EN
2.05.2022, 16:23 Wersja do druku

COFNIĘCIE KULTURY. FIU, FIU, PANIE DZIEJKU, FIU, FIU – 2. UN COCHON-CHRISTE

Po Szewcach może tego nie widać, lecz cofnięcie kultury jest w istocie koncepcją mesjańską. A ściślej – jej karykaturą. Powstała w czasie, gdy nowoczesność cierpiała na silną manię – uroiła sobie mianowicie, że może, a jak może, to musi, zbawić ludzkość. Cofnięcie kultury wykpiwa to dążenie, obnaża jego absurdalność i, przede wszystkim, grozę. Na próżno i dlatego tragicznie. Katharsis jest tu rhaumaston, zdziwieniem variétés wariátá, gdzie pijany w sztok kiczem patos tańczy w stroju podkasanej muzy kankana dla zatinglowanych w trupa litości i trwogi. Pisze Antoni Winch w felietonie dla portalu Teatrologia.info.

Świat dla ogarniętego bzikiem mesjańskim Zachodu miał być, pod groźbą rozstrzelania, najszczęśliwszym miejscem na ziemi. Pragnienie to wyzwalało – i wciąż, niestety, wyzwala – niszczycielską siłę czegoś, co Peter Sloterdijk nazwał „immanentną gorliwością”. Tym różni się ona od religijnej, że nie zna litości, nie umie być łaskawa. Wpisany w nią ekstremizm określił kształt oraz przebieg, liczonej od „władzy jakobinów” do „szaleństwa maoistów” i, dodam od siebie, trwającej do dziś, „epoki ideologii”. Z „pianą furii w imię największych ludzkich celów”, jak wyraża się o niej niemiecki filozof, weszła z butami w Historię i wzięła ją za ni mniej, ni więcej pysk. Niegrzecznie. Ale co zrobić? „Ideologie” – czytamy u Sloterdijka – „są ruchami, które ateistycznym projektowaniem świata naśladują formę gorliwego monoteizmu”. Dlatego sądzą, że mają rację i pozwolić sobie mogą na wszystko, z czego z góry się rozgrzeszają.

Cofnięcie kultury je przedrzeźnia, chcąc rozwiać aurę fałszywej świętości, jaką się otaczają. Jest w niej niewątpliwie przekora, jest humor, ale jest też zarazem coś więcej. Jest przestroga. W odróżnieniu od traktowanych ze śmiertelną powagą millenarystycznych oryginałów z „epoki ideologii”, cofnięcie kultury wywołuje „immanentną gorliwość” z rozpaczy. Napawała nią do rozpuku Witkiewicza, a wraz z nim jego bohaterów, wizja przyszłości tak już niedalekiej, że niepokojąco dzisiejszej, w najlepszym razie jutrzejszej. Na mdło zdemokratyzowana, coraz bardziej wczorajsza współczesność budziła w nich niesmak, irytację, odrazę, ale dopiero to, co miało nadejść – rzecz jasna po trupach, bo po czym? – było w ich mniemaniu realizacją najstraszliwszego koszmaru – zagłady człowieczeństwa. Ludzkość – „ohydne słowo”, jak wyraża się o nim Gottfried Reichsgraf von und zu Berchtoldingen aus Janulka, córka Fizdejki – o zdupiałych ad finem mózgach śni go jednak z błogością najpiękniejszego snu. I głupotą największego kretyna. Zdziwi się on, ten największy kretyn ludzkość, kiedy zostanie z niego wyrwany.

Ciekawy obraz tego, co wtedy zobaczy, przedstawił w swojej książce Rewolucja manadżerska amerykański socjolog i politolog James Burnham. Nie od rzeczy będzie przywołać tutaj tę pracę choćby z tego powodu, że badacz pracował nad nią w roku 1940, a więc niedługo po śmierci Witkacego. Zawarte w niej analizy i wnioski odnoszą się przeto do procesów, które Stanisław Ignacy mógł obserwować. Nie tylko z tego względu atoli warto poświęcić im nieco więcej uwagi. Poza tym bowiem, że tworzą interesujący kontekst dla tez i prognoz autora Szewców, sporo mówią także o porządku świata, w jakim przyszło nam funkcjonować. Ładzie wyrastającym, jak Witkiewicz sądził, z utraty, a raczej dobrowolnego zrzeczenia się, przez naszą cywilizację daru – boć zaiste jest to dar, niezależnie od tego, iż przy okazji także przekleństwo – przeżywania metafizycznych dreszczy, niepokojów, wątpiów, budujących przez wieki wielkość kultury Zachodu, a teraz, w nowoczesności, rozpadających się wraz z nią w drebiezgi banału, nijakości, zglajchszaltowania, nudy.

Rozbicie to odbywa się w ogniu gwałtownych przemian. Burnham wskazał, że ich systemowymi ujęciami są stalinizm, nazizm oraz amerykański New Deal. Programy te, mimo dzielących je, niemałych przecież, różnic, łączy jedno – stanowią mianowicie etap „przekształcania kapitalizmu w społeczność manadżerską”. Rozwija się ona tam, gdzie „ramy gospodarcze […] opierają się na państwowej własności głównych narzędzi wytwórczości”. Zarządzają nimi właśnie menadżerowie. Ich nie tyle pozycja, bo ona jest podrzędna, czysto (a jak się nad tym dłużej zastanowić, to raczej brudno) techniczna, w każdym razie oficjalnie, ile raczej wpływy, gdyż te są przemożne, pozwalają im na przejęcie władzy nad władzą. Ta jest wszak formalnie sprawowana przez kogoś innego. Ten ktoś inny, premier, prezydent czy kto tam akurat bądź, pardon my French, grówno jednak może bez zgody menadżerów. Pozostali zresztą też. Tyle, że bardziej.

Ważną cechą „społeczności manadżerskiej” jest jej zrośnięcie się z biurokracją. Jak bowiem, twierdzi Burnham, „parlament był ciałem suwerennym ograniczonego państwa kapitalistycznego”, tak „biura są suwerennym ciałem nieograniczonego państwa społeczności manadżerskiej”, a „powiedzenie, że klasą rządzącą są manadżerowie jest niemal stwierdzeniem, że jest nią biurokracja państwa. Te dwie grupy, na ogół, złączyły się”. Z tego technokratycznego związku dwóch gadzio-zimnokrwistych kast rodzi się świat, gdzie „zamiast na «indywidualności» nacisk położony jest na «państwie»”, „przedsiębiorczość prywatną” zastępuje „«socjalizm» lub «zespołowość»”, natomiast wolność i „swobodna inicjatywa” ustępują miejsca „planowości”. Człowiek zmienia się w ludzki zasób. Nie w stary dobry, niepojęty byt wrzuca się go, a w ewidencję i wsio w pariadkie, można się rozejść, Istnienie nie ma żadnych nierozwiązywalnych zagwozdek, są jeno urzędnicze akta i procedury. Duchowa gmatwanina odgmatwia się ponadto, sprasowana walcem aksjomatu wydajności. „Społeczność można prowadzić” – uważają wszak menadżerowie – „mniej więcej w taki sam sposób jak się prowadzi […] fabrykę wytwórczości masowej”.

Diablo to wygodne. Optymalizuje ujednolicenie, znosi wszelkie odmienności – ot, choćby kulturowe czy narodowe – bo po prostu ich nie dostrzega. Lekce je sobie ważąc, myślenie takie, o ile stanie się dominujące, doprowadzi do tego, „że system polityczny […] przybierze postać jedynego państwa światowego” względnie, że obecnie duża liczba krajów suwerennych wyraźnie się zmniejszy. Powstaną „państwa-kolosy”. W cieniu tych Lewiatanów-Molochów słabsze organizmy polityczne „zostaną faktycznie wyeliminowane”. Dla świętego spokoju pozwoli im się „utrzymać […] formalnie”, traktując je „jako okręgi administracyjne”. Ten miły, niewiele kosztujący gest, nie zmieni faktu, iż decydować będą dokładnie o niczym, aby wielcy tego świata mogli bez przeszkód robić biznesy. A te będą as unusual. Pod globalnym zarządem menadżerów zyski wyjdą bowiem z pułapki średniego wzrostu. Pozwoli na to zorganizowanie produkcji „według najwydajniejszego planu, z maksymalnym wykorzystaniem zasobów świata i najwłaściwszym podziałem pracy”. Wypisz, wymaluj, kiej witkacowski, w Pożegnaniu jesieni wspomniany, „mechanizm, który niczym się nie będzie różnił od ula albo mrowiska”.

Istotną cezurę w procesie jego konstruowania stanowi, wedle koncepcji przedstawionej w Rewolucji manadżerskiej, druga wojna światowa. Jest ona pierwszym konfliktem „społeczności manadżerskiej”. I bynajmniej nie ostatnim. Kolejne starcia toczyć się będą o „monopol władzy nad światem”. Nastanie panowania menadżerów nie zniszczy cywilizacji jako takiej. Oznacza jedynie, osobliwie pociesza nas Burnham, zagładę „naszej cywilizacji”. „Demolacja” taka, aczkolwiek krzepiąco ograniczona, nie przestaje być kompletna. A to dla Witkacego było ciut za wiele. Widział, jak zachodnia kultura insekcieje, aby móc się wcisnąć w ul bądź mrowisko przyszłości. Toteż nie dziwi, iż bohaterowie jego sztuk i powieści w cofaniu jej z tego szlaku wiodącego ku pasiekom i kopcom nie cofną się przed niczym.

Tacy Leon Węgorzewski z Matki i Atanazy Bazakbal z Pożegnania jesieni, na przykład. Młodzieńcy zastanawiają się, jak uchronić siebie i innych przed zbliżającą się katastrofą bydlęcego szczęścia. We dwóch, choć osobno, dochodzą do zbliżonych wniosków. Należy tedy zacząć od wytworzenia odpowiedniej „atmosfery”. Węgorzewski nazywa ją „społeczną”, Bazakbal – „zbiorową”. Jako taka potrzebuje działań na wielką skalę. Ich celem będzie upowszechnienie wiedzy o nadciągającym zagrożeniu. Musi być ono totalne. Leon mówi, bagatela, o „miliardzie ludzi”, Atanazy o „każdym, ale to absolutnie każdym człowieku”. Niemożliwe? Furda tam z niemożliwością! Tu czynu, czynu ludzkość czeka! Dokona się go, „zużywając już zdobytą organizację” (Bazakbal), ponieważ „na to mamy właśnie organizację zbiorowości, aby się nie dać i zabić w niej to, co jest szkodliwym dla indywiduum” (Węgorzewski). Gdyby udało się plan ten zrealizować, pojawiłaby się szansa na powstanie „nowych typów ludzi” (Pożegnanie jesieni), „indywiduów nowego typu” (Matka).

Zaprawdę śmiałe to zamierzenia. Idzie w nich o odrodzenie rodzaju ludzkiego, ba!, o creatio z obecnego, robaczejącego na mdłodemokratycznie, humanoidalnego nihilo człowieka godnego tego miana. Czyli, przede wszystkim, zdolnego do doświadczania metafizycznych przeżyć na tle budzącego bojaźń i drżenie przeczucia nieodgadnionej Tajemnicy Istnienia. Objawiały się one drzewiej takimi, duchowo-intelektualnymi konstrukcjami, jak religia, filozofia i sztuka, czyli, po prostu, kultura. O jej cofnięciu, które, żeby było mniej paradoksalnie, może otworzyć przed nią niebydlęcą przyszłość, rozmyśla Atanazy, schodząc z gór, by objawić ostatnim ludziom swoją prawdę. Owszem, ten zaryteański Zaratustra albo, jak kto woli, Mojżesz, jest zakokainowany i napity. Tak, ma na sumieniu Zosię Osłabędzką i ich nienarodzonego syna, Melchiora. Fakt, z prosiaczkowatą rozkoszą nieopierzonego warchlaczka taplał się z Helą Bertz w ciepłym błocku najbardziej wyuzdanego zepsucia, do spółki z nią programowo niszczył ludzi, szedł na zatracenie jak dzik w żołędzie, ale trudno. „Prorok może dziś być świnią – jest to przykre, ale to jest fakt”, powiada Leon, wampir wysysający matkę, szpieg, utrzymanek podejrzanej milionerki and last but not least rajfur własnej żony. „Czy ja nie jestem przypadkiem” – zastanawia się Bazakbal, poniekąd też za Węgorzewskiego – „zupełnie zwykła, mała, pospolita, smutna świnia, «un cochon triste»?”.

Oui, triste, lecz także christe. Małą literą, gdyż na tych przyjemniaczków rodem nawet nie tyle z piekła, co z podrzędnego piekiełka dla eunuchów zbrodni, taniego panoptikum pandemonium, nie ma sensu marnować wielkiej. Bo żeby chociaż byli źli, tak do szpiku kości albo przynajmniej do pierwszej krwi, zadrapania bodaj, ale i to nie. Krzywdy, jakie wyrządzają, nie w ich potępieńczej sile arcypotworów mają swoje źródło, lecz w dojmującej słabości, miałkości, nijakości charakterologicznych i duchowych sflaczeńców. Spełniają tym skądinąd niezbyt wyśrubowane w tym względzie wymagania epoki. Metafizycznie spsiałej do imentu i spsiajającej do zapchlonego skundlenia dawne typy ludzi w wielkim stylu. Zamiast nich hoduje całymi miotami pokolenia zborsuczałych na fest suk. „Jestem jak jakiś nabój wysokiej marki eksplozywności, leżący spokojnie na łące. Ale dotąd nie ma armaty i nie ma mnie kto wystrzelić”, skomle o nich, myśląc rzecz jasna o sobie, jedna z nich, Leon, a o drugiej, Atanazym, i jej podobnych, pisze narrator powieści, że „jak kula działowa wystrzelona z tajemniczej otchłani bytu pędził, by uderzyć i roztrzaskać się o kres swego życia, z tym samym bezsensem, z którym wszystko inne też śpieszyło ku swemu końcowi”.

Leon i Atanazy z rodu wiecznych niewypałów są następcami Zbawiciela. À la manière de la modernité, czyli, jak Bóg przykazał, a przy tym wręcz przeciwnie. Odkupicielowatość swą zakorzeniają w biblijnej tradycji. Odczytują wszakże jej przekaz po swojemu. „Ostatecznie ktoś musiał się poświęcić, aby to właśnie zrobić co ja – tak jak Judasz musiał się poświęcić, aby sprzedać Chrystusa”, peroruje Leon. Następnie, te już od urodzenia mokre kapiszony, permanentne niewybuchy, starają się sztucznie doprowadzić do swojej eksplozji. W tym celu przeflancowują judeochrześcijańską eschatologię na obcy jej, nie duchowy, lecz ekonomiczno-społeczno-polityczny, grunt, ziemię dla niej jałową, którą ma użyźnić, sama na niej usychając. „Teraz ludzkości trzeba nowego typu proroka” – dowiadujemy się od Atanazego – „ale innego niż te socjały z dziewiętnastego wieku. Zbydlęcenie programowe trzeba trochę dla uroku umetafizycznić, wykazać jego transcendentalną konieczność. Żadna religia znana tu nie pomoże – trzeba wymyślić coś zupełnie nowego”.

Tym wymyślonym czymś nowym, wyłączywszy upiększanie „programowego zbydlęcenia”, bo jeśli o nie chodzi, to akurat pokazuje jego ohydę w pełnej krasie, zdaje się być cofnięcie kultury. Jak jeszcze się przekonamy, potrafi ono wyzwalać „immanentną gorliwość”. I to wcale hocheksplozywnie… jak na fajerwerk. Kieruje nim zawsze jakiś un cochon-christe, leonowato-atanazowata smutna gnidka, wstręciuszek-dekadent, takie coś bardzo fe, co fujeje w oczach aż odkryje, że ma do spełnienia dziejową a straceńczą misję zawrócenia dziejów z drogi wyznaczonej przez prawa dziejowego rozwoju. Wtenczas, zmesjaszowany na amen, nieco ładnieje, trochę nawet potężnieje. Ale na niby i krótko. Groteskowo imitując znak krzyża w panicznym odganianiu się od gęstniejących chmar owadziejących en masse ludzi, egzorcyzmuje to-to mdłodemokratyczne kompromisy i przezakłamania z widm zbliżającej się krokami wielkimi jak globalne trusty, ery menadżerów. I przegrywa.

Nowoczesność, otumaniona opium prawdziwych sztucznych religii, głoszonych przez proroków-świnie komunizmu, nazizmu, faszyzmu, liberalizmu et consortes, oddycha wtedy z ulgą. Sądzi bowiem, iż niniejszym znika krzywe zwierciadło ukazujące jej śmieszność, parszywość i inne jeszcze szpetności. Odbicie atoli pozostaje. Widać w nim, dzięki karykaturalności cofnięcia kultury jako idei świeckiego mesjanizmu, że święte przekonanie naszej epoki o własnym ateuszostwie jest li tylko stekiem bezbożnie pobożnych życzeń. Ich bezmyślnie klepana mantra wywołuje z czeluści ideologicznych piekieł hufce najdiabelniejszych demonów.

Tytuł oryginalny

COFNIĘCIE KULTURY. FIU, FIU, PANIE DZIEJKU, FIU, FIU – 2. UN COCHON-CHRISTE

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Antoni Winch

Data publikacji oryginału:

28.04.2022