Może to być kłopotliwe dla aktorów, możliwe, że nielicznych, ale jednak. Halina Łabonarska recytuje monolog z „Wizyty starszej pani" bez znaczka, ale i tak zapisano ją do wspólnoty, którą łączy w teorii żądanie aborcji na życzenie. A najbardziej kłopotliwe to jest dla niektórych widzów. Czy trzeba wchodzić pod ten symbol, przyjmować pod niego zaproszenie, aby obejrzeć Szekspirowskiego „Hamleta"?

To decyzja dyrektora Tadeusza Słobodzianka. Chętnie bym go przekonał do cofnięcia się w tej sprawie. A równocześnie... To paradoks, ale ten teatr, nachylony przecież ideowo w lewo, więc w wielu sprawach po innej stronie niż ja, był i pozostaje jednym z moich ulubionych. Nawet po doklejeniu sobie przez nich ideologicznego znaczka, wciąż łączy nas literatura.

Fenomen Słobodzianka

Dramatyczny zawsze był jednym z ważniejszych ośrodków życia teatralnego. Mnie ukształtował w latach 70., w czasach największej świetności, kiedy dyrektorem był tam Gustaw Holoubek, a reżyserowali Jerzy Jarocki, Maciej Prus, Ludwik René. Podsuwano mi, młodemu człowiekowi, gwiazdorskie obsady, ale też najciekawsze teksty i zapierające dech w piersiach interpretacje. Szekspirowskiego „Króla Leara" w interpretacji Jarockiego oglądałem w 1978 r., i pamiętam lepiej niż wiele spektakli sprzed roku, dwóch. Po odwołaniu ze stanowiska dyrektora Holoubka w stanie wojennym Dramatyczny czasem jaśniał, czasem przygasał. Ale wciąż bywał punktem odniesienia. Na przykład za dyrekcji Piotra Cieślaka (1993-2007). Słobodzianek przyszedł do niego w roku 2012. Wniósł w wianie Teatr na Woli, którym kierował już wcześniej, a który połączono ze sceną w Pałacu Kultury, i sławę dramaturga, którego „Nasza klasa", wystawiona na wolskiej scenie w 2010 r., była tyleż zdarzeniem artystycznym, co ideowo-politycznym. Miał dobrą reputację jako wnikliwy krytyk teatralny, okazjonalnie reżyser. I wizję teatru eklektycznego - tematycznie i stylistycznie. Poprzez repertuar, ale i Laboratorium Dramatu, odkrywającego jednak nowe teksty i światy.

Zyskał sobie w świecie teatralnym opinię dyrektora apodyktycznego, kontrolującego szczegóły „swoich" przedstawień. Sam zaniechał reżyserowania, ale kontroluje drobiazgowo to, co u niego robią inni. To dyrektor, który wie, kto zagra główne role w nowym spektaklu, choć nie wybrano jeszcze reżysera.

Co ciekawe, kiedy w roku 2017 ważyło się przedłużenie mu władzy na kolejną kadencję, kampanię przeciw niemu podjęła teatralna lewica, na czele z Moniką Strzępka i Pawłem Demirskim. W ich telewizyjnym serialu „Artyści" portret teatru kostniejącego w akademizmie w pierwszym odcinku wydaje się być portretem teatru Słobodzianka - niesprawiedliwym. Ten dyrektor budził zazdrość, kumulując kontrolę nad czterema scenami (dwie w Pałacu Kultury, na Woli i scena Przodownik na Mokotowie). Długo nie dał sobie jej odebrać, choć teraz może stracić Teatr na Woli (ma się tam wprowadzić Teatr Żydowski).

Za co polubiłem teatr Słobodzianka? Po pierwsze, za preferowanie takiej interpretacji klasyki, gdzie reżyserzy nie dopisują dawnym autorom za wielu nowych, często głupszych od materiału zasadniczego myśli, i nie narzucają się zanadto ze swoim ego.

fot. Katarzyna Chmura

Nie jest to reguła bez odstępstw - niezbyt udany „Sen nocy letniej" Williama Szekspira węgierskiego reżysera Gábora Mátégo jej na przykład przeczy. Szekspirowski „Hamlet" w wersji Tadeusza Bradeckiego (2019) miał swoje słabości, obsadowe i inscenizacyjne. Tyle że Bradecki popełnił istną herezję, stawiając na spójną, odegraną w całości opowieść o duńskim księciu. Znalazł kapitalnego wykonawcę - młodego aktora Krzysztofa Szczepaniaka. Mnie samego zaskoczyła świeżość - znanego mi przecież - tekstu, który, zdawało się, skostniał, zbanalizowany wiecznymi odniesieniami, cytatami i stereotypami.

Podobno Adam Michnik płakał na premierze. Nie był jednak w stanie spowodować, aby jego własna redakcja napisała z inscenizacji porządną recenzję. Lewicowym, sympatyzującym ze sztuką agitacyjną, ewentualnie za formalnymi sztuczkami, krytykom „Gazety Wyborczej" ten „Hamlet" nie był potrzebny do niczego.

Dodajmy, że przywracania aktualności dawnych sztuk bez ich wywracania do góry nogami dowiódł Bradecki w trudniejszym może, komediowym repertuarze. Jego wersja „Sługi dwóch panów" Carlo Goldoniego cieszy się niezmienną popularnością od czterech lat, budząc salwy śmiechu na widowni. Ten sam Szczepaniak jako Arlekin jest tu demonem humoru.

Mniej znane perełki

Poprzez „Sługę dwóch panów" dochodzimy do kolejnej cechy teatru Słobodzianka: to teatr dla zwykłych ludzi, nie tylko zblazowanych poszukiwaczy nowinek. Wyśmiewano się z ambicji tego dyrektora do budowania u siebie teatru muzycznego, bez sił i środków. A przecież sławny musical „Cabaret" Johna Kandera, z Krzysztofem Szczepaniakiem, Anną Gorajską i Mateuszem Weberem, grany jest od lat pięciu, i znam wielu widzów, którzy szli na niego po kilka razy.

Kontynuacją tego nurtu są „Turandot" Carlo Gozziego w reżyserii Ondreja Spišáka (2019) i zachwycający „Człowiek z La Manczy" Cyndi Lauper w reżyserii Anny Wieczur-Bluszcz (2020). To ostatnie widowisko, pulsujące teatralnymi efektami w najlepszym tego słowa znaczeniu, niestety, zablokowane przez pandemię, pokazało nam aktorów ze szkolonymi głosami i dowiodło ich harmonijnej współpracy z orkiestrą. Teatr jako rozrywka, ale delikatna, mądra, uruchamiająca lepsze emocje widzów.

Zarazem mamy do czynienia z przypominaniem lub odkrywaniem dobrych tekstów literackich. Szczególnie jaśnieje tu talent Wawrzyńca Kostrzewskiego. To on zrobił subtelnie „Rzecz o banalności miłości" Savyon Liebrecht, o relacjach między Hanną Arendt i Martinem Heideggerem (2013). I „Wszystkich moich synów" Arthura Millera (2014). To on wreszcie kapitalnie przywrócił nam - można by rzec uwspółcześnił - traktowaną czasem wręcz jako ramotę „Wizytę starszej pani" Friedricha Dürrenmatta (2016). Kostrzewski nie dominuje nad tekstem, a przecież znakomicie posługuje się metaforą. W pierwszej z tych inscenizacji zajaśniała zmarła już Halina Skoczyńska. W drugiej i trzeciej - Halina Łabonarska. We wszystkich trzech - Adam Ferency.

fot. Krzysztof Bieliński

Podziwiam inwencję w sięganiu po teksty mniej znane. Oto dwie brytyjskie perełki: Alana Bennetta „Kobiety bez znaczenia" i Simona Stephensa „Dziwny przypadek psa nocną porą" - obie premiery z roku 2016. W pierwszej z nich Bennett i reżyser Grzegorz Chrapkiewicz zajęli się kondycją pozostających na marginesie społeczeństwa starych kobiet. Role Małgorzaty Niemirskiej i Haliny Łabonarskiej nadały tej prostej historii (właściwie dwóm historiom) wymiar wielkiego teatru skoncentrowanego na aktorze, na postaci. Ta druga przypowiastka robi ciekawego bohatera z autystycznego chłopca. A Krzysztof Szczepaniak w głównej roli wykorzystuje do maksimum dar transformacji i mieszania komizmu z liryzmem.

Było tych poszukiwań więcej. Zadziwiony byłem, jak dobrze wytłumaczył nam w roku 2018 fenomen „Pociągów pod specjalnym nadzorem" Bohumila Hrabala czeski reżyser Jakub Krofta. Znajomy krytyk, reagując pogardliwie na tę inscenizację, spytał, czego nowego się z niej dowiedziałem. Ciężko było tłumaczyć, że ja się tym po prostu wzruszyłem. Ale owszem, odebrałem tę wersję jako gorzki obrachunek Czechów ze sobą.

Antyprawicowy sarkazm

Naturalnie trudno nie zauważyć wątków społeczno-politycznych, obywatelskich - zawierają się i w doborze tekstów, i w inscenizacjach. Powiedzmy wprost: sporo w tym, w ostatnich latach zwłaszcza, antyrządowego czy antyprawicowego sarkazmu. Sam dyrektor naszpikował XVIII-wieczny „musical" „Turandot" współczesnymi intermezzami uderzającymi nawet w premiera Morawieckiego. Z kolei w „Proteście" Vaclava Havla, wystawionym dopiero co przez Aldonę Figurę, świetny skądinąd Łukasz Lewandowski rozbawił widownię gestem nawiązującym do... Joanny Lichockiej. Pomijając już ten trick, wyczuwało się, że wystawia się te trzy jednoaktówki sprzed ponad 30 lat, rozrachunek z tematem politycznego koniunkturalizmu w czasie komuny, jako przyczynek do współczesnych wyborów.

Co ja na to? Intermezza do „Turandot" odebrałem jako zręczną, ale przesadę. Oto wielki człowiek teatru zapragnął wystąpić jako komentator zdarzeń bieżących. Co do „Protestu" - skojarzenia czeskiej, bardzo opresyjnej dyktatury z czasami obecnymi w Polsce uważam za przerysowanie. Ale w tej inscenizacji Aldony Figury nikt nie przekraczał granic dzielących poważną sztukę od agitki. Nikt nie przebierał aktorów we współczesne kostiumy. Nie mnożył aluzji. Postać Browarnika, prostego człowieka uwikłanego w system (wspaniały Janusz R. Nowicki!) jest tak uniwersalna, jak tylko być może.

Miewam poczucie mojego ideowego sporu z Dramatycznym. Chwaliłem feministyczną „Miłość od ostatniego wejrzenia" chorwackiej pisarki Vedrany Rudan, w reżyserii Iwony Kempy (2018), bo opowieść o przemocy wobec kobiet potraktowano tu jako temat do wstrząsającego moralitetu. Miałem oczywiście świadomość, że nie każda plaga społeczna będzie na tej scenie (jak i na innych) potraktowana jednakowo wnikliwie i z pasją. W tym się wyraża profil ideowy teatru. Trudno.

Odczuwałem natomiast zasadniczy sprzeciw na „Dzieciach księży" Marty Abramowicz (2019). Wystawiając ten de facto zbiór reportaży, Daria Kopiec wybrała najbardziej wojującą formę, łącznie z akcentami antyreligijnymi. Andrzej Seweryn powiedział o „Klątwie" w Teatrze Powszechnym, że tamta inscenizacja rwała możliwość dialogu z częścią publiczności. Tu czułem coś podobnego.

Co dzieli, co łączy

Protokół rozbieżności wypadałoby spisać z samym Tadeuszem Słobodziankiem. Dysponując silnym teatrem, ma możliwość prezentowania własnej dramaturgii. „Nasza klasa", przy całej perfekcji tekstu i inscenizacji Ondreja Spišáka, upraszczała moim zdaniem temat relacji polsko-żydowskich w okolicach Jedwabnego. Z kolei „Historia Jakuba", opowieść o księdzu, który odkrywa, że jest żydowskiego pochodzenia, była kwestionowana jako niezbyt wierne oddanie faktów z życia konkretnego człowieka. Choć był jeszcze lubiany przeze mnie „Niedźwiedź Wojtek", o armii Andersa, czy wcześniejsze sztuki historyczne Słobodzianka.

fot. Katarzyna Chmura

Przez kilka tygodni między dwoma lockdownami Dramatyczny zdołał wystawić aż trzy premiery. „Kruk z Tower" białoruskiego pisarza Andrieja Iwanowa i reżyserki Aldony Figury, rozprawka na dwie osoby (Katarzyna Herman i Konrad Szymański) o relacjach rodzinnych w internecie i w życiu wydała mi się ożywczą perełką. „Pani Dalloway", adaptacja powieści Wirginii Woolf dokonana przez Magdalenę Miklasz - mocno ekscentryczną, ale zachęcającą do myślenia i odczuwania przypowieścią o ludziach.

Słobodzianek wystawił też w tym antrakcie (właściwie zrobił to Wojciech Urbański) swojego „Fatalistę". W roku 2019 chwaliłem pokazany osobno pierwszy akt za niezwykły klimat, wzięty z Izaaka Bashevisa Singera, bo to dalszy ciąg jego opowiadania. Opowieść o kłócącym się żydowskim małżeństwie (świetni Robert Majewski i Magdalena Czerwińska) rekonstruowała świat, którego nie ma, olśniewała literackimi odniesieniami i jawiła się jako wiarygodna co do realiów międzywojnia, choć momentami poetycka, baśniowa.

Całość, pokazana teraz, robi podobne wrażenie. Słobodzianek kończy jednak historię po drugiej wojnie światowej. Polacy są w niej ostatecznie jedynie złowrogim tłem, to w tej sferze bardziej prokuratorska mowa niż całościowa diagnoza. Ma do takiej wizji pisarz prawo. Ja jednak mam znów poczucie rwania wątłego dialogu.

Czuję obawy, czy obecna aura ideologicznych wojen i plemiennej polaryzacji nie zepchnie Dramatycznego na barykady, więc nie oddali bardziej ode mnie. Choć dodaje mi otuchy właśnie urobek Laboratorium Dramatu, przenoszącego czytanie sztuk do sieci. „Demony" Johna Whitinga zostały bez wątpienia wystawione zgodnie z niepokojami epoki. Co lepiej pasuje do rodzimej „wojny karnawału z postem", jak nie XVII-wieczna historia francuskiego księdza spalonego na stosie za czary? Jednak tekst jest subtelniejszy, niż by to mogło wynikać z tematu. Anna Wieczur-Bluszcz i aktorzy dorzucili dodatkowej subtelności. To świetne widowisko.

To samo da się powiedzieć o przywoływanym na początku „Królu w środku drogi" czy o dramacie „Point de reveries, messieurs" Wojciecha Dróżdża, w reżyserii Michała Zdunika - to o intelektualistach wikłających się w ustępstwa wobec hitleryzmu, choć też miażdżonych przez system. Owszem, w tych tekstach wyczuwam czasem gorączkę aktualizacji czy publicystycznych uproszczeń w liberalno-lewicowym duchu. Ale to jednak wciąż literatura. Zwłaszcza w przypadku Urbańskiego - całkiem dobra.

Spotkamy się na „Królu Learze"

Jestem wdzięczny Słobodziankowi za zbudowanie teatralnej maszynerii, która wciąż tak pociąga samą sobą. Z nierównym, ale naszpikowanym gwiazdami zespołem aktorskim. Do wymienionych już nazwisk wypada dodać ściągniętego przed dwoma laty Modesta Rucińskiego - Don Kichota z „Człowieka z La Manczy" i księdza Grandiera z „Demonów". Jest tych nazwisk dużo więcej.

Zasługą dyrektora jest konsekwentne przyciąganie aktorskiej młodzieży. Do Szczepaniaka, Webera czy Gorajskiej dołączyli jeszcze młodsi: Marcin Stępniak, Karolina Charkiewicz, Agata Różycka, Michał Klawiter. Oczywiście operujący czterema scenami dyrektor uprawia obsadową ekwilibrystykę. Na jego miejscu wymógłbym na Januszu Opryńskim inną obsadę wystawionych niedawno „Biesów". Spiskowcami nie powinni być 40-latko-wie, ale młodziaki. To by wyostrzało wymowę. Najwyraźniej jednak się nie składało. Wypada skądinąd komplementować teatr, że nie stępił antyrewolucyjnej wymowy tekstu Dostojewskiego.

Wspomniałem, że do dziś pamiętam „Króla Leara" Jarockiego. Tak się składa, że pandemia odwleka premierę tego samego dramatu w interpretacji Wawrzyńca Kostrzewskiego - w tym samym Dramatycznym. Mam do niego zaufanie - nawet obsadzenie kobiety, Haliny Łabonarskiej, w roli tytułowej mnie nie przeraża, choć mieszanie płci w teatrze współczesnym uważam za manierę.

Możliwe więc, że literatura stanie na straży mojego duchowego paktu z Tadeuszem Słobodziankiem. Choć różnice nie znikną.

Tytuł oryginalny

Scena dla ludzi

Źródło:

Rzeczpospolita nr 78

Autor:

Piotr Zaremba

Wątki tematyczne