„Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” wg Jana Potockiego w reż. Grzegorza Jarzyny w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Nie będę udawał, że znam książkę Potockiego; jej grubość zawsze mnie odstraszała, a i sama historia nie brzmiała dla mnie specjalnie porywająco i przypominała o tym, że czytanie ma być przyjemnością – wystarczy przecież, że cała reszta świata jest cierpieniem. Znając jedynie zarys intrygi oraz film Hassa, jak dzik w maliny poleciałem do Teatru Polskiego w Warszawie na „Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów”. Pozytywnie nastrajała mnie też obecność Grzegorza Jarzyny, którego dzieł nie miałem okazji oglądać od czasów jego katapultacji z TR Warszawa, a od lat niezmiennie lubię wracać do niektórych jego projektów – w sumie czemu by więc nie zapoznać się z czymś nowym?
Grzegorz Jarzyna razem z Romanem Pawłowskim-Felbergiem tworzą opowieść na wskroś współczesną w formie, która – mimo bazowania na tak starym tekście – broni się osadzeniem całości w świecie do złudzenia przypominającym grę komputerową. Od samego początku misja głównego bohatera, mającego dotrzeć do Madrytu w ramach ostatniej woli ojca, zostaje wpisana w realia niemalże erpegowe. Mamy tu dźwięki towarzyszące wybieraniu opcji dialogowych, strzałki i znaczniki wskazujące drogę do celu czy ubitą ziemię przy drzewie wisielców, która zdaje się być hubem startowym dla Alfonsa van Wordena, gdy ten kończy dany level. Cały spektakl ma budowę rasowej gry z otwartym światem, gdzie główny quest, świecący gdzieś na końcu mapy, zostaje przywalony masą zadań pobocznych (mniej lub bardziej ciekawych, zupełnie jak w prawdziwych grach). Wraz z bohaterem poznajemy dziwny świat sterowany przez tajemniczą organizację Gomelezów, która obrała Alfonsa na swojego nowego przywódcę i sukcesora. Nie mówiąc mu o tym wprost, poddaje go niekończącej się serii prób, które w jego wyobrażeniu przybliżają go do odkrycia, co stało się z jego rodzicami i kto stoi za ich śmiercią.
Im głębiej wchodzimy w opowieść, tym bardziej wątki się mnożą, a my przyglądamy się samej organizacji – która jest czymś pomiędzy kabalistyczną masonerią a mocno dziwną korporacją. Jarzyna wykorzystuje tę historię do rozważań o tym, jak bardzo współczesny świat jest zindoktrynowany przez władzę – czy to kościelną, czy partyjną. Widzimy ludzi polityki, którzy stworzyli problemy, których sami nie potrafią rozwiązać, więc oczekują, że młodzi zrobią to za nich, jednocześnie wymagając od nich uczestnictwa w utartym schemacie. Nowemu pokoleniu nie do końca to pasuje, więc wchodzi w ten system tylko po to, by ostatecznie go rozmontować – w zupełnie nie takim kierunku jak planowali starsi, pokładający w nich nadzieję.
Spektakl Teatru Polskiego to rozbuchana i imponująca inscenizacja. Scenografia jest monumentalna i w połączeniu z projekcjami tworzy wrażenie niekończącego się betonowego labiryntu, w którym bohaterowie są zamknięci niczym w dungeon crawlerach albo w starym dobrym „Doomie”. Cała przestrzeń robi ogromne wrażenie i naprawdę daje satysfakcję w połączeniu z kostiumami Anny Axer-Fijałkowskiej. Kilka segmentów tej inscenizacji zostanie we mnie na dłużej dzięki temu, jak zostały zagrane i jak ubrane we wspomnianą scenografię i kostiumy; na przykład sekwencja zamykająca akt pierwszy, gdzie Alfonso spotyka szatana czy długa wizyta u kabalistki.
Mimo wszystko to długie widowisko, choć wizualnie frapujące, sprawia wrażenie odrobinę pustego. Oglądałem spektakl z rosnącym pytaniem: po co to wszystko piętrzyć do tak ogromnych rozmiarów, skoro całą warstwę znaczeniową da się zamknąć w dwóch zdaniach streszczenia? Co istotne, nie pojawiają się nowe elementy interpretacji; całość skupia się jedynie na wątku sukcesji i dominacji władzy nad zwykłymi ludźmi. Mam niestety nieodparte wrażenie, że cała para poszła w gwizdek i „Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” mimo bycia monumentalnym widowiskiem, zostawia po sobie zaskakująco mało. To spektakl, który nie nudzi, ale w trakcie oklasków obijało mi się w głowie pytanie: „Jak to, to już? To tyle?”.
Pojawia się we mnie zwątpienie, czy naprawdę istniała potrzeba nadmuchiwania całości czasowo – zwłaszcza, że im dalej, tym robiło się nieporadniej. W finale, gdy tajemnicza organizacja pokazuje swoje spotkanie i rytuały, okazuje się ona najzwyczajniej w świecie nieudolną wspólnotą mieszkaniową pod przewodnictwem starego dziada, który trzyma wszystkich w pułapce, gaslightując każdego, kto stara się mu sprzeciwić.
Aktorsko rozegrano całość bardzo równo. Fantastycznie oglądało się Andrzeja Seweryna w roli demiurga sterującego całym uniwersum gry. Jednocześnie odrobinę rozczarowuje Wojciech Siwek w roli tytułowej, choć nie ze swojej winy, a przez to, jak twórcy zaplanowali jego postać – jako istotę wypraną z cech, którą można idealnie manipulować. Przez ten brak właściwości aktor nie ma pola, by się wykazać i wykreować mocną postać. Bardzo podobała mi się za to Dorota Landowska w roli kabalistki – potężna, z mądrym błyskiem w oku i szelmowskim uśmiechem, pełna siły typowej dla matrony.
Finalnie „Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” jest spektaklem ciekawym wizualnie i trzymającym uwagę, ale rozczarowującym znaczeniowo. Za cholerę nie wiem, czemu Jarzyna sięgnął akurat po ten tekst, skoro tak niewiele z niego wycisnął, ale oczekiwałem więcej widząc listę twórców i nazwiska grające w tym przedstawieniu. Czy to spektakl dobry? Niekoniecznie, ale na pewno przyciąga uwagę, co jest już sukcesem w ostatnim czasie, kiedy często spotykałem się z projektami bezjajecznymi. Tutaj podjęto ryzyko i choć twórcy prawie się wywalili, to przynajmniej nie na twarz, ale kolana sobie mocno zdarli. Chciałbym im podać kulę do podparcia się, ale tutaj może przydać się nawet wózek inwalidzki.