Logo
Recenzje

Podróż z przymrużeniem oka – i bez mapy

28.03.2026, 11:37 Wersja do druku

„W 80 dni dookoła świata. Tam i z powrotem” na motywach powieści Juliusza Verne'a w reż. Roberta Talarczyka i Mateusza Znanieckiego w Teatrze Capitol w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Cezary Piwowarski/ Teatr Capitol

Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły

Premiera „W 80 dni dookoła świata. Tam i z powrotem” w Teatrze Capitol pokazuje, jak bardzo klasyczna powieść Juliusza Verne’a może stać się tworzywem do zupełnie odmiennych teatralnych strategii. Tym razem punkt ciężkości wyraźnie przesunięto w stronę kabaretowej ironii i współczesnego komentarza, co nie powinno dziwić, skoro scenariusz – inspirowany oryginałem – napisał Robert Górski.

Reżyserii podjęli się Robert Talarczyk oraz Mateusz Znaniecki. Dla Talarczyka to powrót do materiału, który wcześniej realizował w Teatrze Śląskim w Katowicach, z Mateuszem Znanieckim w roli Fileasa Fogga. Tam inscenizacja miała jednak bardziej familijny rys i – mimo humorystycznej nadbudowy – pozostawała w bliższym dialogu z duchem Verne’owskiej przygody. W Capitolu twórcy idą krok dalej: rozszczelniają narrację, mnożą autotematyczne żarty i świadomie rozbijają iluzję dziewiętnastowiecznej wyprawy, wyraźnie sygnalizując, że liczy się tu efekt sceniczny i ironiczny komentarz, a nie iluzja dziewiętnastowiecznego świata.

Nie sposób odmówić spektaklowi rozmachu realizacyjnego. Scenografia i projekcje sprawnie przenoszą akcję z Londynu do Indii czy Ameryki, a tempo zmian buduje wrażenie nieustannego ruchu i podróży odbywanej w rytmie przyspieszonego montażu. Inscenizacyjnie wszystko działa jak dobrze naoliwiony mechanizm zegara Fogga – zmiany miejsc, kostiumów i sytuacji scenicznych odbywają się płynnie, bez przestojów, co podtrzymuje dynamikę opowieści.

Aktorsko zespół prezentuje wysoki poziom – szczególnie zapada w pamięć Piotr Janusz, który potrafi zbudować postać wyrazistą, nie popadając w czystą farsę. Partnerujący mu aktorzy utrzymują energię przedstawienia, nawet gdy dramaturgia zaczyna się nieco rozłazić. Zwłaszcza wyraziste epizody Filipa Urbanke jako Flanagana, Konduktora, Policjanta czy Proctora imponują umiejętnością różnicowania postaci w sposób z jednej strony dyskretny, z drugiej niepozbawiony silnej charakterystyczności. Warto też podkreślić, że zespół nie tylko sprawnie operuje komizmem sytuacyjnym, ale również bardzo dobrze radzi sobie wokalnie (Chłopcy kontra Basia – muzyka) – partie muzyczne wykonywane są czysto, z energią i sceniczną swobodą, co znacząco podnosi atrakcyjność widowiska.

Istotnym elementem spektaklu jest choreografia (Magdalena Kawecka), która nie ogranicza się do prostych układów ilustrujących piosenki, lecz buduje rytm całych sekwencji scenicznych. Ruch sceniczny porządkuje przestrzeń, nadaje jej puls i wprowadza dodatkowy poziom narracji – zwłaszcza w scenach zbiorowych, gdzie tempo i precyzja zespołu robią duże wrażenie. Dzięki temu muzyczno-taneczne fragmenty nie są przerywnikiem, lecz integralną częścią teatralnej struktury.

Problem tkwi bowiem nie w formie, lecz w adaptacyjnej decyzji. Tekst Górskiego to raczej wariacja na temat Verne’a niż jego sceniczna interpretacja. O ile u autora pierwowzoru najważniejsze były narracyjna precyzja i napięcie wynikające z wyścigu z czasem, o tyle tutaj pierwszeństwo ma gag, aluzja, kabaretowy skrót i komentarz puszczany okiem do widza. Humor bywa celny, momentami błyskotliwy, ale często kierowany wyraźnie do dorosłego odbiorcy. Dziecko – jeśli przyjdzie z myślą o przygodowej opowieści – może poczuć się zdezorientowane, bo klasyczna narracja zostaje tu wielokrotnie rozmontowana.

To zasadnicza różnica wobec wersji przygotowywanych w innych teatrach przez Jerzego Bielunasa jako adaptatora i reżysera. Jego realizacje – widziałem toruńską w Teatr im. Wilama Horzycy w 2000 roku – pozostawały bliżej literackiego oryginału, nawet gdy przenosił akcję w inne czasy czy wprowadzał musicalową konwencję. Bielunas budował widowisko z myślą o szerokiej, rzeczywiście familijnej publiczności: klarowna narracja, wyraźnie zarysowana stawka zakładu, emocjonalna identyfikacja z bohaterem. U Talarczyka i Znanieckiego świat przedstawiony jest bardziej ironiczny, chwilami zdystansowany wobec samego siebie, jakby twórcy nie chcieli pozwolić widzowi na całkowite zanurzenie się w przygodzie.

Na tle realizacji toruńskiej wersja Capitolu proponuje zabawę konwencją i twórcy trzymają się tej decyzji od początku do końca. Jest w niej więcej świadomego balansowania między „bajką dla dzieci” a kabaretem dla dorosłych, przy czym to drugie piętro wydaje się momentami dominować.

Czy to jeszcze Verne? Raczej Verne przefiltrowany przez współczesną wrażliwość satyryczną. Czy to teatr familijny? Niekoniecznie. To raczej spektakl dla widza, który zna oryginał – albo przynajmniej konwencję przygodowej klasyki – i potrafi czerpać przyjemność z jej dekonstrukcji.

Paradoksalnie więc największym atutem przedstawienia jest to, co może stać się jego ograniczeniem: wyrazisty, autorski ton. Jeśli przyjąć tę grę na zaproponowanych warunkach, podróż okaże się sprawna, muzycznie dopracowana i pełna energii. Jeśli jednak oczekiwać wiernej adaptacji powieści o honorze, wytrwałości i precyzji mierzonej sekundnikiem – lepiej sięgnąć po inne teatralne mapy.

Teatr Capitol

Tytuł oryginalny

Podróż z przymrużeniem oka – i bez mapy

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data publikacji oryginału:

28.02.2026

Sprawdź także