EN
1.06.2022, 15:46 Wersja do druku

Sasza Denisowa: Rosja przestała dla mnie istnieć

Rozmowa z Saszą Denisową [własc. Ołeksandra Denisowa], dramatopisarką, dramaturżką, reżyserką, pedagożką w Biuletynie „ZAiKS. Teatr”.

Agnieszka Lubomira Piotrowska: Uciekłaś przed rosyjskim agresorem do Warszawy, ale nie z rodzinnego Kijowa, tylko z Moskwy. Urodziłaś się i wychowałaś w Kijowie, a po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Kijowskim w towarzystwie młodych utalentowanych przyjaciół m.in. Natalki Worożbyt i Maksa Kuroczkina zdecydowałaś się przenieść do Moskwy. Dlaczego właśnie Moskwa?

fot. mat. ZAiKS

Sasza Denisowa: Urodziłam się, dorastałam i do 30 roku życia pracowałam w Kijowie jako dziennikarka, przeżyłam Majdan, pracowałam tam w sztabie Juszczenki, robiliśmy rewolucyjną gazetę, drukowaliśmy ją na drukarce w pokoju na bulwarze Szewczenki i rozprowadzaliśmy tę gazetę na Majdanie. Pamiętam ten entuzjazm, niesamowite poczucie udziału w wielkim wydarzeniu historycznym. Piszesz kronikę, znajdujesz obrazy. Ale rewolucja się skończyła, sztab się rozszedł, koledzy zostali politykami, politologami, a ja nie mogłam znaleźć sobie punktu zaczepienia, jako pisarka. Chciałam być powieściopisarką jak Joyce, Umberto Eco, Marquez, których ubóstwialiśmy w latach 90. na wydziale filologicznym. Dziennikarstwo mnie znudziło – pisanie do gazet o ukraińskich piosenkarkach w różowych butach. Nic innego w polu zawodowym nie powstało. Pojechałam więc do Moskwy, od razu pisarką nie zostałam, ale moje teksty w sieci społecznościowej zobaczyli Ojcowie Założyciele Teatru.doc – Jelena Griemina i Michaił Ugarow, krytyczka Lena Kowalska (również Ukrainka) i powiedzieli: o, masz talent, wyślemy cię na studia teatralne. Szczerze mówiąc, nie zamierzałam pisać żadnych sztuk. Ale oczywiście kochałam teatr jak wariatka, chodziłam codziennie, obejrzałam wszystko – od Dodina po Ostermeiera, od Pogriebniczki po Castrofa. Zostałam więc wysłana na nauki i tak się potoczył mój los. Studiowałam w British Royal Court Theatre i zaczęłam robić przedstawienia. Mój pierwszy tak naprawdę spektakl – Rozpal mój ogień[1] – został uznany za przełomowy, otrzymał Złotą Maskę. To jak pierwsza wizyta w kasynie – miałam szczęście. Skrzyżowałam sztukę teatralną z dokumentem i przedstawiłam to wszystko w teatrze nie psychologicznym.

Od razu środowisko teatralne uznało, że mam jakieś szczególne spojrzenie, uosabiam nowy rodzaj teatru, ale tak naprawdę musiałam jeszcze nauczyć się rzemiosła.

A dramatopisarka, scenarzystka i obecnie reżyserka filmowa Natalka Worożbyt jak się odnalazła w Moskwie?

Z Natalką Worożbyt, kijowianką, poznałyśmy się już w Moskwie w Teatrze.doc, który był wówczas piwnicą wolności, niezależnym i desperacko odważnym teatrem, i był domem dla nas wszystkich: tutaj powstawały przedstawienia o wojnie w Czeczenii, o sytuacji LGBT w Rosji, o nosicielach wirusa HIV, o Putinie, o Biesłanie, o atakach terrorystycznych, bezkompromisowe teksty polityczne, dotykające najboleśniejszych spraw, o których konserwatywny teatr nie chciał mówić.

Sztuki Nataszy z hukiem przeszły po scenach tzw. „nowej dramy” – pamiętam, jak najpierw zobaczyłam jej Gałkę-Motałkę, a dopiero potem zaprzyjaźniłyśmy się, a przecież mieszkałyśmy w Kijowie w tej samej dzielnicy: na Batyjewej Horze. Mój pierwszy utwór wyreżyserował też Ukrainiec – Andrij Maj-Małachow.

I kolejny znany autor ukraiński w Moskwie – Maksym Kuroczkin.

Maksyma Kuroczkina znałam od czasów uniwersyteckich, od lat 90.: był najmądrzejszy i najbardziej utalentowany. Kiedy Maks wyjeżdżał do Moskwy, a sam Oleg Mienszykow, wówczas jedna z największych gwiazd filmowych, grał w jego sztuce, wydawało się to takim niedościgłym marzeniem!

I te marzenia spełnialiście w Moskwie.

Teraz to brzmi śmiesznie. Komu oni potrzebni: ci zepsuci artyści narodowi, którzy przysięgali władzy przez te wszystkie lata, zasłaniając się teatrami, ludźmi i sztuką, a ostatecznie „doprzysięgli” się do poparcia wojny. I myślą, że to im się upiecze – a czeka ich nowa Norymberga – za czytanie wierszyków na uroczystościach planowanych na 9 maja, za zwalnianie przeciwników wojny. Za tworzenie skorumpowanego, połączonego z władzą wspólnego krwawego systemu teatrów. Za kreowanie podwójnej etyki – tu robimy spektakle-protesty, a tu kłaniamy się Departamentowi Kultury, który jest po prostu SS od kultury.

A wracając do pytania: tak. Ogólnie rzecz biorąc, to był exodus kijowian do rosyjskiego teatru. Jak teraz mówi Worożbyt: to oni mieli szczęście z nami. Worożbyt wróciła do Kijowa przed wojną w Donbasie i stała się bardzo ważną postacią kultury ukraińskiej. Kuroczkin wrócił po kilku latach wojny – i założył Teatr Dramaturga. Wiele się tam, w Moskwie, nauczyliśmy, mamy szkołę, rzemiosło, doświadczenie. Ale nie ma w nas teraz wdzięczności.

I wybuchła wojna na ogromną skalę, Rosjanie bombardują cały kraj.

Właśnie, bombardują Kijów, a moja matka, Olga Iwanowna, nie chce się nigdzie ruszyć, do żadnego schronu. Matka urodziła się 7 lipca 1941 r. podczas ofensywnej operacji nazistów, w czasie bombardowania Kijowa, więc babcię z jakąś kobietą zniesiono do schronu szpitala położniczego. Dlatego mama ma stalowy charakter! - powiedziała: nigdzie się nie wybieram, urodziłam się w schronie i to też przeżyję. A jakieś 900 metrów od matki, na Łobanowskiego rakieta rozwala nowy budynek mieszkalny, gdzie razem z przyjaciółką chodziłyśmy na kawę…

Od pierwszego dnia wojny piszę jakieś posty, zbieram jakieś podpisy dramaturgów – bo oczywiście oficjalny teatr milczy. Wszyscy boją się o swoje trony. 1 marca policja przychodzi do mieszkania, w którym jestem zameldowana[2] - i pyta, jak znaleźć Denisową, pytają o numery samochodu, numery kontraktów teatralnych, szukają, gdzie naprawdę mieszkam, a następnie dzwoni do mnie Jewgienij Mironow, dyrektor artystyczny Teatru Narodów, w którym właśnie miałam premierę spektaklu Hermiona – to historia sprzedajnej rosyjskiej inteligencji za budżety, za sławę, opowiadałam o ich strachu przed pójściem na protesty, o ich poparciu dla wojny, Putina – i mówi: zdejmujemy spektakl, nie jest wystarczająco artystyczny. Mówi: nie przekonałaś mnie. Czujesz, nagle 1 marca 2022 roku go nie przekonałam! I zdejmuje spektakl – rozumiem, boi się tak, że nawet szczerze nie umie porozmawiać. Mówię mu, że już mnie to nie obchodzi, jestem Ukrainką, moją mamę bombardują. Uważaj na siebie, dodaje Mironow. Rozumiesz, poradził mi, żebym na siebie uważała! A teraz organizuje koncerty na dzień zwycięstwa, niewyobrażalne rzekomo „charytatywne” akcje teatralne dla przymusowo wysiedlonych z Mariupola Ukraińców, którym odbierane są dokumenty, którzy są zastraszani w obozach filtracyjnych? W tym czasie, gdy bomby lotnicze spadają na Azowstal, gdzie ukrywają się tysiące Ukraińców, dzieci, starców. Przestańcie bombardować, nie potrzebujemy ani waszych koncertów ani waszych niekończących się dyskusji!

Łapię więc ostatnie dostępne bilety lotnicze, które już kosztują tyle, co statek kosmiczny, i razem z mężem przez Armenię trafiamy do Gruzji, wszędzie dobrzy ludzie nam pomagają, mieliśmy szczęście – słynny scenograf Georgi Aleksi Meshishvili i jego żona Maka, Gruzini, którzy sami przeżyli dwie wojny i znają ten rodzaj putinowskiego okrucieństwa, tę odwróconą propagandę Goebbelsa, po prostu nas adoptowali, karmili-poili, ponieważ nie mieliśmy pieniędzy, uciekliśmy z jedną walizką, niestety – nie dorobiłam się żadnego majątku. Miałam tylko książki, które zabrali przyjaciele. A potem ruszyliśmy do Polski. Tutaj, dzięki Bogu, już czekali przyjaciele.

W ciągu tych 50 dni wojny otrzymałam wielki zbiór listów od mojej mamy – napawających optymizmem, smutnych i zabawnych – ale czuję w nich strach. „Chodzę w trzech bluzkach po mieszkaniu, nie ma ogrzewania, ale potrzebujemy mrozów do walki”. „Igor (jej mąż) poszedł po chleb, ale w pobliżu rozpoczęła się silna strzelanina”, „siedzimy z lampą na podłodze, bo jest tryb czarnego nieba, w pobliżu nie ma ani jednego jasnego okna”, „mieliłam mięso na faszerowane papryki, jak w pobliżu była tak silna eksplozja, że ciocia Natasza spadła z łóżka”, „dzisiaj jest radosny dzień – przyszedł wolontariusz i przyniósł słoik sardynek, makaron i słodycze, więc pamiętają o mnie!” i tak dalej.

W Kijowie pod bombami siedzą moi krewni, również teść, niedawno, 9 lutego, pochowaliśmy teściową, wtedy wciąż pytałam przyjaciół, czy będzie wojna, odpowiadali: „nie, nie, nie” ale Kijów był taki cichy, niespokojny. Moja szwagierka, młoda kobieta w trakcie leczenia onkologicznego, musiała zostać wywieziona pod bombami, z dzieckiem. Dzwoni, płacze, bo wszystkie kliniki w Kijowie zostały zamknięte, na szczęście brat znalazł przyjaciół teatralnych w Mołdawii, którzy szybko zapewnili leczenie, uratowali. Były mąż jest w obronie terytorialnej, przyjaciele z dziećmi w schronie. Tak właśnie rozwijała się wojna. A jednocześnie rosyjski Facebook z tymi dyskusjami – „co możemy zrobić?” – wyglądał niedorzecznie. Nikogo nie chciałam przekonywać.

Dziękuję za tę opowieść o początku wojny. Ale porozmawiajmy jeszcze o teatrze. Jesteś autorką i reżyserką z dużym doświadczeniem pracy w najlepszych teatrach w Moskwie ale jesteś absolwentką wydziału filologicznego. Filolożka reżyserką? Gdzie uczyłaś się zawodu?

Znowu miałam szczęście: odbyłam staż w Edynburgu, studiowałam w Szkole-Studio MChT, w Szkole Lidera Teatru. Potem natychmiast zostałam zastępczynią Mindaugasa Karbauskisa – dyrektora artystycznego w Teatrze Majakowskiego i pracowałam tam przez 3 lata, wystawiono tam 4 moje sztuki. Uczyłam się od Karbauskisa – litewskiego teatru, szkoły Fomienki, jego własnej metody. Uczyłam się u wszystkich reżyserów, z którymi pracowałam – u Sieriebriennikowa, Bogomołowa, Ryżakowa.

Reżyserowałam w Teatrze.doc, MChT im. Czechowa, Centrum Dramaturgii i Reżyserii, Centrum im. Meyerholda, w Teatrze na Bronnej. Na dużej scenie Teatru na Bronnej wyreżyserowałam Batman versus Breżniew – spektakl o epoce stagnacji, o tym, jak jedna osoba może rzucić wyzwanie tyranowi siedzącemu na tronie od 20 lat, o takim radzieckim Batmanie. Stworzyłam sztukę na bazie własnego radzieckiego dzieciństwa i osobistej historii o ojcu, matce, babci.

Reżyserujesz przede wszystkim swoje sztuki? Czy zdarzają się wyjątki?

Reżyseruję nie tylko swoje teksty – wystawiłam scenariusz Michaiła Ugarowa Morze. Sosny o puczu z 1964 roku, kiedy Breżniew zdymisjonował Chruszczowa na daczy w Abchazji a pod czołgami wojskowego zamachu stanu znalazły się losy młodych kochanków. Zrobiliśmy ten spektakl z aktorami z Teatru.doc, zaraz po śmierci Michaiła Ugarowa. Walka Grieminy i Ugarowa z systemem doprowadziła ich do tej śmierci, ponieważ Teatr.doc był nieustannie prześladowany, eksmitowany, prowokatorzy zrywali spektakle, serce nie wytrzymało. Kilka miesięcy temu wystawiłam w Meksyku sztukę meksykańskiego dramaturga Carlosa Pascala w języku hiszpańskim – wspaniałe doświadczenie, ogromna inna kultura, bardzo profesjonalny sposób organizacji pracy, a jedną z ról grał były aktor Castrofa w Berlinie, tak więc rzemiosło było na najwyższym poziomie a mnie pozostało tworzenie tylko akcji, obrazów, słów.

Masz duże doświadczenie w pracy z materiałem dokumentalnym, pracowałaś w Teatrze.doc, potem robiłaś „teatr świadka”, teatr w metrze. Jaka jest istota tej pracy?

Jestem wielką adeptką technik dokumentalnych, choć łączę je ze sztuką teatralną i elementem fantasmagorycznym, teatrem nie psychologicznym, teatrem wyobraźni, fikcji. Zrobiliśmy pięć przedstawień o miastach – w tym jeden o Uzbekistanie, w teatrze Ilhom, zbierając Verbatim od Buchary do Taszkentu: powstaje w ten sposób portret miasta i kraju. Marzę o tym, aby zrobić to o Ukrainie, kiedy skończy się wojna. Wplatałam Verbatim aktorów, ich osobiste doświadczenia w tekst sztuki – wszystko po to, aby stworzyć punkt prawdy w fikcji, którym można zaufać. Zrobiłam Dekalog o jednej z dzielnic Moskwy, wykorzystując monologi dokumentalne mieszkańców, przepisując je na sceny. Na premierze babcia – prototyp postaci krzyczała z widowni: złe pantofle pokazujecie, miałam o wiele bardziej eleganckie! W moskiewskim metrze robiliśmy performance na 12 stacjach jednocześnie — był to wyjątkowy projekt w super trudnym obiekcie o zaostrzonym reżymie: na stacjach pojawiły się baletnice Teatru Bolszoj, Otello biegał za Desdemoną po schodach ruchomych, a nowoczesne orkiestry symfoniczne jeździły w wagonach. No i trzy siostry wypytywały o drogę, a pasażerowie je informowali.

fot. mat. ZAiKS

A potem doszłam do „teatru świadków” – kiedy to nie aktor pokazuje osobę, ale sama osoba na scenie występuje jako świadek własnego doświadczenia. Zrobiliśmy pięć przedstawień świadków z moim mężem, choreografem Konstantinem Czełkajewem, z „choreografią społeczną”, którą on się zajmuje – w ciągu dwóch tygodni zwykli ludzie, informatycy, reklamodawcy, gospodynie domowe, dyrektorzy finansowi przychodzą na próby i mówią o sobie, o swoim zawodzie, marzeniach, dramatach. Tańczą, zaczynają swobodnie poruszać się na treningach, przestają się wstydzić. Trochę contemporary, performance. Potem nadaję temu wszystkiemu formę teatralną – a zwykli ludzie wychodzą na scenę, przestrzeń miejską i tańcząc opowiadają o sobie. Mam nadzieję, że to doświadczenie spodoba się w Polsce. Nazwaliśmy to „metodą Protokoll” – na cześć Rimini Protokoll i ich spektakli 100% Berlin, Oslo i tak dalej.

Najczęściej piszesz sztuki dla siebie. Dla innych reżyserów piszesz tylko na zlecenie czy piszesz sztukę i ostateczną wersję proponujesz reżyserom?

Piszę sztuki na zamówienie reżyserów, dla siebie też piszę jako dla reżyserki, kiedy jest konkretne zamówienie z teatru. Oznacza to, że nie piszę sztuk do szuflady, nigdy też nie drukowałam sztuk. Znajomi zawsze żartowali, że noszę teatr w sobie jak kangur. Ale Szekspir też sam sobie wszystko robił, jak normalny ukraiński „kurkul” (czyli kułak): żeby nikt nie przechwycił twojego dobra. Kijowianie to raczej dumni ludzie: nigdy nie chciałam wysyłać sztuk na konkurs, żeby ktoś mnie oceniał, wybierał. Ambicje były inne: chcę sama robić teatr. Ale oczywiście, teraz po 12 latach robienia teatru chciałabym, żeby ludzie czytali też moje sztuki.

Znasz trochę polski teatr, chodziłaś na próby do Krystiana Lupy, po czym zainspirowana przygotowałaś spektakl Rozpal mój ogień, który przyniósł ci najwyższą nagrodę teatralną Rosji i sukces.

Przywożono nas do Polski, żebyśmy się uczyli polskiego teatru, w 2010 roku pokochałam Jarzynę, Klatę, Warlikowskiego, Kleczewską. Tutaj poznałam Krystiana Lupę, siedziałam u niego na próbach, zainspirowałam się i poszłam zrobić swój spektakl. Spotykam Lupę po roku, rzucam się na niego – pamięta mnie pan? A mój spektakl, który zrobiłam przez pana, dostał Maskę! No, pomyślał, wariatka. A tak naprawdę polski teatr wywarł na nas bardzo duży wpływ – sposób istnienia na scenie, wolność, intelektualność, filozoficzność, pole tematów i sposób tworzenia spektaklu. Nie to, co było dotychczas u nas, że bierzesz gotowy dramat i wystawiasz – zawsze szukałam sposobu na stworzenie spektaklu od zera, hodować, kopać jak kryptowalutę.

Wielu Ukraińców opuściło Rosję po 2014, po Krymie. Ty, podobnie jak sporo innych, zostałaś. Przyjaciele i rodzina z Ukrainy nie mieli pretensji, że nie zostawiasz Moskwy, że nadal robisz tam karierę?

Moi bliscy przyjaciele, ukraińsko-moskiewska rodzina, sprzedali moskiewskie mieszkanie i wyjechali. I cały czas namawiali mnie – chodź, zrób tutaj teatr. Nie chciałam tam wegetować. Potrzebuję robić swoje, robić teatr, tworzyć spektakle. Prowadziłam nawet jakieś rozmowy z ludźmi w Kijowie. Ale szczerze mówiąc, jak w teatrze rosyjskim, tak i w ukraińskim, zasiedział się teatr konserwatywny, otępiali dziadersi, którzy wyznają tępą dziaderską estetykę. Młodych, współczesnych ludzi znajdziesz pojedyncze egzemplarze. Niektórzy siedzą na grantach, ale teatr potrzebuje budżetu państwa, wsparcia. I nawet moje koleżanki – dramaturżki, które uczyły się u mnie na kursach dramaturgii, bardzo utalentowane, jak Lena Laguszonkowa, Katia Pieńkowa, chociaż były wystawiane w ukraińskich teatrach, to cały czas zderzały się z korupcją, z prowincjonalnością, ze starą estetyką. Pojawiały się nowe miejsca, piwnice, studia. W Ukrainie potrzebna jest reforma teatralna. Szkoły aktorskie, reżyserskie. Trzeba otworzyć piwnicę i stworzyć teatr od podstaw, jak przykazał Peter Brook, jak Royal Court w latach 50. albo Teatr.doc. W ramach festiwalu Tydzień Sztuki Aktualnej szkoliliśmy dramaturgów. Dramaturdzy ukraińscy są szalenie utalentowani! Te głosy, ta prawda, ten ból Ukrainy. Pozostaje zbudować dla ich głosów sceny. Dużo pracy. Po wojnie będziemy to robić.

Na razie zaczynasz pracę w polskim teatrze, ale jeszcze nie z polskimi aktorami?

Jeszcze przed wojną razem z młodym polskim reżyserem Beniaminem Kocem postanowiliśmy w Komunie Warszawa wystawić spektakl o Ukraińcach w Polsce – wykorzystując motywy z Tarasa Bulby Gogola. Ale wojna rozwinęła nasz plan. Teraz robimy ten spektakl już o wojnie, o uchodźcach – z aktorami ukraińskimi i białoruskimi. Dokładniej, ukraińskie są tylko aktorki. Z oczywistych powodów. Opowiada o kobietach – uchodźczyniach z Ukrainy, które mieszkają w ośrodku dla uchodźców, położonym w starej szkole, mają nadzieję na powrót do domu lub znalezienie warunków do życia tutaj, przeżywają horror wojny raz po raz, rozłąkę z mężami. Mamy bohaterki z Charkowa, obwodu donieckiego, Mariupola, Żytomierza, Kijowa. Jeździmy, przeprowadzamy wywiady z kobietami. Tyle bólu. Wiele z nich chce wracać: być pod rakietami, ale w domu, w rodzinnych murach! Dzieci przeżywają uchodźstwo w inny sposób: „wszystkie moje pistolety zostały w domu”, mówi sześcioletni chłopiec z Bachmut, „a kiedy jechaliśmy pociągiem przez 20 godzin, widzieliśmy, jak leci rakieta, zjadłem jeden kebab, a drugi dałem chłopcu”. Jego babcia płacze – zaraz rozpocznie się ofensywa na Donbas, został tam mąż i przykuta do łóżka matka. Dziewięcioletnia dziewczynka mówi, że na granicy poznała chłopca i grali w miasta: Donieck-Kijów. A w Warszawie jej się podoba – „są darmowe trampoliny, super!”

A zimą – Haga!

Tak, na zaproszenie dyrektora Macieja Nowaka piszę dla Teatru Polskiego w Poznaniu sztukę Haga (również wystawi ją Ben Koc) – chciałabym zobaczyć wszystkich katów w sądzie, wyobrazić sobie, jak będą się wybielać, niczym Goering w sądzie w Norymberdze. Przedstawić tam Putina, Łukaszenkę, Pieskowa, Szojgu tego po zawale, Ławrowa. I Surkowa, który karmił rosyjską inteligencję wysublimowanymi projektami. Wymyśliłam osobną ławkę dla rosyjskiej kultury. Dla „Zygujących”[3] teatrów, dla potężnych postaci kultury, które albo popierały wojnę znajdując szalone słowa dla usprawiedliwienia ludobójstwa i ostrzału, albo milczały, a milczeniem swoim, poręczeniem zła zwielokrotniały cierpienie i krew Ukraińców, mojego narodu.

Od kilku lat pracuję nad sztuką o ostatnich miesiącach życia Brunona Schulza w Drohobyczu, w niewoli nazisty Feliksa Landaua. O Holokauście w Zachodniej Ukrainie. O artyście, który żyje w sercu katastrofy. Schulza kocham od ponad 20 lat. Dawno wymyśliłam przedstawienie o nim – i teraz zrobię je chyba w Polsce.

Otwieramy Teatr Reduta 22 (bo reduta to i militarna fortyfikacja, i był już taki niezwykle ważny teatr) – dla wspólnych projektów Ukraińców, Białorusinów i Polaków, tu w Warszawie, teatr różnych języków i kultur. Aby ukraińscy artyści, dramaturdzy, aktorzy stali się częścią polskiej społeczności kulturalnej, a nie tylko uczestnikami rezydencji na czas wojny. Jest to aktualny, polityczno-społeczny teatr, z nową wschodnioeuropejską energią. Zadaniem nie jest tworzenie z Ukraińców getta czy nośników doświadczeń wojennych, którym teraz trzeba pomóc, ale pełnoprawnych uczestników teatralnych. Widzów ukraińskich tu wystarczy. Polskich też, mam nadzieję, zainteresujemy. Robimy to z Beniaminem Kocem i tobą (ALP), a przede wszystkim z ukraińskimi dramaturgami i aktorami.

Jak żyli Ukraińcy w ostatnich latach w Rosji? I co się tam teraz dzieje, bo nie wszyscy jeszcze wyjechali.

No jak, zawsze byłam tam osobą z innym paszportem. Musiałam raz w roku jechać do Federalnej Służby Migracyjnej na Sacharowa, to taki cyfrowy Auschwitz dla migrantów, teraz jest tam więzienie dla opozycjonistów. Oddawać do analizy krew, mocz, RTG płuc. I pieniądze. To my, Ukraińcy, dostarczaliśmy im (imperium) przez wieki. Dzięki Bogu, nigdy więcej tego nie zrobię. Lato spędziłam w Kijowie, z radością wyjechałam do Meksyku. A jak tam jest teraz?

Wyjaśniać, rozmawiać z niedawnymi kolegami jest niemożliwe. Trumny już przyjeżdżają do Moskwy – tancerz baletowy zginął w Mariupolu, „bohatersko” i całe środowisko teatralne go opłakuje. A co on tam robił w Mariupolu? Zabijał, gwałcił? Jak się tam znalazł, ten wasz bohater? „Nasz Puszkin-Czajkowski-Tołstoj nie może zostać odwołany, dlaczego go odwołujecie?” „Kultura może być światłem w tym trudnym czasie”: nie, nie może być! Nazywajcie wojnę wojną, a nie trudnym czasem. Jeśli nie przestaną nas bombardować – kultura nic nie może! A zwłaszcza nie może kultura, która milczy, przemilcza i przeczekuje. Piszą o tym, jak dobrze poszło przedstawienie z tematami wojennymi na podstawie antycznych dramatów, jak niesamowicie brzmi dzisiaj – tak, jakby nie było zwęglonych domów Borodianki, cmentarza w Irpeniu. Słowa „Bucza”. Przeczytajcie 9 maja ze sceny pamiętniki z Mariupola!

Rosja idzie pod wodę reżimu jak Atlantyda. Słychać stłumione głosy tonących: kupili kaszę gryczaną, rubel się umacnia, a jak damy radę bez Zary, a co ma do tego rosyjska kultura, a co mogliśmy zrobić, musimy zbudować nową Rosję przyszłości, a potem już tylko – bul, bul, bul.

Wrócisz do Rosji?

Wiesz, nie możesz wrócić do kraju, który bombarduje twoją mamę. To oksymoron. Nigdy tego nie wybaczysz. W jednej sekundzie Rosja przestała dla mnie istnieć. Rozejrzałam się po tym wynajętym mieszkaniu, tych rozrzuconych rękopisach i pożegnałam się ze wszystkim na zawsze, w ciągu jednej minuty. Jest tylko nienawiść do nich – i tylko miłość do moich.

***

[1] Spektakl polska publiczność mogła obejrzeć w ramach Festiwalu Da! Da! Da! w Warszawie w 2013 roku. Był to wielki przegląd teatru rosyjskiego – od mistrzów, jak Lew Dodin czy Dmitrij Krymow, przez Konstantina Bogomołowa po debiutantów, jak Dmitrij Wołkostriełow czy Sasza Denisowa. Współkuratorką festiwalu była niżej podpisana ALP.

[2] W Rosji zameldowanie jest obowiązkowe, Ukraińcy musieli raz w roku składać oświadczenia meldunkowe.

[3] Chodzi o literę „Z” na rosyjskich czołgach, która stała się symbolem „oczyszczania z nazizmu Ukrainy” i pojawia się również na niektórych budynkach teatralnych.

Tytuł oryginalny

Rosja przestała dla mnie istnieć

Źródło:

„ZAiKS. Teatr” nr 26/2022
Link do źródła

Wątki tematyczne