Nasz spektakl będzie o utracie, która powoduje ból, ale zamienia też powstałą po kimś pustkę w jego wieczną obecność – powiedział PAP reżyser Romuald Wicza-Pokojski, twórca inscenizacji operowej opartej na powieści „Weiser Dawidek” Pawła Huellego. Premiera w Operze Bałtyckiej odbędzie się 16 października.
Polska Agencja Prasowa: Co w powieści Pawła Huellego najbardziej Pana zaintrygowało i sprawiło, że uznał Pan „Weisera” za materiał, który warto opowiedzieć językiem opery?
Dyrektor Opery Bałtyckiej Romuald Wicza-Pokojski: Pierwszym pomysłem było sięgnięcie po twórczość Pawła Huellego. W tych jeszcze bardzo pierwszych planach pojawiały się dwa tytuły – „Śpiewaj ogrody” i właśnie „Weiser Dawidek”. Jednak po rozmowie z Anną Czekanowicz, która podjęła się napisania libretta, ale też dobrze znała Pawła Huellego, nie było już żadnych wątpliwości. To musi być „Weiser”. Najważniejsze jednak jest nie to, o czym opowiada fabuła książki, ale to, o czym chce się zrobić spektakl. Nasz będzie o utracie, która powoduje ból, ale zamienia też powstałą po kimś pustkę, w jego wieczną obecność.
PAP: Powieść Huellego jest historią pełną niedopowiedzeń, tajemnicy i wspomnień. Jak przełożyć tę niejednoznaczność na język teatru/opery, w którym widz otrzymuje jednak konkretny obraz sceniczny?
R. W.-P.: Opera „Weiser” ma dwa akty, całkowicie od siebie różne. Pierwszy jest bardziej realistyczny – pięć scen to pięć obrazów, podczas których widzimy grupę chłopców korzystających z wakacji, chłopców ulegających fascynacji tajemniczym kolegą. Obserwujemy budowanie relacji pomiędzy nimi. W pierwszym akcie są też sceny obyczajowe – procesja Bożego Ciała, scena z życia codziennego państwa Korotków. Wszystko, oczywiście, w dusznej atmosferze niezwykle upalnego lata 1957 roku. Drugi akt jest bardziej mistyczny, jest spotkaniem z czymś do końca niewytłumaczalnym. Przez kolejne trzy sceny narasta napięcie, prowadząc do bardzo mocnego emocjonalnie finału.
PAP: „Weiser” jest mocno związany z Gdańskiem. Czy w Pana inscenizacji miasto będzie jedynie tłem wydarzeń, czy stanie się pełnoprawnym bohaterem przedstawienia?
R. W.-P.: Nie da się zrobić „Weisera” bez Gdańska. To historia o powojennym Gdańsku, rozgrywająca się w ściśle określonym momencie historycznym. To lato 1957, rok po odwilży gomułkowskiej, czas zastoju, ale również pewnej nadziei. Upalne letnie miesiące, apokaliptyczny obraz zatoki, „zupy rybnej”, która wyrzuca na brzeg śnięte ryby. To wszystko będzie też w spektaklu. Mamy też wspomniane już sceny obyczajowe, które też w jakiś sposób pokazują ówczesny Gdańsk. Przywołana scena procesji Bożego Ciała, podczas której zobaczymy elegancko ubranych ludzi. Przy czym ta „elegancja” oznaczała najlepsze ubranie, jakie miało się w szafie. Mimo więc żaru lejącego się z nieba, uczestnicy procesji mają na sobie wełniane płaszcze czy grube marynarki. Bo tak to właśnie wyglądało, co wiemy z zachowanych zdjęć. W ogóle kostiumy Marka Adamskiego w większości są dość wiernym obrazem tego, co Gdańszczanie nosili w latach 50.
PAP: Jaką wizję głównego bohatera – Weisera – chce Pan przedstawić widzom? Kim jest dla Pana ta postać: realnym chłopcem, tajemnicą, symbolem, a może projekcją wspomnień pozostałych bohaterów?
R. W.-P.: Weiser pojawia się nagle. Po raz pierwszy widzimy go wyłaniającego się z kłębów kadzidlanego dymu podczas procesji Bożego Ciała. Jest obcy, inny, tajemniczy, co fascynuje jego rówieśników. Wyraźnie ma cechy mesjanistyczne. Robi rzeczy niezwykłe, nawet podczas tak wydawałoby się zwyczajnych zabaw jak gra w piłkę. Dla Hellera, Szymka, Piotra, a nawet Elki, staje się duchowym przewodnikiem i mistrzem. Znika nagle, w sposób niewytłumaczalny, pozostawiając po sobie pustkę. Nie jest na pewno projekcją wspomnień pozostałych bohaterów, bo choć to jedna z możliwych interpretacji powieści, to u nas wszystko dzieje się „tu i teraz”. Na potrzeby spektaklu zrezygnowaliśmy z motywu śledztwa prowadzonego po latach i snucia opowieści z perspektywy czasu.
PAP: Jak wygląda Pana współpraca z kompozytorką i autorką libretta?
R. W.-P.: Praca nad spektaklem w towarzystwie kompozytorki i librecistki, co w przypadku opery nie zdarza się często, daje poczucie dużego komfortu. Daje pewność, że wszyscy myślimy podobnie i wiemy co chcemy przekazać spektaklem. Ewa Fabiańska-Jelińska, autorka muzyki, to wspaniała utalentowana kompozytorka młodego pokolenia, stworzyła kompozycję, która łączy elementy tradycyjne i nowoczesne, ale też doskonale współgra ze słowem, co w operze jest przecież najważniejsze. Libretto napisała Anna Czekanowicz, która połączyła poetycki język z wyczuciem muzycznym. Nie bez znaczenia jest tu jej doświadczenie zawodowe - pracowała przez lata jako kierownik literacka Opery Bałtyckiej. To bardzo ważne, bo w operze słów jest znacznie mniej niż na przykład w teatrze dramatycznym, dlatego też każde z nich musi mieć pewną sceniczną wyporność.
PAP: Czego, Pana zdaniem, współczesny widz może szukać w historii „Weisera”? Czy jest to przede wszystkim opowieść o pamięci i przeszłości, czy można ją odczytać także jako historię o nas i naszym współczesnym świecie?
R. W.-P.: Mimo że „Weiser” tak bardzo osadzony jest w bardzo konkretnym momencie historycznym, sens opowieści jest ponadczasowy. To opowieść o utracie i tym, co może ona znaczyć. Jest bólem, ale staje się też przejściem bytu w wieczną obecność. I tylko od tego na ile ten byt na nas zadziałał, na tyle pozostaje w naszej pamięci.