EN
04.05.2022, 09:02 Wersja do druku

Say something, say something

„Maszyna” w reż. Jagody Szelc z Teatru Polskiego w Bydgoszczy na 56.PTMF Kontrapunkt w Szczecinie. Pisze Tomasz Domagała w oficjalnym dzienniku festiwalu DobraPunkt.

fot. Natalia Kabanow

Sobota, 30 kwietnia 2022

Jako że fabuła spektaklu Teatru Polskiego w Bydgoszczy oparta jest na założeniach opowiadania Franza Kafki Kolonia Karna, pozwolę sobie zacytować jego fragment:

Jest to szczególny aparat – powiedział oficer do podróżnego-badacza i jak gdyby z pewnym zdumieniem spojrzał na dobrze mu przecież znany przyrząd. Zdawało się, że podróżny jedynie z grzeczności przyjął zaproszenie komendanta, który go wezwał do asystowania przy egzekucji żołnierza skazanego za nieposłuszeństwo i obrazę zwierzchnika. Co prawda, także w kolonii karnej nie bardzo interesowano się tą egzekucją. W każdym razie tutaj, w małej dolinie głębokiej, piaszczystej i zewsząd zamkniętej niczym nie porośniętymi stokami, prócz oficera i podróżnego był tylko skazaniec, tępy mężczyzna o szerokich szczękach, zaniedbanych włosach i zmiętej twarzy. Był jeszcze także żołnierz, trzymający ciężki łańcuch, z którego zwisały małe łańcuchy, a te z kolei także między sobą były połączone specjalnymi łańcuchami. Krępowały one kostki nóg, przeguby rąk, a także szyję skazańca. Skazaniec wyglądał zresztą posłusznie jak pies i zdawało się, że można by mu pozwolić spokojnie biegać po stokach, a na początku egzekucji wystarczyłoby gwizdnąć, żeby przyszedł.

U Jagody Szelc ów „aparat” nie jest przede wszystkim tak oczywisty. To rodzaj hydraulicznego urządzenia, w założeniu twórców naświetlające człowieka dźwiękiem. W rolę komendanta wciela się tu prowadzący show odbywające się wokół egzekucji (Mirosław Guzowski), rola zaś żołnierza asystującego temu „widowisku” rozpisana zostaje na kilka osób, tworzących rodzaj zespołu obsługi maszyny. Najciekawiej prezentuje się tu postać podróżnego-badacza, w którego z założenia mamy się wcielić my, widzowie. Konwencja teleturnieju nadana egzekucji i od początku spektaklu silnie eksploatowana przez aktorów, stawia widzów w bardzo dwuznacznym świetle, bo w gruncie rzeczy każe nam ona postawić pytanie o istotę naszego udziału w kluczowych dla ofiary (czy wręcz dla całego społeczeństwa) momentach historii. Bohaterka spektaklu to młoda dziewczyna, Teresa (Sara Celler-Jezierska), która zgłasza się do udziału w dość mętnie zarysowanym eksperymencie rzekomo dobrowolnie. Nazywana jest klientką, a wolność jej wyboru mają potwierdzać obecność na widowni jej rodziców, chłopaka i przyjaciółki. Szkopuł w tym, że gdy eksperyment się rozpoczyna, w bliskich dziewczyny wcielają się członkowie zespołu maszyny, ich samych zaś w „studio” nie ma. Proces się rozpoczyna i po około godzinie dziewczyna zostaje unicestwiona.

fot. Natalia Kabanow

Opisuję dość szczegółowo fabułę, bo metafora przez nią zbudowana może oznaczać wszystko. Możemy być obojętnymi obywatelami, co patrzą, jak machina państwa zabija młode dziewczyny, z których poglądami i walką o swoje prawa się nie zgadza, możemy być widzami, co obojętnie wzruszają ramionami, gdy reżyser z premedytacją unicestwia niepokornych aktorów udając, że to na niby, bo jesteśmy w teatrze, może to też być opowieść o telewizji na przykład czy o wielu jeszcze innych problemach. O czym zatem jest to spektakl? O wszystkim i o niczym. Twórcy budują niezwykle pojemną, aczkolwiek przezroczystą sceniczną opowieść i każą mi, widzowi, decydować, o czym to w istocie jest. Szelc nie stawia żadnych akcentów – jej prawo. Najgorsze, że w takiej sytuacji mój przyzwyczajony do łączenia kropek mózg zaczyna desperacko szukać kół ratunkowych, których nie ma. Skupia się na zrozumieniu całości, dopasowaniu wszystkich puzzli, a w tym samym czasie traci kontakt z samym spektaklem. Buduje się między nami dystans i w końcu z minuty na minutę całość opowieści przestaje mnie obchodzić. Nie porusza mnie nawet faktyczna egzekucja dziewczyny! I nie jest to wina mojej bezduszności, a bezduszności twórców, czy może bardziej ich koncepcji. I dzieje się najgorsze – gubię się w formie, nie dostaję ani obrazka z połączonych kropek, ani emocji aktorów, z pełnym oddaniem próbujących przekazać mi… no właśnie – co? Ludzką prawdę czy performatywny schemat? Próbują opowiedzieć mi historię, czy ją odegrać? I o czym jest ta historia? Same pytania, żadnych odpowiedzi.

Teatr radykalny, odważny, ale nie mam ochoty go więcej oglądać. Bo okazuje się, że z samego istnienia opowieści, podanej nam w sposób skrajnie obiektywny (o ile to możliwe), nic nie wynika. Chyba że mam – patrząc w lustro teatru – przejrzeć się w chaosie, ale wtedy przechodzę totalnie obok tego doświadczenia, bo nie widzę w nim zupełnie swojego odbicia, tylko telewizyjny szum po zakończeniu programu. W konsekwencji zapominam to, co oglądałem, już podczas braw… niestety…

Tytuł oryginalny

Say something, say something – o „Maszynie” Jagody Szelc z Teatru Polskiego w Bydgoszczy

Źródło:

DOMAGAŁAsięKULTURY
Link do źródła