„Odyseja” Homera w reż. Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu. Pisze Ewa Mecner na blogu Artystyczne Spojrzenie.
„Odyseja” w reżyserii Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Muzycznym Capitol we Wrocławiu pokazuje zupełnie odmienny obraz homerowego bohatera, a raczej bohaterów, bo jest ich dwoje i zdają się być równorzędnymi partnerami tej starożytnej opowieści. Kameralny sześcioosobowy zespół aktorów i aktorek, uczestniczy w wędrówce bogów i śmiertelników przez wieki, łącząc starożytność ze współczesnością. Aktorzy grają postacie, których emocje i przeżycia mogą być zrozumiałe przez współczesną publiczność.
Bohaterowie mówią „Homerem” – autor tekstu scenicznego Jarosław Murawski korzystał z tłumaczenia dziewiętnastowiecznego poety Lucjana Siemieńskiego z 1873 roku wykonanego trzynastogłoskowcem – ale żyją w wielu światach. Przeżywają przygody w czasach homerowych, w świecie żywych, ale i zstępują do Hadesu; bywają na polu golfowym u pary Feaków wyglądających jak nakręcana (dosłownie) zrobotyzowana para z cudownych lat 50. XX wieku (świetna jak zawsze rozśpiewana i trzpiotowata Emose Uhunmwangho i zabawny Dawid Suliba – oboje grają tu także kilka innych ról).
Capitolowa „Odyseja” to wędrówka zmęczonego i straumatyzowanego po wojennych masakrach żołnierza, który łatwo ulega pięknym i zwodniczym boginiom i nimfom, a jednak wciąż myśli o domu i żonie, za którą tęskni. Odys grany jest przez Sambora Dudzińskiego, a Penelopa to kreacja Justyny Szafran – para ta jest zaskakująco współczesna.
Żona Odysa jest samotna samotnością współczesnych kobiet czekających na swoich mężczyzn, którzy na długo wyjechali (na wojnę, do pracy). Penelopa jest w spektaklu Małgorzaty Warsickiej postacią osobowościowo równorzędną – jej rola jest rozbudowana bardziej niż to miało miejsce w oryginalnej wersji "Odysei". Co prawda Odys prowadzi w spektaklu ciekawsze i bardziej ekscytujące życie, ale Penelopa mająca dylematy egzystencjalne, ma bogatsze życie duchowe. Rozważania na temat sensu życia i myśli o śmierci skłaniają ją do wizyty u psychoterapeutki (Emose Uhunmwangho), która uświadamia jej, że wcale nie chce umrzeć, bo wiele drobnych sytuacji, jak choćby głaskanie kota czy picie kawy, sprawia jej przyjemność, której wcale nie chce zakończyć.
O ile przygody Odysa są wzięte z mocno uwspółcześnionego eposu Homera, wszak pławi się on w wielkim ustawionym pośrodku sceny akwarium, które zastępuje Morze Egejskie, o tyle Penelopa mówi tekstem wziętym wprost z "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym" – książki Grażyny Jagielskiej, żony korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego.
Penelopa przez większą część spektaklu siedzi odwrócona do Odysa tyłem. Twarzą w twarz staje z nim dopiero, gdy jest martwy i leży nieruchomo na szpitalnym łóżku. Jej świat nie jest tym samym światem, co świat jej męża, na którego czeka od wieku lat, odrzucając zalotników, naciskających na wybranie któregoś z nich i na ślub. "Czekałam w niewłaściwym miejscu. W pokoju bez przyszłości", stwierdza Penelopa. Czekanie jest daremne, Odys przybywa za późno. "Nie mam z nim o czym mówić", konstatuje Penelopa. Justyna Szafran niewiele mówi w tym spektaklu, ale jej obecność jest bardzo znacząca, bardzo przejmująca.
W spektaklu są też, jak zawsze w Teatrze Muzycznym Capitol, dobre, wpadające w ucho songi ("Płyńże, płyń...") i rozbudowana warstwa muzyczna stworzona przez kompozytora i wynalazcę Pawła Romańczuka, twórcę zespołu Małe instrumenty, który niczym szara eminencja wprawiająca w ruch instrumenty, z tyłu, w półcieniu, rozgrywa muzyczne motywy. Gra nie tylko on, ale i świetna młoda aktorka Karolina Klich i Sambor Dudziński, który jest muzykiem multiinstrumentalistą. Słyszymy w spektaklu różnorodne dźwięki wydawane przez takie toy pianino, ale i cytrę, kontrabas, gitarę basową, trójkąty obrotowe czy bardziej egzotyczne waterphone, udu, bar chimes, ableton. Całość tworzy niepowtarzalną senną atmosferę otulającą aktorów niczym muzyczny woal.
Mroczna eksperymentalna wersja tułaczki człowieka i oczekiwania na cud, zmianę, powrót tego, co było dawniej to toposy bardzo współczesne, łatwe do odczytania w naszych dramatycznych, pełnych niepokoju czasach. Dzięki muzyce i niesamowitej scenografii oraz przedziwnym maskom (Katarzyna Borkowska) ten spektakl nabiera głębi i skłania do refleksji nad aktualnością tekstów starożytnych.