Logo
Recenzje

Popyt na igrzyska

10.10.2026, 09:15 Wersja do druku

„Carmen” Georges’a Bizeta w reż. Witolda Mazurkiewicza z Teatru Polskiego w Bielsku-Białej w ramach programu Bielsko-Biała – Polska Stolica Kultury 2026. Pisze Magdalena Legendź w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Dorota Koperska

Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły

„Carmen” jest dla opery tym, czym „Hamlet” dla teatru – mówił w jednym z reklamowych spotów Witold Mazurkiewicz, dyrektor bielskiego Teatru Polskiego, a zarazem reżyser, autor adaptacji i dramaturg plenerowego widowiska, które zapowiadano jako największe wydarzenie roku w ramach programu Bielsko-Biała – Polska Stolica Kultury 2026.

Wystawianie dziesiątej czy jedenastej w sezonie wersji opowieści o duńskim królewiczu mogłoby być ryzykowne i nieść niebezpieczeństwo powielenia, nawet mimowolnego, pewnych myślowych tendencji. Koincydencji z tym, jak operowi twórcy odczytują dziś dzieło Georges’a Bizeta, jednak nie uniknięto.

Zacznijmy od tego, że Witold Mazurkiewicz czuje muzyczne spektakle – patrz świetna „Viva Maria” przygotowana w setną rocznicę urodzin bielszczanki Marii Koterbskiej albo tematyczne tzw. koncerty w oknie, które uzdolnieni wokalnie aktorzy śpiewają z balkonu nad wejściem do teatru do zgromadzonej na placu publiczności. Ostatnio intensywnie rozwija ten nurt z pomocą działającej przy teatrze orkiestry La Nostra Banda pod kierunkiem Jacka Obstarczyka. Ona też, nieco wzmocniona, z sukcesem zmierzyła się z nieśmiertelnymi hitami Bizeta.

Czy Bielsko stało się Sewillą, jak zapowiadano? I tak, i nie. Wydarzenia rozgrywały się na scenie wybudowanej przed teatrem wokół fontanny – rozumiem trudność techniczną, ale szkoda, że nieczynnej, widz miałby pełniejsze złudzenie, że znajduje się w Sewilli na Placu Hiszpańskim. Lekka, tkaninowa scenografia Damiana Styrny spowiła teatr i pobliski zamek, imitując mauretańską architekturę. Na powiększonej rusztowaniem fasadzie teatru wyświetlano dynamicznie zmieniające się animacje: panoramę hiszpańskiego miasteczka, pędzącego byka, oczy śledzące każdy ruch torreadora, a także wybrane teksty śpiewane po francusku, co ułatwiało widowni zrozumienie przebiegu wydarzeń. Wzdłuż szpalerów widzów przechadzały się sewilskie panie w mantylkach i banderilleros – pomocnicy torreadora: widowiskowe, wielkoformatowe lalki, tzw. body puppets, wewnątrz których znajdowali się aktorzy Banialuki. Oni też animowali wielkoformatowe figury byków.

Balansowanie między dosłownością a myślowym skrótem, a także feeria świateł i laserów stwarzały niezwykły klimat wizualny. Reżyserię tego elementu powierzono Bogumiłowi Palewiczowi, współtwórcy sukcesów wrocławskich operowych open airów. Dwustu wykonawców, w tym wiele osób parających się lokalnie sztukami widowiskowo-rozrywkowymi: szczudlarki, linoskoczek, teatr ognia, zespoły taneczne, mażoretki – to odważny pomysł na spektakularne wprowadzenie fiesty towarzyszącej korridzie. Sam Escamillo (Arkadiusz Anyszka), żądny lajków celebryta, bardziej zakochany w sobie niż w Carmen, wjeżdża na arenę na olbrzymim kogucie. Może jako nawiązanie do słynnego sewilskiego rodu torreadorów – jeden z tamtejszych mężczyzn nosił przydomek Il Gallo, czyli Kogut. Był też historyczny bielski tramwaj, którym przyjechała do koszar Mikaela (Gabriela Legun). W oczy rzucała się wysoka, kolorowa palma, po trosze andaluzyjska, po trosze odsyłająca do kultowej pracy Joanny Rajkowskiej z Placu Zbawiciela. Te na wskroś współczesne, czerpiące z życia społecznego środki artystycznego wyrazu zgrabnie połączono z klasycznym tematem i operową formą. Symbolem sztuki wysokiej zdawał się tu Apollo z fasady teatralnego gmachu – celowo niezasłonięty zwojami materii.

Realizatorzy powrócili do pierwotnej kompozytorskiej wersji opery-comique. Zamiast recytatywów były partie mówione, co pozwoliło na lepsze wykorzystanie potencjału bielskich aktorów. Teatralnie wreszcie coś się działo w scenach, gdy np. żołnierze dogadują Mikaeli czy składają niedwuznaczne propozycje Carmen. Marta Gzowska-Sawicka jako Frasquita i Wiktoria Węgrzyn-Lichosyt jako Mercedes dały aktorsko-wokalny popis w scenie wróżenia z kart.

Jeśli widzowie pokazywanej w tym roku na festiwalu w Salzburgu „Carmen” Gabrieli Carizzo komentowali, że „choreograf odleciał”, a Asmik Grigorian „została zatopiona” przez tancerzy, to nie widzieli bielskiego pokazu. Spektakl zdominowały brawurowe, z wykorzystaniem rekwizytów, układy taneczne oraz intensywny, niemal nieustanny, lekko nawet męczący ruch sceniczny. Zaznaczyć jednak trzeba, że soliści przytłumić się nie dali.

Na pewno nie Monika Ledzion (Carmen) – świetna w scenie, gdy odpycha jednego z nachalnych żołnierzy, celując w jego pierś zgrabną nóżką obutą w glana – we wszystkich partiach intensywnie oddająca emocjonalizm muzyki Bizeta. Jej Carmen nie jest Don Juanem w spódnicy ani kapryśną kokietką. Jest niezależną, pełną sex appealu kobietą, która nie potrzebuje nikogo uwodzić. Zna swoje potrzeby emocjonalno-seksualne i realizuje je bez oglądania się na innych. Wokalnie prowadzi swoją postać mocno: dramatycznie i dynamicznie.

Usunąć w cień nie dał się też Andrzej Lampert (Don José), stwarzając postać o pełnej skali emocji: od rodzącego się zauroczenia przez pożądanie, po gorycz zdrady, wreszcie wściekłość porzucenia i zemsty. Znakomicie zniuansowane stany pośrednie sprawdziły się zwłaszcza w finale, który należał do niego. Oboje wyraziści, pewni od strony aktorskiej i znakomicie brzmiący wokalnie, zarówno solo, jak i w duetach.

W duecie z Lampertem znakomicie wypadła też Gabriela Legun, której Mikaela nie była zastraszoną dziewojką spod kruchty, lecz ciepłą i empatyczną młodą kobietą pragnącą zwykłego życia w dobrym, partnerskim związku. Jej czarująca barwa głosu najlepiej objawiła się we wspaniale zaśpiewanej modlitwie – wzruszającym wyznaniu wiary we własne siły i w moc miłości. 
Aktorsko swobodnie prezentował się też Arkadiusz Anyszka, wnosząc niespodziewany humor i lekkość, a i wokalnie pokazał ciekawe brzmienia.

Skracając sceniczny materiał do dwóch godzin, okrojono kwestie ekonomiczne, w tym wątek przemytników, choć mogła wskazywać nań rozbudowana, skądinąd świetna, partia taneczna z walizkami. Te jednak w dobie nasilonych migracji wcale nie muszą kojarzyć się jednoznacznie. Tak więc, gdy Don José stwierdza, że męczy go „takie życie”, wcale nie jest oczywiste, że chodzi o życie poza prawem.

Dramaturgicznie rzecz się broni; zasadniczy konflikt zarysowano czytelnie. Zastrzeżenie budzi zakończenie, w którym Carmen właściwie popełnia samobójstwo, kierując uzbrojoną ręką zdradzonego kochanka. Dziwaczny koncept. Niezbyt to przekonujące, gdy postać tak samoświadoma, deklarująca, że najważniejszą rzeczą jest dla niej wolność, w zasadzie wyrzeka się wszystkiego. I w imię czego? Nawet jeśli antyczne tragedie grywano pod gołym niebem greckich poleis, daleko karcianej wróżbie do fatum.

Ponieważ nikt nie powiedział, że bieda musi być szarobura, widowiskowe były też kostiumy Igi Sylwestrzak. Patchworkowe spódnice z dżinsowymi baskinkami i sutymi falbanami w mocnych kolorach, z błyszczącymi frędzlami, dopełniały masywne glany i wdzianka typu „dres adidas”. Efektownie to się mieniło i falowało w tańcu. Skromna sukienka Mikaeli znakomicie oddawała charakter tej postaci: łatwo sobie można wyobrazić, jak porządna, skromna i niezamożna dziewczyna zszywała cierpliwie małe kawałeczki dżinsu, by wyglądać schludnie i niewyzywająco. Ciekawym pomysłem było ubranie żołnierzy we współczesne moro z żółtymi (!) beretami. W scenach „przemytniczych” aktorzy mieli zarzucone na ramiona srebrne, migotliwe peleryny przywodzące na myśl pelerynę-niewidkę z Harry’ego Pottera.

Dzięki zamkniętym dla ruchu ulicom tłum widzów (kilkanaście tysięcy osób, jak szacują organizatorzy) podczas każdego z dwóch pokazów szczelnie wypełnił dostępną przestrzeń, a także oblepił zamkowe mury naprzeciwko gmachu teatru. Przygotowano trzy telebimy i dwie niewielkie strefy do siedzenia. Widowisko plenerowe zrealizowano z wyjątkowym rozmachem, a w pozyskaniu sponsorów i partnerów zapewne pomógł fakt „kulturalnej stołeczności” miasta. To oczywiście dobrze. Sytuacja społeczna jest najwyraźniej taka, że „rośnie popyt na igrzyska”. Aliści pojawiają się pytania. Czy wyłącznie dwa pokazy zaspokoją oczekiwania darczyńców? I czy dadzą wystarczającą satysfakcję artystom i zespołowi realizatorów? Wreszcie też pytanie o właściwe gospodarowanie publicznymi pieniędzmi. Ratuje jedynie nadzieja, że widowisko zarejestrowano i zostanie udostępnione.

Tytuł oryginalny

Popyt na igrzyska

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Magdalena Legendź

Data publikacji oryginału:

10.09.2026

Sprawdź także