Logo
Recenzje

Rozsypani w Kosmosie

4.05.2026, 10:30 Wersja do druku

„Il trionfo del tempo e del disinganno”  Georga Friedricha Haendla w reż. Waldemara Raźniaka z Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie na 32. Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Anita Nowak.

fot. Karpati&Zarewicz

Tak interesującego libretta jakie w 1707 roku stworzył  dla Georga Friedricha Haendla do jego oratorium „Il trionfo del tempo e del disinganno” kardynał Benedetto Pamphili dawno w żadnej operze nie słyszałam. Dalekie od sentymentalnej ckliwości i tragicznych śmierci romantycznych bohaterów jest przepięknie skomponowaną filozoficzną, acz ciekawie udramatyzowaną dysputą Piękna, Przyjemności, Czasu i Prawdy, bohaterów- symboli perorujących na temat ludzkiego losu, na który sam człowiek niestety nie ma żadnego wpływu. Uroda przemija, a każda chwila przybliża go do starości i śmierci. Na drobne kawałki fruwające w czarnej przestrzeni wszechświata rozpadają się wspaniałe pałace, ukazując absurd gromadzenia bogactwa, co widać na wyświetlanych na tylnej ścianie sceny projekcjach Wojtka Kapeli. 

Chociaż kardynał użył podstępu w stosunku do kościelnego zakazu wystawiania w mieście „deprawujących” społeczeństwo oper, pisząc tekst, który potem połączony z muzyką wspaniałego kompozytora stał się jednak możliwy do wystawienia na scenie. Ale czy rzeczywiście rzecz stworzona przez kardynała odziana w operową szatę daleko odbiegała od idei kościoła? Tylko sposób przekazu określonych idei był jak na owe czasy nowatorski, bliższy już epoce oświecenia, a nawet prekursorsko zbliżający się do współczesnego spojrzenia na wszechświat i wrzuconego weń jak pyłek człowieczka. Ale spojrzenie na ludzkie „grzechy” i słabości bardzo już do poglądów kościoła zbliżone.

Niebiańska wręcz muzyka Haendla, sama w sobie już porywająca, grana przez orkiestrę na instrumentach z epoki kompozytora pod batutą Krzysztofa Garstki zachwycała cudownym brzmieniem i idealnym kunsztem wykonania.  Stylizowane na barok instrumenty zdawały się emitować z orkiestronu ducha dawnych czasów i perfekcyjnie synchronizowały się z wokalną stroną przedstawienia. A głosy śpiewaków były wyjątkowo piękne. Julia Pliś w partiach Bellezzy krystalicznym sopranem koloraturowym, zdawała się wnikać w wszechświat. Mocny, głęboki mezzosopran Anety Łukaszewicz doskonale przystawał do postaci Piacere, bo trudno byłoby nie odczuwać przyjemności wsłuchując się w jego brzmienie. Gorzej z jej stroną wizualną. Celowo zeszpeconą przez Barbarę Guzik kostiumem i charakteryzacją jej postać miała chyba na celu zgodnie z poglądami chrześcijańskiej filozofii ukazanie obleśności niesionej z czasem przez fizyczną przyjemność. Talent aktorski Anety Łukaszewicz w pełni dorównywał jej talentowi wokalnemu. Kompozycja Haendla przywołuje na scenę do postaci Disinganno dziś już rzadko spotykany głos , jakim jest kontratenor. Niestety popularne w baroku tego typu głosy są już dziś na wagę złota. Śpiew Jakuba Foltaka przez nieco matową barwę najpiękniej tu nie zabrzmiał. Przytłoczył go dźwięcznym, donośnym tenorem Aleksander Rewiński jako Tempo. 
Daleko posunięta umowność oprawy plastycznej i takież układy choreograficzne pozostawały w zgodzie z treścią i przesłaniem całości.

Reżyser Waldemar Raźniak zadbał o dobre tempo spektaklu.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Anita Nowak

Sprawdź także