„Miłość w Auschwitz” w reż. Grzegorza Kempinskiego w Akademickim Teatrze Remont w Gliwicach. Pisze Grzegorz Kruszewski.
Ten spektakl byłby dużym wyzwaniem dla wielu bardzo profesjonalnych teatrów w naszym kraju.
„Miłość w Auschwitz" autorstwa i w reżyserii Grzegorza Kempinsky'ego, to efekt brutalnej wiwisekcji dokonywanej na naszych oczach. Jeśli ktoś ceni teatr trudny, a satysfakcjonujący, nie boi się braku wyjaśnień „co autor chciał przez to powiedzieć”, a zwłaszcza ceni w teatrze prawdziwe przeżycie - polecam!
Kiedy jakiś czas temu Grzegorz Kempinsky zwrócił się do mnie z prośbą o przetłumaczenie jego dramatu „Miłość w Auschwitz” na angielski, miałem przez moment wątpliwości, wahania. Jeszcze jeden tekst o Zagładzie? I w dodatku o Auschwitz?
Hm… No, ale znamy się i przyjaźnimy z autorem od lat czterdziestu, wiem, że jest utalentowanym reżyserem, który traktuje tę profesję nadzwyczaj poważnie. Więc wskoczyłem w tę głęboką wodę. Z pluskiem.
Już po lekturze pierwszych stron wiedziałem, że moje obawy były zupełnie nieuzasadnione. Miałem bowiem przed sobą tekst świetny.
To poczucie pogłębiało się tym bardziej, im głębiej wgryzałem się w materiał, starając się rozgryźć najgłębsze pokłady znaczeń - tego wymaga w końcu dobre tłumaczenie.
Polonista we mnie smakował się w świetnie skonstruowanych scenach, mocnych, bezlitosnych dialogach, walących w bebechy kontrastach między wręcz drobnomieszczańskim życiem domowym Rudolfa Hossa i - porażającym rozmiarem wszechogarniającego zła - jego życiem zawodowym wewnątrz obozu. I próbowałem jakoś pojąć to obce mi, surrealistyczne miejsce, gdzie te dwa światy kiedyś koegzystowały.
Reżysera we mnie intrygowały zaś możliwości interpretacyjne, opcje inscenizacyjne… Może by tak wersja hiperrealistyczna, paradokumentalna? A może wręcz przeciwnie, lepszym wyborem byłby jakiś rozedrgany emocjonalnie happening?
Minęło trochę czasu, nadeszła premiera. Z lekkim furgotem serca czekałem na rozpoczęcie spektaklu. I - jak w najlepszych przypadkach - okazało się, że nie byłem przygotowany na impakt.
1. Spektakl jest minimalistyczny. Nic nie oddziela widza od surowych, porażających prawdą emocji. Żadnych fajerwerków, za którymi można się ukryć.
2. Dekoracja to prosty stół i krzesła. Kostiumy jedynie sugerują zgrzebność mundurów. Tych ofiar, i tych oprawców. Ich umowność unieważnia iluzję, że potrafimy z łatwością odróżnić dobro od zła. W piekle jakim jest Auschwitz dobrzy ludzie potrafią robić straszne rzeczy. A straszni ludzie…?
3. Tłem zrytualizowanych czynności - nakrywamy do stołu, jemy obiad, prowadzimy rozmowy- wydmuszki, potem to samo od początku, i tak w kółko Macieju - są banalne, codzienne migawki z życia ludzi pracy. Tyle, że ci ludzie pracy to załoga obozu koncentracyjnego. Wycieczki, bankiety, święta, czasem uroczystości. Nuda codzienności w fabryce śmierci.
4. Główne postaci dramatu zostały pozbawione swoich standardowych cielesnych odpowiedników. Jest tu bowiem dwóch
Rudolfów, jakże odmiennych fizycznie, są dwie Mutzi, dwie Eleonory. Schizofrenia ich egzystencji sprowadzona zostaje brutalnie do takiej rozszczepionej fizycznej reprezentacji. Ten zabieg sprawia szokujące wrażenie. Nieuniknione w tradycyjnej inscenizacji emocjonalne zaangażowanie w życie wewnętrzne postaci na scenie jest tu praktycznie niemożliwe. Daje to efekt brutalnej wiwisekcji dokonywanej na naszych oczach.
5. Fragmenty tekstu powracają jak sample w rapie, w nowych kontekstach, mash-upach. Narracja składana z takich odprysków, okruchów zakłóca nasze oczekiwania. Jak przeskakująca płyta opowieść co rusz wraca do punktu, w którym już byliśmy… Ale czy rzeczywiście? Bo ten scratch zmienia wymowę sceny, którą przed chwilą „zaliczyliśmy”. W tym spektaklu nie wolno leniwie czekać, co będzie dalej.
6. Bardzo młodzi aktorzy, po którym widzowie pewnie spodziewali się teatru amatorskiego z nieco wyższej półki zaskakują głębią emocji, zanurzeniem się w odmętach dusz tych odrażających postaci, precyzją i dyscypliną w egzekwowaniu skomplikowanych zadań aktorskich.
Ten spektakl byłby dużym wyzwaniem dla wielu bardzo profesjonalnych teatrów w naszym kraju. Teatr REMONT udowadnia tu, że to Aktorzy, dobrze poprowadzeni i świadomi wagi przedsięwzięcia w którym uczestniczą. Nic dziwnego, że oklaski trwały tak długo.
7. Tajemnym i magicznym elementem spektaklu jest muzyka Wojciecha Konikiewicza. Widzowie zapewne nie zauważają jej istnienia przez co najmniej połowę czasu. A jednak. Pulsuje podskórnie, jakby w tajemnicy, nie ujawniając swego perfidnego działania aż do ostatnich chwil. Jej „perfidność” przejawia się w tym, że działa na podświadomość, nigdy nie wypychając się na pierwszy plan, nigdy nie strojąc się w barwne piórka. Umiarkowanie i skutecznie poraża widza. Dopełnia. Nie opowiada - podpowiada. I w kulminacyjnym momencie - wali w bebechy. Perfekcja.
Parę godzin po spektaklu nie mogłem się z niego otrząsnąć. To dobre uczucie po wyjściu z teatru. Jeśli ktoś ceni teatr trudny, a satysfakcjonujący, nie boi się braku wyjaśnień „co autor chciał przez to powiedzieć”, a zwłaszcza ceni w teatrze prawdziwe przeżycie - polecam.