„Sprawa Dawida Frankfurtera” w reż. Marcina Wierzchowskiego z Teatru Wybrzeże w Gdańsku na 46. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Rafał Turowski na stronie www.rafalturow.ski.
Mamy oto szwajcarskie Davos w 1936 roku, styczniowy Gdańsk ostatniego roku wojny i niemieckie Schwerin w 1997. W Davos ginie od kuli żydowskiego zabójcy urzędnik, którego nazwiskiem nazwany zostaje statek wiozący uciekinierów z Gdańska. Statek zostanie trafiony radzieckimi torpedami, zginie cztery piąte spośród sześciu tysięcy załogi i pasażerów. Przez wiele lat ocalała z tej masakry pasażerka pielęgnuje pamięć o ofiarach. Czy właśnie dlatego jej wnuk decyduje się na krok, który zmieni życie naszych bohaterów?
Tak, to spektakl o paradoksach historii – o tym, że ma w nosie wszystkie nasze plany i robi to, co uznaje za stosowne.
Ale też o tym - że nie każdy nadaje się na rodzica i że rodzicielstwo to coś znacznie więcej niż „ogromna odpowiedzialność”. O tym, ile jest w nas naszych przodków, ile zgody na to dziedzictwo, a ile buntu przeciw genetyce. I czy ten bunt w ogóle ma sens, czy da się naprawdę odciąć od tego, co było.
Przepraszam, że tak dość ogólnie – ale nie chcę Wam nadmiarem szczegółów zepsuć przyjemności oglądania tego znakomitego, głęboko poruszającego, mądrego, a zarazem dojmująco smutnego przedstawienia.
Teatr Wybrzeże ma jeden z najlepszych zespołów w Polsce, więc nie będę banalnie pisał, że aktorstwo w tym spektaklu to mistrzostwo świata, a tak właśnie jest. Zwracam jednak uwagę na Kubę Dyniewicza i Błażeja Szymańskiego – ich debiut na tych deskach zdecydowanie wykracza poza znaczenie przymiotnika „udany”.
Spektakl trwa prawie cztery godziny. Byłem gotowy na kolejne cztery, mimo że komfort krzeseł pozostawiał nieco do życzenia, złapałem się na tym, że ani razu nie spojrzałem na zegarek, a antrakt dłużył się niemiłosiernie.
Jak Marcin Wierzchowski to robi?