„Don Kichot” wg Miguela de Cervantesa w reż. Jakuba Zalasy w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Pisze Joanna Warońska-Gęsiarz w miesięczniku „Śląsk”.
Czy widzisz szesnastowieczną karczmę? - pyta Sancho Pansa Don Kichota, by wybadać pod koniec spektaklu stan jego umysłu. To moment, gdy widzowie Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie rozglądają się po dużej scenie z lekkim zaniepokojeniem. Wolelibyśmy przecież, aby kwestia ta brzmiała nieco inaczej, choćby tak: - Czy wierzysz na słowo, że scena rozgrywa się w karczmie?
„Don Kichot” wg Miguela de Cervantesa w reżyserii Jakuba Zalasy i w adaptacji Bartosza Cwajdzińskiego to była ostatnia premiera sezonu 2025/2026. Rzecz o wspominaniu, o obecności determinowanej pamięcią jednostkową i zbiorową, o kształtowaniu opowieści, ale chyba także o kreowaniu rzeczywistości. Oto Sancho Pansa (Adam Hutyra), gubernator wyspy, zatrudniony na czas próbny na umowę cywilnoprawną, postanawia powspominać z grupą aktorów, wśród których znajdują się także amatorzy (czego się przecież nie robi, aby zadowolić sponsorów), zmarłego Don Kichota. Otrzymujemy więc teatr w teatrze, spektakl wielokrotnie zapośredniczony, ufundowany na zrozumieniu i niezrozumieniu wydarzeń przez Sancho Pansę. Tak powstała opowieść z gadającym, oczywiście po hiszpańsku, Rosynantem (Krzysztof Czajkowski) długą jasną grzywą, utrwalająca kilka najbardziej znanych przygód błędnego rycerza, walczącego na hiszpańskich bezdrożach o wolność zniewolonych, bezpieczeństwo zagrożonych i uznanie dla pięknej Dulcynei z Toboso.
Należy jednak pamiętać, że główny bohater, bazując na złudzeniu, czynił swoją aktywność niefortunną już na etapie decyzji o działaniu. Realizatorzy spektaklu zapraszają nas jednak do nieco dokładniejszego zastanowienia się nad błędnym rycerzem Cervantesa, obudowując historię współczesnymi kontekstami. Literatura i teatr to przecież dwa media zawierające wstępny pakt z odbiorcą, określający m.in. ich wyróżniki, granice oddziaływania, ale i aktywności jego wyobraźni. Jak bardzo zmienił się świat w dobie mediów elektronicznych i sztucznej inteligencji, która nie tylko potrafi stworzyć hologramy osób nieżyjących, ale na podstawie próbki głosu potrafi wygenerować nową wypowiedź.
- Czy widzisz szesnastowieczną karczmę? - to pytanie powinno pobrzmiewać w uszach jeszcze długo po wyjściu z teatru. A może jeszcze: - Dlaczego uwierzyłeś? Co Ci w tym dopomogło? Scenografia spektaklu, autorstwa Jakuba Kotyni, jest niezwykle ascetyczna. Kilka stałych elementów: ruchoma konstrukcja, będąca szkieletem czworościanu, pochylnia z tylną połową konia/ a może osła?, jakby ten skakał w dół, oraz ekran, na którym wyświetlano m.in. krajobraz, Guernicę Pabla Picasso oraz tłumaczenia kwestii Rosynanta. Znamy te rozwiązania z innych przedstawień, a jednak w historii o Don Kichocie tworzyły one doskonały kontekst dla jednego z podstawowych zagadnień.
Jak zaznaczają twórcy, nie jest to klasyczna adaptacja; zdaniem Bartosza Cwalińskiego spektakl mógłby się nazywać np. Wyspa Sancho Pansy, ponieważ marzenie o byciu gubernatorem jest jedną z spoin tej historii (władza i posiadanie to przecież dwie ważne namiętności gatunku ludzkiego). Pretekstowość powieści potwierdza także wygląd aktorów; ci nie realizują najbardziej utrwalonych wyobrażeń o postaciach Cervantesa. Sancho Pansa nie jest ani niski, ani gruby, a Don Kichot, początkowo występujący w koszulce z Che Guevarą, nie jest wychudzony. Tak zaplanowana trawestacja proponuje ciekawą mieszankę języków, mądrych i głupich żartów, wygłupów i wypowiadanych sentencji. Coraz trudniej ocenić, kto jest szalony, kto dał się porwać wirowi zabawy, a kto chce uchodzić za oryginała sposobem bycia. Miesza się przeszłość z teraźniejszością. Bohaterowie wspominają więc Platona i św. Augustyna, Jeana Jacąuesa Rousseau oraz Slavoja Żiżka. Twórcy ci zostają wymienieni w piosence na temat palenia książek i to oni zdają się ponosić odpowiedzialność za stan umysłu Don Kichota. Również kostiumy zaprojektowane przez Julię Zawadzką, zawierają zarówno elementy klasyczne, jak i współczesne, lokalne i globalne.
Przedstawienie w częstochowskim teatrze zachęca do zastanowienia się nad konsekwencjami powstałej mieszaniny. W niektórych scenach postacie są komiczne, groteskowe, to znów domagają się od widza współczucia. Obok scen jawnie steatralizowanych czy wyraźnie odnoszących się do współczesnej kultury popularnej, pojawiają się momenty pełne liryzmu. Spektakl nie tylko aktualizuje znaną historię za pomocą nowych gadżetów, gdy np. Don Kichot chce stoczyć walkę z wentylatorem, ale także przybliża współczesnemu widzowi okoliczności napisania tej powieści Cervantesa, jednego z najważniejszych pisarzy hiszpańskich. Otrzymujemy więc dawkę wiedzy biograficznej, m.in. że autor brał udział w jednej z najkrwawszych bitew w historii świata, w bitwie pod Lepanto (1571), o czym będzie mu przypominać niedowład lewej ręki. Również fragmenty dotyczące więźniów wyrastały z biografii autora.
Siłą spektaklu są oczywiście aktorzy, nawet mimo kilku nie do końca zrozumianych przeze mnie scen. Na uwagę zasługuje cała obsada. Większość aktorów odgrywa kilka ról, co wymaga ogromnego zaangażowania i dobrego warsztatu, i o każdym można powiedzieć dobre słowo. Oprócz już wymienionych (to chyba jedna z najlepszych ról Macieja Półtoraka, jakie widziałam) w spektaklu występują także: Iwona Chołuj (żona Sancho Pansy), Mariusz Urbaniec, Marta Honzatko i Robert Rutkowski. Ci ostatni zaczynają jako kasztelan i pani do towarzystwa, a kończą jako doskonała para książęca; to oni zdają się decydować o życiu bohaterów, więc organizują je tak, aby się nie nudzić. W ciekawej opowieści muszą pojawić się trudności i nieprzewidziane zbiegi okoliczności.
I jest wreszcie piękna Dulcynea z Toboso (Hanna Zbyryt), kobieta wyśniona, bez której nie byłoby przecież tej historii - drobna, urokliwa i pełna talentów (to ona zdaje się uosobioną poezją - śpiewa, tańczy w pointach, olśniewając widza kolejnymi kostiumami). Warto dodać, że Hanna Zbyryt pojawia się nie tylko jako Dulcynea, ale również m.in. w przygodzie z więźniami. Momentami na scenie panuje chaos, a wiele wątków i sygnałów zdaje się porzuconych. Mamy wówczas wrażenie, że zabrakło postaci głównej, przyciągającej uwagę widza i skupiającej wokół siebie innych bohaterów. Jest natomiast szereg etiud rozgrywających się w tym samym miejscu i czasie, które walczą o spojrzenie, a przede wszystkim o uwagę widza. Co dostrzeżemy, z tego zbudujemy swoje opinie. Tak bowiem działa współczesny teatr... emocjami, wrażeniami, siłą wspólnego przeżycia. To pytania i zaczepki skierowane do odbiorców... - Czy zobaczyłeś szesnastowieczną karczmę? A ja dodam jeszcze: - I co zmieniło w Tobie to doświadczenie? Z czym przyszedłeś i z czym wychodzisz?