EN
14.05.2022, 11:50 Wersja do druku

Éric-Emmanuel Schmitt: piszę z nostalgią muzyka, którym nie byłem

Piszę z nostalgią muzyka, którym nie byłem. Staram się muzykę odnaleźć w moim języku, w konstrukcji zdań - mówi PAP jeden z najpoczytniejszych pisarzy francuskich, ceniony dramatopisarz, filozof Éric-Emmanuel Schmitt.

fot. Albert Zawada / PAP

Polska Agencja Prasowa: Przyjechał pan do Polski, do Warszawy przy okazji premiery spektaklu "Pani Pylińska i sekret Chopina" na podstawie pańskiej książki. Skąd wziął się pomysł jej napisania? Czy przypadkiem nie przemyca pan w niej osobistych wspomnień?

Éric-Emmanuel Schmitt: To w dużej części książka autobiograficzna. Odkrycie muzyki i gry na pianinie w wieku dziewięciu lat zawdzięczam mojej cioci Aimée, która jest też postacią w spektaklu. Cała jej postać, naszkicowana w książce, ma charakter autobiograficzny.

Również to, że w wieku 20 lat studiowałem w Paryżu filozofię i że uczyłem się gry na pianinie. Wówczas miałem bardzo wielu nauczycieli. W książce dokonałem ich syntezy, a potem skrzydła wyobraźni zaczęły machać i popłynęła opowieść. Dodam, że wśród moich nauczycieli gry była też Polka.

PAP: Usłyszałem, że to właśnie pańska ciotka zapoznała pana z muzyką Chopina.

É.-E. S.: Tak. To ona sprawiła, że napotkałem muzykę Chopina i że dowiedziałem się, że był Polakiem.

PAP: Czy mam rację, że ta książka i te wspomnienia są dla pana ważne? W 2018 r. gościł pan w Sopocie na Festiwalu Literackim, a rok później, 17 sierpnia 2019 r., zaprezentował pan widzom monodram na podstawie "Pani Pylińskiej i sekretu Chopina" w Sali Balowej Sofitel Grand Sopot. Towarzyszył panu wybitny pianista francuski Nicolas Stavy, wyróżniony na Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim. Skąd ta potrzeba wkroczenia na scenę?

É.-E. S.: Ten tekst gram co tydzień, przynajmniej raz albo dwa razy na scenie, od trzech lat. Bardzo często jeżdżę z tym spektaklem i prezentuję go gdzie się da.

Wydaje mi się, że ważne jest to, że choć ta książka zaczyna się jako lekcja muzyki - to w istocie staje się lekcją życia. To istotne dla całej mojej twórczości. Bo w "Pani Pylińskiej i sekrecie Chopina" napotykamy tylko lekcje tego, jak żyć.

Jako uczeń odwiedzałem w młodości moich nauczycieli, żeby nauczyć się grać Chopina, a wyszedłem z tych lekcji nie jako ktoś, kto będzie interpretował jego muzykę, ale jako pisarz. Poszedłem jako uczeń, a wróciłem jako twórca.

Te lekcje, które otrzymałem, były szkołą życia i przywiązywania uwagi do wszystkiego. Do tego, jak się coś podnosi, jak się na coś patrzy, jak kocha się z drugą osobą, patrząc w jej oczy. Dzięki lekcjom gry odkrywałem jak dotykać, jak spoglądać, jak patrzeć na świat i ludzi. To było dla mnie bardzo ważne.

Żyję również po to, by przekazywać różne rzeczy. Stwierdziłem, że przez ten spektakl będziemy mogli ofiarować ludziom coś, z czym nie mają na co dzień do czynienia. Grałem w salach, które mają widownie liczące dwa tysiące miejsc - i jestem pewien, że nikt tam Chopina na co dzień nie słucha. A przez spektakl - w którym jest i tekst, i cała historia inicjacji w sztukę, i muzyka w wykonaniu Nicolasa Stavy'ego - przekazujemy, uczymy odbiorców. Daję im ten moment, w którym mogą się spotkać z czymś pięknym. Przecież muzyka Chopina to coś niezwykłego.

Po co nam Chopin i jego muzyka? Nie po to, aby pokazać, że jesteśmy tacy mieszczańscy i że to jest kultura dla współczesnej burżuazji, ale po to, by udowodnić, że można żyć normalnie i słuchać pięknej muzyki.

PAP: Czytelnicy wiedzą, że studiował pan grę na fortepianie, wiedzą, że pozostał pan melomanem i nadal pan muzykuje. Jaką rolę w pańskim życiu odgrywa muzyka i jaki ma wpływ na twórczość? W jednym z wywiadów wspomniał pan, że "ma wrażenie, że poprzez literaturę tworzy pan muzykę".

É.-E. S.: Piszę z nostalgią muzyka, którym nie byłem. Staram się muzykę odnaleźć w moim języku, w konstrukcji zdań. Jestem szczęśliwy, że obecnie, na tym etapie twórczości, na jakim jestem - ludzie zdają sobie sprawę, że w moim pisarstwie jest muzyka, czego nie widzieli, gdy byłem jeszcze młodym pisarzem.

Na tym etapie mojej kariery wszyscy krytycy piszą o muzyce w twórczości Schmitta. Muzyce też mówią mi, że czytając moje książki, słyszą muzykę.

Natomiast aktorzy, którzy grają moje utwory, szczególnie we Francji, twierdzą, że gdy wyrzuci się kilka słów z moich sztuk - to mają wrażenie, że zdania stają się koślawe. Być może jestem tym "muzykiem" - tylko na polu literatury.

PAP: Muzyka jest jednym z oblicz pana osobowości. Myślę jednak, że literatura i teatr to są dwa pozostałe. Bo po co 28 marca 2012 r. wraz z Bruno Metzgerem kupiłby pan Théâtre Rive Gauche w Paryżu?

É.-E. S.: Kupiłem go, bo byłem wkurzony i zawiedziony. Skontaktowała się ze mną Fundacja Anne Frank z Bazylei i zaproponowała napisanie nowej wersji scenicznej jej "Dziennika". Oczywiście napisałem tę sztukę. Fundacja udzieliła mi praw, żeby ją wystawić po francusku w Paryżu. Moje sztuki grano w wielu paryskich teatrach i dlatego poszedłem do ich dyrektorów, proponując im tę sztukę. Rzecz jasna, zaczęli prawić mi te wszystkie grzeczne komplementy: "ale pan pięknie to napisał", "to jest genialne" etc. Mijają tygodnie, a nikt nie chce jej wystawić.

I wtedy kupiłem teatr, żeby zrobić jej premierę. Powiedziałem sobie, że nie chcę żyć w świecie, gdy w Paryżu wszyscy mi odmawiają zagrania "Dziennika" Anne Frank. Chyba miałem rację, że go kupiłem, bo spektakl na podstawie mojej adaptacji "Dziennika" zagraliśmy z sukcesem aż 220 razy.

Od 10 lat dbam o to, żeby w Théâtre Rive Gauche wystawiać tylko autorów współczesnych, żyjących. Myślę, że to pozwoliło mi zrobić coś więcej. Nie odczuwam potrzeby posiadania teatru. Moje sztuki są grane w wielu teatrach. Oczywiście, od czasu do czasu jakiś z moich utworów pojawia się na afiszu Théâtre Rive Gauche, ale głównie gramy współczesnych autorów.

Jako że jestem pasjonatem teatru - pozwala mi to zaspokoić i tę pasję. Mogę śledzić i uczestniczyć we wszystkich etapach pracy teatralnej. Mogę wyprodukować przedstawienie, znaleźć ekipę artystyczną, dokonać obsady, dyskutować w garderobie z artystami. Po prostu mogę żyć w pełni teatrem.

W sumie to właśnie przekształciło mnie trochę w aktora. Stało się tak przez przypadek. Jeden ze znanych aktorów francuskich nie mógł występować każdego wieczoru w przedstawieniu w naszym teatrze. Postanowiłem, że w te wieczory, gdy on nie może grać, ja będę występował jako zastępstwo. Publiczność była zadowolona.

Teraz grywam na scenie tak mniej więcej 50 razy w roku.

PAP: To świadczy o poszukiwaniu pełni życia i doświadczeń.

É.-E. S.: Jasne, że tak. Oczywiście, prasa francuska często mnie pyta, dlaczego kupiłem teatr w Paryżu, we Francji? Odpowiadam, że to jest bardzo elegancki sposób na utratę pieniędzy.

PAP: Sprawdziłem, że 16 pańskich utworów było i jest wystawianych w Polsce. Często miały po kilkanaście inscenizacji. Czy widział pan któreś z polskich przedstawień i czy ma pan wiedzę o ich recepcji?

É.-E. S.: Kilka wystawień moich sztuk widziałem. Niestety, bardzo mało. Niezbyt często przyjeżdżałem do Polski, ale jest jedna rzecz, która zawsze mi się zdarza. Gdziekolwiek bym był na świecie, gdy podpisuję książki, zawsze przyjdzie ktoś z Polski. Prosi o autograf i mówi, że oglądał moją sztukę w którymś z polskich teatrów.

PAP: Jak pan sądzi, co takiego tkwi w duszy Polaków, w naszym charakterze narodowym, co sprawia, że pańska literatura jest tak dobrze odbierana? Nakłady pańskich książek w Polsce sięgają blisko 1,5 mln egzemplarzy. Przykładem entuzjastycznego odbioru może tez być choćby to, że w październiku 2017 r. odsłonił pan swoją ławeczkę w Krakowie.

É.-E. S.: To chyba to, czego nauczył mnie Chopin. Nauczył mnie szeptać, a nie krzyczeć. Chopin i Mozart nauczyli mnie pisać. Nie inni pisarze, na których się na początku wzorowałem, od których się uczyłem rzemiosła. Mnie tworzyć nauczyli muzycy.

Mozart jest dla mnie tak bardzo ważny, bo jest głęboki, ale na zewnątrz nie widać tego. Zawsze można go lubić. Nie traktował siebie jak jakiegoś geniusza. Rozdawał swoją muzykę jak coś ewidentnego. Tak po prostu. Myślę, że trzeba tak też pisać. Może nie udaje mi się czynić tak zawsze, ale to jest mój wzór.

Z kolei Chopin stanowi lekcję intymności. Potrafi stworzyć tę nić intymności pomiędzy czytelnikiem a mną. Powołuje przestrzeń, w której się odnajdziemy.

Chopin zawsze grał z zamkniętą klapą fortepianu, a Liszt zawsze z fortepianem otwartym. Liszt chciał, by fortepian był swoistą orkiestrą, a Chopin szukał poezji we wnętrzu instrumentu. Chopin szeptał, a ja jestem święcie przekonany, że nasz szept lepiej słychać niż nasz krzyk.

Mam nadzieję, że potrafię znaleźć pomiędzy mną a czytelnikami tę intymną relację. Myślę też, że mam w sobie coś takiego, co mnie łączy z Polską i Polakami. Bo jako Francuz, bo jednak jestem Francuzem, nie boję się emocji i ich okazywania. Francuzi bardzo się boją uczuć i ich okazywania, a ja - nie. To mnie z wami łączy.

PAP: Tworzy pan w swojej białej pracowni z przeszklonym dachem, do której wpadają snopy światła. Nazywa pan ją "Słuchalnią" i często powtarza, że tworząc, pochylony nad białą kartką zamienia się pan w wielkie ucho. Ten obraz przypomina mi opis procesu twórczego Samuela Becketta, który w skupieniu nasłuchiwał jaźni, absolutu w swoim mrocznym paryskim pokoju, w którym zainstalował telefon z lampką zamiast dzwonka, by nikt nie przerywał mu tej prawie mistycznej medytacji. Mam wrażenie, że pana twórczość i twórczość Becketta są niczym awers i rewers. Światło u Pana i mrok Becketta, o którym Peter Brook mawiał, że "Beckett mówi +nie+, ale bez satysfakcji, wykuwa swe bezlitosne +nie+ z tęsknoty za +tak+". Co pan o tym sądzi?

É.-E. S.: Tak dobitnie pan to ujął. Zacząłem pisać, bo byłem oczarowany Beckettem i chciałem mu odpowiedzieć. Sztuka "Gość" ("Le Visiteur"), dzięki której zrobiłem taką karierę, to była moja reakcja na "Czekając na Godota".

Ja nie uważam, że świat jest absurdalny. Myślę, że jest ciekawy. W otaczającym nas świecie tkwi obietnica sensu, ale my nie potrafimy jej dostrzec i z niej skorzystać.

Akceptuję tę tajemnicę i zgadzam się na to, że będę żył z pytaniami, na które nie znajdę odpowiedzi. Beckett nie potrafił tego zrozumieć i od razu uznał, że wszystko jest absurdalne. Chyba na tym polega różnica między nami. Oczywiście, dorastałem w atmosferze teatru absurdu, ale stworzyłem swój teatr tajemnicy.

PAP: To bardzo ważne wyznanie.

É.-E. S.: Zadał pan tak cudowne pytanie, że odpowiedź nie mogła być inna.

PAP: Myślę, że podobnie było z Emilem Cioranem, który w "Ćwiczeniach z zachwytu" opisywał Becketta z wyraźną dozą zazdrości i podziwu. Przyrównywał go do Mistrza Eckharta, który nasłuchuje i szuka znaków absolutu.

É.-E. S.: Myślę, że gdzieś udało mi się znaleźć to, czego i Beckett szukał. Może nawet lepiej: zaakceptowałem, że tego nie znajdę, i będę musiał z tym żyć.

Mam w sobie mądrość tej Tajemnicy, a Beckettowi towarzyszył strach przed nią. Mieszkam wewnątrz tej Tajemnicy z pełnym przekonaniem i wiarą. Nie jest ona czymś, co mnie przytłacza. Beckett nie ma racji. Można żyć z tą Tajemnica i ją akceptować.

PAP: Często powtarza pan, że literatura nie jest tylko zabawką dla intelektualistów, "sztuką dla sztuki", że powinna czemuś służyć. Stawia pan przed literaturą cele filozoficzne, a swoje dzieła określa mianem "metafizycznych bytów". Pani Pylińska zdradza sekrety Chopina, a ja chcę poprosić o ujawnienie sekretu, czym powinna być dobra literatura.

É.-E. S.: Odpowiem tak, jakby to uczyniła Pani Pylińska. Są takie tajemnice, do których nie możemy się przedrzeć. Trzeba po prostu z nimi żyć. Towarzystwo tej tajemnicy sprawia, że stajemy się lepsi, wrażliwsi.

Myślę, że trudno się żyje komuś, kto chce wszystko wytłumaczyć. Należy wszystko zaakceptować: miłość, upływ czasu, tajemnice, które napotykamy w życiu - i to, czego nie potrafimy sobie wytłumaczyć w danym momencie. Tak czy inaczej, nasze życie nie jest racjonalne.

Powinniśmy po prostu żyć w pełni, intensywnie.

PAP: Czy literatura powinna pomagać nam żyć?

É.-E. S.: Oczywiście, że tak. Według mnie literatura niweluje dystans pomiędzy mną a odbiorcą. Kiedy czytam powieść napisaną przez Chińczyka, staję się Chińczykiem; gdy czytam utwór Polaka lub napisany przez kobietę - jestem Polakiem lub kobietą. Literatura i obcowanie z książką burzy wszelkie mury. Jesteśmy wtedy razem, jeden obok drugiego. Bo ona tworzy tę przestrzeń, w której ludzie się odnajdują.

Teatr również ma tę zdolność. To takie miejsce, gdzie człowiek myśli o sobie, ale i pochyla się nad drugim.

Ta wiedza - bez murów i bez granic - to jest właśnie literatura. Jest odkrywaniem drugiego. Bo literatura rodzi poczucie braterstwa.

***

Éric-Emmanuel Schmitt urodził się 28 marca 1940 r. w Sainte-Foy-les-Lyon. Jest absolwentem jednej z najlepszych francuskich uczelni humanistycznych, École Normale Supérieure. W 1997 r. obronił doktorat z filozofii na podstawie dysertacji pt. "Diderot, czyli filozofia uwodzenia".

Doceniane przez publiczność, jak i krytyków, sztuki Schmitta przyniosły mu kilka nagród Moliere'a oraz Grand Prix du Théâtre Akademii Francuskiej (2001). Jego powieści i zbiory opowiadań zostały przetłumaczone na 46 języków, a w ponad 50 krajach regularnie wystawia się sztuki teatralne tego autora.

Od 2002 r. Eric-Emmanuel Schmitt mieszka w Brukseli. W 2010 r. przyznano mu Nagrodę Goncourtów w kategorii opowiadania za zbiór "Trucicielka".