Logo
Recenzje

Pokusa drugiej szansy

23.01.2026, 18:07 Wersja do druku

„Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego w reż. Magdaleny Małeckiej-Wippich i Marty Miłoszewskiej w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie Nasz Teatr.

fot. Marek Zimakiewicz / mat. teatru

Na scenie Teatru Komedia zagościła prapremierowo komedia „Jak zawsze” na podstawie romantyczno-narodowej powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Teatralnej adaptacji tekstu, będącego de facto zapisem monologów wewnętrznych dwojga głównych bohaterów, podjęła się żona autora, Marta Miłoszewska. Ale że w międzyczasie dopadło ją życie, a konkretnie posada dyrektorki Teatru Miejskiego w Gdyni, do współtworzenia projektu zaprosiła reżyserkę Magdalenę Małecką-Wippich. I tak od samego początku realizacja „Jak zawsze” naznaczona została dualizmem, który zakotwiczył się w niej na dobre.

Bohaterami spektaklu są Ludwik i Grażyna, dwoje osiemdziesięciolatków świętujących właśnie 50. rocznicę… pierwszego wspólnego orgazmu. Najchętniej uczciliby ją w ten sam sposób, czynią więc ku temu odpowiednie do wieku przygotowania. Miłosne zbliżenie przenosi ich w cudowny sposób w czasie, do młodych, jędrnych, trzydziestoletnich ciał, pozostawiając jednocześnie doświadczone życiem umysły. Jako bonus czasoprzestrzenna dziura dorzuca w pakiecie pierwszą żonę Ludwika, Iwonę. I tu sprawy się komplikują. Reżyserki zgrabnie poradziły sobie z ukazaniem alternatywnej rzeczywistości pozostawiając na scenie zarówno „starsze” wersje bohaterów w osobach Katarzyny Żak i Tomasza Dedka, jak i ich alter ego, „nowsze” odpowiedniki: Helenę Rząsę i Filipa Kosiora. Wzajemne uwagi, docinki czy strofowania pochodzące z różnych perspektyw czasowych, niczym konflikty rozbieżnych jaźni, budują dodatkową warstwę komizmu i tworzą złożone relacyjne ramy. Dualizm podniesiony zostaje do kwadratu i unaoczniony dodatkowo kostiumem oraz scenicznym ruchem. 

Zgodnie z literacką wizją odmienia się także Polska, która po wojnie ląduje w zachodniej strefie wpływów i łączy ją obecnie bliski sojusz z Francją. Odzwierciedlenie pisarskiej wizji Miłoszewskiego w warstwie wizualnej było właściwie niemożliwe. Scenografia Julii Skrzyneckiej z jednej strony żartobliwie nawiązuje do francuszczyzny (choć pytanie kto z widzów kojarzy kierownicę kultowego Citroena DS), z drugiej zaś opiera się na symbolicznych akcentach minionej epoki – neonach, meblach i rekwizytach. Te zaś, poza nie do końca potrzebnym w całym przebiegu spektaklu wielkim małżeńskim łożem, pomysłowo wjeżdżają i zjeżdżają ze sceny wraz z całą galerią rysowanych grubą kreską, komicznych postaci zamieszkujących Warszawę w brawurowym wykonaniu Elizy Borowskiej i Aleksandra Sajewskiego. Oprócz ukazania niekiedy zaskakująco konserwatywnego tła społecznego, wspomniana aktorska dwójka wciela się także w kolejną dualistyczną parę, Warsa i Sawę, próbując narracją oddać żywiołowego ducha stolicy i przemiany z nagła zeuropeizowanego miasta. To udaje się już gorzej, bo dowcipy o „patelni”, czy tramwaju na Wilanów zdążyły się nieco zestarzeć. Warszawa, która miała stać się w założeniu kolejnym bohaterem spektaklu, wypada blado, zarysowana jedynie pobieżnym scenicznym skrótem. Nie za specjalnie śmieszą także żarty political fiction, może dlatego, że w ostatnich latach polityka przestała być w ogóle zabawna, a może dlatego, że autor ukazuje silnie spolaryzowaną przeszłość w krzywym zwierciadle ostrej satyry. 

Najbardziej angażującym wątkiem są miłosne perypetie bohaterów i niespodziewana szansa ponownego przeżycia życia według nowego scenariusza. Ludwik nie miałby raczej nic przeciwko powtórce, mimo powierzchownej szorstkości tli się w nim głębokie uczucie i zwykłe ludzkie przywiązanie. Grażyna zaś wydaje się rozczarowana, że nie użyła życia dostatecznie intensywnie, nie podróżując i nie korzystając z jego uroków, póki był czas. Czy ulegnie pokusie drugiej szansy? 

Najmocniejszym punktem wieczoru pozostaje dojrzałe komediowe aktorstwo. Pełni uroku, ciepła i wzajemnego zrozumienia są wcielający się w Grażynę i Ludwika Katarzyna Żak i Tomasz Dedek. Z bagażem wspólnych doświadczeń, w czułych gestach i lekko uszczypliwych komentarzach pozostają w gruncie rzeczy znającą się na wylot zgraną i dobraną parą. Helena Rząsa i Filip Kosior wnoszą do spektaklu młodzieńczą energię, erotyczne napięcie i odrobinę szaleństwa, świetnie uzupełniając swe starsze odpowiedniki i stanowiąc ironiczny komentarz do ich przeszłości. W tym nostalgicznym świecie uczuć panoszą się w kolejnych niemal kabaretowych wcieleniach Eliza Borowska i Aleksander Sajewski – oboje tworząc wspaniałe, barwne i charakterystyczne postaci, które niekiedy mimowolnie zagłuszają główny wątek opowieści zbędną tu analizą polskiego społeczeństwa.

„Jak zawsze” kończy się jak zawsze, jak przystało na romantyczną historię miłosną. Czy to nieuchronność losu, czy siła uczucia, czy ludzka skłonność do powtarzalności wyborów, bajka pozostaje bajką. Sceniczne „co by było gdyby” zostaje nam w głowach pytaniami jak my zachowalibyśmy się mając drugą szansę i wiedząc dokąd prowadziły wcześniejsze wybory. Szkoda jedynie, że frapujący punkt wyjścia oraz wciągająca intymna historia obudowane zostały ozdobnikami, które zamiast podkreślić lejtmotyw, starają się go usilnie zepchnąć na tor boczny.

Tytuł oryginalny

Pokusa drugiej szansy - „Jak zawsze” w Teatrze Komedia, recenzja

Źródło:

Nasz Teatr
Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także