22.02.2021, 10:12 Wersja do druku

Powrót gwiazdy

„Savannah Bay” Marguerite Duras w reż. Józefa Opalskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Elżbieta Morawiec w portalu Teatrologia.info

fot. Magda Hueckel

14 lutego, po wielomiesięcznym poście otworzyły się bramy Starego Teatru w Krakowie. Z powodów pandemicznych jedynie dla garstki widzów, w kameralnej sztuce na Nowej Scenie, najmniejszej w Starym Teatrze. Jakby z lęku przed ponownym zamknięciem teatr mówił szeptem, nie kusząc licha.

Kameralna sztuka to Savannah Bay Marguerite Duras w przekładzie Jolanty Sell. Napisana w 1983 roku dla sędziwej, wielkiej francuskiej aktorki Madeleine Renaud, grana była w paryskim Theatre du Rond Point w reżyserii samej autorki. Istnieje nawet zapis video prowadzonych przez Duras prób z dwiema wykonawczyniami.

Urodzona w Indochinach Duras ma za sobą ilościowo ogromny dorobek. Jej popularność w Polsce największa była chyba w szczycie mody na „nowofalowość” paryską, czyli u schyłku lat 60. Wychodziły jej mikro powieści: Całe życie na drzewach, O wpół do jedenastej wieczór, latem. Na początku lat sześćdziesiątych oglądaliśmy w Polsce w kinach film według jej scenariusza, wyprodukowany w 1959, Hiroszima, moja miłość potem w siedemdziesiątych O wpół do jedenastej wieczór, latem, a w dziewięćdziesiątych przemknął przez ekrany Kochanek.

Hiroszima, moja miłość w reżyserii Alaina Resnais uchodzi w ogóle za początek nowej fali francuskiej. Na marginesie Alain Resnais ( rocznik 1922) w roku 1959 był 30-latkiem, madame Duras poważną 59-letnią damą. Coś jakby babcia, a co najmniej mamusia pisała dla dzieci manifest artystycznego buntu. Twórczość madame Duras, niegdyś bardzo popularna we Francji, wyróżniona nawet prestiżową nagrodą Goncourtów, symbolicznie w tej właśnie relacji zbuntowanych filmowców do starszej pani się streszcza.

Zasadniczo, jej powieści są to dla mnie romanse, powiedzmy, pościelowe, którym „nowofalowość” dodaje pozornej głębi – czego klasycznym świadectwem jest nieszczęsna Hiroszima…, ze świetną skądinąd rolą Emmanuelle Rivy. Niestety, dramat Savannah Bay, przy pozorach przeciwnych ma wszelkie cechy, delikatnie mówiąc, literackiej pretensjonalności całej twórczości autorki.

Dramat, a właściwie sceniczna opowieść rozgrywa się między dwiema kobietami – wielką, sędziwą gwiazdą sceny a jej wnuczką. Ta ostatnia co wieczór przychodzi do babki wyciągać z niej opowieści o swojej matce. Matce, która prosto z połogu pobiegła popełnić samobójstwo w morzu. Aby jej największa miłość nie doznała zmazy… Miłość silna jak śmierć? Nie, raczej egzaltacja śmiercią, której nie powstydziłby się Przybyszewski. A zdaje się, że madame Duras mierzyła co najmniej w teatralnego Prousta. Jak na ironię sztuka zaczyna się wspaniałą piosenką Edith Piaf Mots d’amour (Duras pisywała teksty wielkiej Edith). Polski przekład nie odda ani urody, ani siły francuskiego oryginału, zatem tylko jedna zwrotka, dla myślowej orientacji:

To szaleństwo, że mogę cię kochać
że mogę cię kochać czasami
czasami chciałabym krzyczeć
bo nigdy nie kochałam
nigdy tak nie kochałam. […]
Gdybyś kiedykolwiek odszedł
odszedł i mnie zostawił
zostawił na zawsze
to pewne, że umarłabym,
że umarłabym z miłości
ukochany, ukochany

Ten szlagier, taka pseudoproustowska magdalenka, ma wywieść pamięć babki z mroku, inspirować ją do snucia opowieści. Niestety, ta pamięć wielkiej niegdyś gwiazdy sceny jest jak zetlała materia, co chwila się rwie, urywa wątek. Kiedy nareszcie cała love story i „pęd ku śmierci” córki gwiazdy zostanie odtworzona – konkluzja jest niewesoła. Nic nikomu niepodobna opowiedzieć, nie ma żadnych indywidualnych losów, ten dramat z Savannah Bay mógłby rozegrać się wszędzie. Z taką przynajmniej pointą, przesłaniem, pozostawia nas spektakl wyreżyserowany przez Józefa Opalskiego.

fot. Magda Hueckel

Obawiam się, że założenie tego dość przeciętnego dramatu było jednak trochę ambitniejsze. Właściwie uzasadniające byt tekstu na scenie. We francuskim tekście (w przedstawieniu krakowskim tych słów nie ma) wnuczka mówi (przekład mój – EM): „Jesteś aktorką teatralną, wielkim splendorem całego wieku świata, jego dopełnieniem, potęgą ostatniego przekazu. Zapomniałaś o wszystkim – z wyjątkiem Savannah Bay. Ty jesteś Savannah Bay”. Mniejsza o literacką wartość tego passusu – mówi on jednak o czymś co najmniej tak ważnym, jak pytanie po co się to gra na scenie. A gra się dlatego, że wielka rola aktorki pogrążającej się w amnezji nie tylko nie neguje sensu jakichkolwiek opowieści (wniosek z krakowskiej inscenizacji), ale przeciwnie – tę jedną, jedyną opowieść stanowi całym światem. Wydźwięk o fundamentalnej różnicy – dlatego zupełnie nie rozumiem, dlaczego ten fragment tekstu reżyser Józef Opalski usunął. Przecież to pointa jak znalazł na dzisiejszy czas.

W dziejach sceny polskiej karta Anny Polony na pewno jest nie mniej znacząca niż Madeleine Renaud w teatrze francuskim. Wielka gwiazda (od debiutu!) Starego Teatru, czyli ponad pół wieku wierności, gwiazda, caryca, Muza. Tych ról nie zliczyć – za pewnością ponad sto w Starym, nie licząc filmów i telewizji. Niezapomniany Orcio z Nie-Boskiej i potem wszystkie role w kolejnych przedstawieniach Swinarskiego aż do niepowtarzalnej Muzy w Wyzwoleniu, Aniela Dulska w Z biegiem lat, z biegiem dni Wajdy, niedościgniona kreacja w Lekcji Ionesco i dziesiątki innych. Dla mnie szczególnie, symbolicznie pamiętna postać królowej w Król umiera, czyli Ceremonie Ionesco, kiedy to trzymając się za rękę z Jerzym Trelą schodzili ze sceny, jakby na zawsze żegnając się z teatrem. Rok był 2009, scena prorocza – nie tylko Król umarł, powoli zaczęła umierać wielkość polskiego teatru. I jeszcze jeden ważny rok – 2013. Kiedy grasujący po Polsce chorwacki prowokator lewicowy Oliver Frljić, jeszcze przed skandalem z warszawską Klątwą, postanowił zniszczyć wielką tradycję Starego Teatru, wdeptać w błoto postać Konrada Swinarskiego, traktując jego inscenizację Nie-Boskiej komedii jako dowód polskiego antysemityzmu – Anna Polony na znak protestu odeszła z zespołu. Do premiery nie doszło – protestowali także inni aktorzy, zorganizowano w Starym akcję, w której ja także uczestniczyłam. Ale ten akt sprzeciwu największej gwiazdy narodowej sceny był czymś po stokroć ważniejszym niż wszystkie inne razem wzięte. Tym bardziej należało pozwolić jej wypowiedzieć wyciętą partię tekstu: „Ty jesteś wielkością teatru, jego chwałą, ty jesteś Savannah Bay”.

Przedstawienie krakowskie rozgrywa się w przestrzeni (scenografia i kostiumy Aleksandry Redy) podzielonej na dwie części – tę tylną oddzielają od sceny przejrzyste, niedomknięte płaszczyzny, niby otwarta przesłona pamięci. W tle projekcja falującego, wzburzonego morza. Opisanie miejsca akcji jest więc poprawne – gorzej z kostiumami. Czy naprawdę ta wielka gwiazda sceny grana przez Annę Polony i ona sama, znana prywatnie ze świetnego gustu, mogłaby nosić ten odzieżowy koszmarek – ni to szmizjerkę, ni to szlafroczek w makowej czerwieni jak z domu publicznego? Czerwień z tekstu płynie, ale jej odcienie bywają różne. I dlaczego wnuczka nosi tak zgrzebną, ubożuchną sukienczynę?

Wielcy aktorzy mają to do siebie, że potrafią wykreować coś – prawie z niczego. Właśnie jak Anna Polony. Zjawia się jakby jeszcze w nimbie sławy, z dumnie podniesioną głową. Ale w miarę rozwoju akcji, w miarę jak wnuczka (Alicja Wojnowska) zmusza ją do snucia wspomnień – jak schwytany w sidła ptak usiłuje się wyrwać. I z tego mroku, który zaczyna ogarniać jej pamięć, i z przymusu snucia wspomnień. Z wielkiej gwiazdy nagle przeobraża się w małą zalęknioną dziewczynkę – zalęknioną ciężarem opowieści do opowiedzenia, ale może i bliskości własnej śmierci. Niepewna własnej tożsamości – kim jestem w tej chwili: aktorką odgrywającą losy własnej córki, czy po prostu kobietą, która wspomina osobisty dramat – z jednej tożsamości przechodzi w drugą. Kim jest, kiedy szepcze: „moje maleństwo” – matką właśnie urodzonej córki czy babką, która te słowa wypowiada do osieroconej wnuczki? To w emfatycznym, „scenicznym” geście wyrzuca w górę ramiona, wspominając jakiś teatr w Montpellier, to kuli się w sobie nagle zmalała, niepewna po której stronie linii oddzielającej iluzję od realności właśnie się znalazła. I tym jej scenicznym czarom poddajemy się – zahipnotyzowani – jak zawsze. Szczęśliwi z jej powrotu, szczęśliwi, że czarodziejskie pudełko Prospera znowu się przed nami otworzyło.

PS. Spektakl, w koprodukcji z Teatrem Polskim, będzie także grany w Warszawie, z Anną Cieślak w roli wnuczki.

Savannah Bay. Autor: Marguerite Duras; Przekład Jolanta Sell; Reżyseria i opracowanie muzyczne: Józef Opalski; scenografia i kostiumy: Aleksandra Reda; Reżyseria światła: Karolina Gębska; Wideo: Wojciech Kapela. Obsada: Anna Polony, Alicja Wojnowska (Anna Cieślak). Narodowy Stary Teatr, Nowa Scena. Premiera 14 lutego 2021.

Tytuł oryginalny

Powrót gwiazdy

Źródło:

www.teatrologia.info

Link do źródła