„Osiecka. Dzikość serca” Sandry Szwarc w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Rampa. Pisze Rafał Turowski na swoim blogu.
Jeśli spodziewacie się laurki, to nie tutaj. Spektakl rozpoczyna się sceną z jednego z festiwali, podczas którego Osiecka, ledwo trzymając się na nogach – i to bynajmniej nie z powodu infekcji wirusowej – próbuje wypowiedzieć kilka trzymających się kupy słów. A potem przenosimy się w czasie do jej młodości na Saskiej Kępie, na którą właściwie zawsze wracała. Poznajemy mężczyzn jej życia – Frykowskiego, Hłaskę, Dąbrowskiego czy Passenta. Na świecie pojawia się Agata, którą Osiecka – nie bójmy się tego słowa – porzuca. Starych przyjaciół zastępują nowi, a wszystko to pokazuje może nie tyle jej nielojalność, ile jakiś głód, którego nie sposób nasycić…
Spektakl Leny Frankiewicz wydaje się być przedsięwzięciem przede wszystkim wspólnotowym, bo – jak sami zobaczycie – publiczność śpiewała (a z pewnością: nuciła) większość piosenek wraz z artystami. Nie wszystkie, bo twórcy włączyli do przedstawienia także mniej znane utwory Osieckiej, co wywoływało lekką konsternację widzów: jak to, czegoś nie kojarzymy?! Osiecka napisała też coś „nieznanego”?! A przecież – choć trudno w to uwierzyć – Poetka stworzyła teksty do około 2500 piosenek.
W każdym razie na pojawiające się w pewnym momencie wezwanie wspólnego zaśpiewu „Małgośki”, publiczność odpowiedziała śpiewem chętnym, zaangażowanym i donośnym.
Co prawda nie dołączyłem, mam bowiem głęboką świadomość braku słuchu, ale - za to pomyślałem, że dostałem tu wszystko podane jak na tacy, jakoś może zbyt łatwo w tę opowieść wszedłem, choć więc nie dałem się na porwać wspólnym śpiewom, to jednak te emocje, jakie spektakl we mnie wywołał, ulotniły się wraz z zapadnięciem kurtyny.
Ale to tylko taka bardzo subiektywna uwaga zupełnie na marginesie, gdyż oglądamy spektakl z rozmachem i talentem zrealizowany, postawię więc tezę, że publiczność będzie na Osiecką walić drzwiami i oknami.
Nie do końca natomiast rozumiem, dlaczego dostaje łomot serial TVP o Osieckiej, w niedzielne wieczory czekałem na kolejne odcinki z wypiekami na twarzy, Eliza Rycembel i Magdalena Popławska w rolach tytułowych były świetne, stworzyły postacie niejednoznaczne, bardzo złożone, a do tego mieliśmy rewelacyjnie napisany i zagrany drugi plan.