„Porwanie Europy” Jarosława Marka Rymkiewicza w reż. Jarosława Gajewskiego z Teatru Klasyki Polskiej w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.
Można uznać „Porwanie Europy” Rymkiewicza za fundamentalną wypowiedź dotyczącą losów naszego kontynentu. Ktoś inny odbierze ją jako tajemniczą przypowiastkę o naturze człowieka. W każdej z wersji ktoś, kto lubi boskie szaleństwo teatru, dozna satysfakcji.
Zaskoczył mnie Teatr Klasyki Polskiej, i to inscenizacją swojego dyrektora Jarosława Gajewskiego. W podziemiach warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych (które widziały już niejeden spektakl), wystawił „Porwanie Europy” Jarosława Marka Rymkiewicza. Pierwsze skojarzenie: zajęli się emblematycznym autorem prawej strony. Tyle że Rymkiewicz nigdy nie był typowym konserwatystą, a sztuka pochodzi z roku 1971, kiedy był jeszcze kompletnie kimś innym, specem od intelektualnych zabaw polskimi i niepolskimi tradycjami historyczno-literackimi.
Teatr jeździ po Polsce z tekstami Fredry, Niemcewicza czy biskupa Krasickiego, które są witane jako „sztuka dla zwykłych ludzi”. Nawet trochę trudniejszy „Ambasador” Sławomira Mrożka jest dość klarowną opowieścią political fiction, gdzie mniej więcej da się rozpoznać, kto kim jest. Bardziej skomplikowane są spektakle poetyckie, one z założenia nabierają bardziej elitarnego charakteru.
Dlaczego akurat to?
Ale „Porwanie Europy” to sztuka przedziwna, trudna, można rzec „odjechana”. Na premierze było sporo tak zwanych intelektualistów, a i oni reagowali zmieszaniem. Pytali: O czym to jest? Dlaczego akurat to? Czy te pytania nie padną jeszcze mocniej, kiedy inscenizacja pojawi się w Garwolinie, a to jest w najbliższych planach Teatru Klasyki?
Sztuka jest wystawiana po raz drugi w swoich dziejach. Po opublikowania jej w „Dialogu” była nieobecna w teatrach przez dziesiątki lat. W roku 2017 spróbował się z nią zmierzyć Piotr Cieplak na scenie Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Sam Rymkiewicz mówił o niej mało. Choć coś jednak powiedział.
W pierwszych recenzjach, i we wpisach w social mediach, ci co teraz zobaczyli, kładą nacisk na wymowę polityczną. Autor nawiązuje do mitu o porwaniu Europy, fenickiej księżniczki, przez Zeusa występującego pod postacią byka. Oczywiście król bogów greckich nie tylko ją uprowadził, ale i uwiódł, a według niektórych zgwałcił na Krecie, skądinąd obdarzając ziemskim potomstwem. Samo imię dziewczyny budzi oczywiste skojarzenia. U Rymkiewicza Zeusa nie ma, za to i w postaciach i sytuacjach można się doszukiwać wiązki historycznych metafor.
Europa jest tu córką pary Pompadurów, on jest przedstawiany jako premier Francji. Nie wiadomo, kiedy się to dzieje, mamy jednak sporo atrybutów starej, dworskiej cywilizacji, łącznie ze skomplikowanymi męskimi i żeńskimi strojami. Panna ma wyjść za zniewieściałego brytyjskiego księcia Kensingtona, ale go nie chce. Marzy aby ją porwał kniaź mołdawski Spirydon, symbol nieokiełznanej natury zderzanej z kulturą. Już sam ten dylemat nasuwa skojarzenia z metapolityką, a niektórzy recenzujący piszą wręcz o odbieraniu jej poprzez współczesny kontekst. Cała reszta to uruchomiony przez autora ciąg zwrotów akcji, pomyłek i zamian ról.
Trzeba przyznać, że sam Rymkiewicz metapolityczną interpretację trochę podsuwał. Nieraz wdawał się w rozważaniu o kryzysie czy zagładzie europejskiego świata. W teatralnym programie mamy dobitny cytat z poety już dużo bardziej współczesnego, obserwującego drgawki obecnej Unii Europejskiej. „Tak właśnie należy czytać, wystawiać i rozumieć «Porwanie Europy»: to jest głupia farsa o czymś strasznym, a nawet tragicznym: o śmierci naszej cywilizacji”. On sam przyznawał, że trochę inaczej wyglądała ta perspektywa zagłady na początku lat 70. ubiegłego wieku, trochę inaczej teraz. Ale zasadnicza myśl ma być cały czas aktualna.
No tyle że zarazem miała rację Zofia Smolarska, recenzująca poprzednią inscenizację Cieplaka: „Okruchy prawdziwych procesów nie układają się tu w logiczną całość”. Bo co począć z odczytywaniem postaci jako symboli historycznych, gdy nagle się dowiadujemy, że są one aktorami w farsie, którą gra się dla nas? Są aktorami, którzy na dokładkę nie do końca znają tekst i zakończenie. I oddają się chwilami z pasją rozważaniom o naturze scenicznej farsy. Za tym poplątaniem akcji i przesłań zdaje się kryć tajemnica. Ja przynajmniej nie do końca ją rozgryzłem.
Po drodze mamy sporo literackich nawiązań i skojarzeń: od Calderona po Słowackiego. Rymkiewicz był wielkim orędownikiem teatru literackiego. Twierdził, że w Polsce literatura wyparowała z teatru już w latach 70., co mnie wydaje się przesadą. Ale oczywiście o teatrze dzisiejszym da się to powiedzieć.
Widać u niego skądinąd fascynacje typowe dla tamtej epoki, lat 60. i 70. wieku XX. Powtarzający się wątek zamiany tożsamości kolejnych postaci pod wpływem zmienianych strojów czy takich gadżetów jak teatralne wąsy, to oczywiście i Witold Gombrowicz i Sławomir Mrożek. Ale i „Operetka” i „Krawiec” są bardziej spójne, na tle „Porwania Europy” niemal klasyczne. Rymkiewicz wpuszcza nas do swojego strumienia świadomości. O czym to w końcu jest? Może, jak dywagował po premierze jeden z grających tu aktorów, o cyklach życia, o kruchości życiowych ról? Z pokazywaną przy okazji jakby mimowolnie, w tle, historią naszego kręgu kulturowego?
Teatr Klasyki obiecuje nam w swoim zajawkach „farsę na sterydach”, ma być „śmiesznie, brawurowo”. Tak naprawdę ta wesołość ma swoje ograniczenia, gdy nieustannie rozprawia się o farsie, bo to tak jakby oferowało się potrawy wraz ze szczegółami technicznymi ich przyrządzania. Problem w tym, że Rymkiewicz chyba tak naprawdę nie chciał nas nadmiernie bawić. Zaprosił nas do teatru totalnego absurdu, gdzie farsa i farsowość jest tylko jednym z elementów.
Czego chciał w takim razie? Pokazać, że nic nie jest definitywne, ostateczne, nawet śmierć jednego z bohaterów w finale? Ostrzegam, że znaczna część tego tekstu opiera się na powtarzalności słów, fraz i sytuacji. Może to nawet i chwilami nużyć. Zarazem jest to tekst poetycki, choć to poezja bez rymów. Więc wszystko może tu paść, wszystko może się zdarzyć, wszelkie skojarzenia są dozwolone.
Teatr absurdu o czymś
Przyznaję, obejrzałem coś tak niezwykłego, że kolejne wizje ekscentrycznego poety wciąż we mnie siedzą. Może należy im się poddać, ulec? I nawet poszukać bliżej finału owej agonii naszej cywilizacji. Gajewski zrobił dużo, żebyśmy się przejęli samą formą.
To sugestywne dekoracje niezawodnej Aleksandry Redy, eksponujące motyw wszechogarniającej garderoby, ale też bawiące się samą teatralnością, z wjeżdżającym nagle na scenę kurhanem z tekstów Słowackiego. Także jej fantastyczne stroje przyozdabiające aktorów. I świetna muzyka Antoniego Wojnara, niby nawiązująca do motywów klasycznych, ale zdeformowanych, w duchu teatru absurdu właśnie. Według Gajewskiego ta muzyka zmieniła trochę jego koncepcję całości. W końcu symbolem kultury, a może i samego życia, są tu tańce. „Trzeba walcować”.
No i last but not least mamy znakomite aktorstwo. Byłem zdziwiony, kiedy jeden z pierwszych recenzentów zarzucił ludziom grającym w „Porwaniu Europy” nadmiar gestu, przerysowanie. Mam wrażenie, że teatr absurdu taki jest, i to immanentnie. Aktorzy działali w logice świata wykreowanego przez dziwne frazy Rymkiewicza. Czuli się w tym świecie swobodnie. Ta swoboda to skądinąd jeden z fenomenów każdego teatru.
Całkowicie groteskowi, w pełni odklejeni od rzeczywistości, jakby z czegoś wycięci, są Pompadurowie: Robert Latusek i Lidia Sadowa. Ona na dokładkę obsługuje dwie kukiełki, będące pannami z ich dworu. Nawet mówi chwilami ich głosami. Oboje bywają okropni, natrętni, ale też miejscami zagubieni, przerażeni katastrofą, nieszczęśliwi. I potem znowu butni. Mogę tylko kręcić głową i pytać: to tak można?
Małgorzata Mikołajczak w roli panny Europy, jest kimś w rodzaju zdefektowanej lalki, a jednak lalki z duszą. Kiedy po raz kolejny przekrzywia głowę, czuję się zmieszany. Maciej Wyczański jako rozbuchany, pełen wigoru kniaź Spirydon recytujący o kurhanach i dumkach, wykorzystuje cały swój potencjał aktora, który umie być przerysowany, ale utrzymuje deformacje swojej postaci pod kontrolą.
Dalej państwo Kiciowie, dziwny wtręt jakby z innej sztuki. Para zwyczajnych ludzi, wrzuconych do świata farsy i katastrofy. Niektórzy recenzenci dopatrywali się w ich wątku zagubionych w konającej europejskości Polaków. Leszek Zduń jako Kicio i Marta Dylewska jako Kiciowa odrobinę mniej epatują, zwłaszcza z początku, scenicznym szaleństwem. Ewoluują, stają się potworami stopniowo. Bardzo to logicznie zostało przez nich wygrane. No i pozwólmy głowić się tabunom znawców, co te postaci tak naprawdę oznaczają, co wnoszą. To było wasze pole bitwy, zwycięskiej nawet w oczach kogoś, kto jak ja miał wątpliwości, czy wychwycił wszystkie sensy.
28-letniego Filipa Orlińskiego w roli Księcia Kensingtona zostawiłem na koniec. Na początku siedzi obok sofy, na której posadzono jego narzeczoną Europę, i ma twarz Pierrota, czyli smutnego błazna z komedii dell’arte. Jak się takie rzeczy osiąga na scenie? To może najbardziej szalona z postaci wprawionych w ruch przez Rymkiewicza z Gajewskim. Sprawność techniczna aktora sąsiaduje z wyzierającym zza kolejnych masek, zdeformowanym, ale jednak człowieczeństwem. On jakby budził współczucie. Chapeau bas.
Po tych wszystkich pochwałach zastrzegę: „Porwanie Europy” chyba nie jest sztuką dla każdego widza. Ale ktoś, kto lubi na scenie boskie szaleństwo teatralności, znajdzie satysfakcję, nawet bez pełnego sukcesu interpretacyjnego. Można uznać ten dramat i ten spektakl za fundamentalną wypowiedź dotyczącą losów kontynentu, nawet jego przyszłości. Czy nie będzie to trochę na wyrost? Ktoś inny odbierze ją jako trochę tajemniczą przypowiastkę o naturze człowieka. W każdej z tych wersji Jarosław Gajewski nadał temu utworowi atrakcyjną formę sceniczną. Tylko tyle i aż tyle.