O historii, widzu i przestrzeni rozmawiali podczas II Festiwalu Teatrów Ulicznych OFF ART w Radzyminie Przemysław Grządziela, Zdzisław Górski, Jerzy Lach i Jarosław Siech. Punktem wyjścia było pytanie, które pozostaje aktualne mimo zmieniających się czasów: po co właściwie wychodzić z teatrem na ulicę? – pisze Wiesław Kowalski.
Podczas II Festiwalu Teatrów Ulicznych OFF ART w Radzyminie, 6 września, odbyła się debata zatytułowana „Po co nam teatr uliczny?”. Przy jednym stole spotkali się artyści reprezentujący różne doświadczenia i różne sposoby myślenia o teatrze w przestrzeni otwartej: Przemysław Grządziela z Teatru Pinezka, Zdzisław Górski z Teatru Snów, Jerzy Lach z Teatru Opera Modern oraz Jarosław Siech z Teatru Pantomimy Dar.
Pytanie postawione w tytule debaty okazało się jednak
zaledwie początkiem znacznie szerszej rozmowy. Zamiast próby sformułowania
jednej definicji teatru ulicznego pojawiła się opowieść o jego historii,
przemianach, publiczności i przestrzeni, w której może się wydarzać. Dużo
miejsca zajęły wspomnienia, bo spotkanie z artystami miało również wymiar
pokoleniowy. Szczególnie wyraźnie wybrzmiało doświadczenie Zdzisława Górskiego,
którego Teatr Snów w tym roku obchodzi 40-lecie działalności.
Historia, która nadal jest obecna
Rozmowa o współczesnym teatrze ulicznym szybko przeniosła
się w przeszłość. Nie była to jednak historia traktowana jako zamknięty
rozdział. Przeciwnie – wspomnienia dawnych przedstawień, festiwali i spotkań z
artystami pokazywały, że wiele pytań, które stawiają sobie twórcy dzisiaj,
pojawiało się również przed laty.
Ważnym punktem odniesienia stał się festiwal teatrów
ulicznych w Jeleniej Górze. Wspominano jego znaczenie dla rozwoju polskiej
sceny plenerowej oraz zespoły z różnych części świata, które przez lata
przyjeżdżały do Polski. Dla wielu twórców był to nie tylko festiwal spektakli,
ale rodzaj otwartego uniwersytetu teatru ulicznego – miejsce wymiany
doświadczeń, konfrontacji estetyk i obserwowania tego, jak artyści z różnych
krajów potrafią wykorzystać przestrzeń publiczną.
Wspominając tamte czasy, uczestnicy debaty przywoływali
atmosferę teatru ulicznego, który nie potrzebował jeszcze tak wyraźnego
podziału między sceną a widownią. Ulica była miejscem eksperymentu, spotkania i
ryzyka. Była przestrzenią, w której przedstawienie mogło zetknąć się z
rzeczywistością w sposób niemożliwy do osiągnięcia w tradycyjnym budynku
teatralnym.
Historia Teatru Snów – czterdzieści lat pracy Zdzisława
Górskiego i jego zespołu – stała się w tym kontekście szczególnie istotna.
Pokazała, jak bardzo zmieniły się warunki funkcjonowania teatru ulicznego, ale
też jak trwałe okazały się pewne jego podstawowe zasady.
Nie ma ulicy bez widza
Jednym z najważniejszych tematów rozmowy był widz. W teatrze
ulicznym nie jest on przecież odbiorcą, który wcześniej kupił bilet, wybrał
przedstawienie i przyszedł do określonego budynku o określonej godzinie.
Na ulicy sytuacja jest odwrotna. Widz może pojawić się
przypadkiem. Może zatrzymać się na kilka minut albo zostać do końca. Może
odejść. Może wejść w sam środek przedstawienia, nie wiedząc, co wydarzyło się
wcześniej. Może też w ogóle nie planować kontaktu ze sztuką.
Ta przypadkowość, jak wynikało z rozmowy, jest jednocześnie
jednym z największych wyzwań i największych atutów teatru ulicznego.
Artysta musi zdobyć uwagę, ale nie powinien traktować widza
wyłącznie jako kogoś, kogo trzeba za wszelką cenę „złapać”. Teatr uliczny
wymaga szczególnej uważności na publiczność. Nie wystarczy bowiem stworzyć
spektaklu i przenieść go z budynku na plac. Przestrzeń otwarta zmienia reguły
gry, a obecność przypadkowych przechodniów sprawia, że przedstawienie nigdy nie
jest do końca takie samo.
W rozmowie powracała więc myśl, że widz teatru ulicznego nie
jest jedynie obserwatorem. Jego obecność, reakcje, ruch, a czasem nawet
przypadkowe zachowanie stają się częścią przedstawienia.
Przestrzeń nie jest dekoracją
Drugim wielkim bohaterem debaty była przestrzeń. Teatr
uliczny nie może traktować miejsca wyłącznie jako neutralnego tła. Plac, park,
ulica, skwer czy przestrzeń przed budynkiem mają swoją historię, architekturę,
rytm i pamięć. Każde miejsce inaczej „pracuje” z przedstawieniem. Dlatego spektakl w przestrzeni publicznej nie
jest tylko przedstawieniem przeniesionym z sali teatralnej na zewnątrz. Musi
wejść w relację z miejscem i z tym, co już w nim istnieje.
To właśnie w tej relacji – między aktorem, widzem i
przestrzenią – uczestnicy debaty dostrzegali jedną z najważniejszych wartości
teatru ulicznego. Spektakl może bowiem zmienić sposób patrzenia na dobrze znane
miejsce. Park, przez który codziennie przechodzimy, plac, na którym załatwiamy
sprawy, czy ulica kojarzona wyłącznie z ruchem mogą na chwilę stać się
przestrzenią wyobraźni. Po przedstawieniu miejsce pozostaje takie samo, ale
doświadczenie widza już niekoniecznie.
Między widowiskiem a teatrem
W rozmowie pojawiło się również pytanie o widowiskowość.
Teatr uliczny z natury musi konkurować o uwagę z codziennością: samochodami,
reklamami, rozmowami przechodniów, hałasem miasta. Nic więc dziwnego, że często
sięga po duży obraz, muzykę, kostium, ruch czy efektowną scenografię. Ale czy
właśnie efektowność nie może stać się pułapką?
Debata nie przyniosła prostej odpowiedzi, raczej
przypomniała, że atrakcyjność wizualna nie powinna zastępować teatralności.
Teatr uliczny może być widowiskowy, ale może też posługiwać się ciszą, prostotą
i skupieniem. Nie musi nieustannie podnosić temperatury. Jego siła może wynikać
również z tego, że potrafi zatrzymać człowieka w środku codziennego pośpiechu. To
ważne zwłaszcza dziś, kiedy obraz stał się podstawowym narzędziem komunikacji,
a spektakl łatwo może zostać oceniony przede wszystkim przez pryzmat tego, czy
dobrze wygląda na fotografii lub krótkim nagraniu.
Po co więc wychodzić na ulicę?
W trakcie debaty pytanie o sens teatru ulicznego wracało w
różnych postaciach. Czy chodzi o dotarcie do widza, który nie odwiedza teatrów?
O odzyskanie przestrzeni publicznej dla sztuki? O wspólnotowe doświadczenie,
którego coraz częściej brakuje w świecie ekranów i indywidualnego odbioru?
W odpowiedziach trudno było oddzielić te elementy.
Teatr uliczny jest bowiem szczególnym rodzajem spotkania. Nie wymaga od widza wcześniejszej deklaracji zainteresowania. Może wydarzyć się obok niego. Może zaskoczyć go w zwyczajnym dniu. Ale właśnie dlatego stawia przed artystą większą odpowiedzialność – musi znaleźć język, który pozwoli nawiązać kontakt z publicznością bardzo różnorodną, często nieprzygotowaną na spotkanie ze sztuką.
Jednocześnie teatr uliczny ma możliwość przywrócenia przestrzeni publicznej funkcji, które nie mają nic wspólnego z konsumpcją czy komunikacją. Na chwilę plac przestaje być tylko placem, park – tylko parkiem, a przechodzień przestaje być anonimowym przechodniem.
Teatr żywy, czyli teatr potrzebny
Rozmowa w Radzyminie pokazała też, że teatr uliczny nie jest
muzealną formą, którą należy jedynie chronić ze względu na tradycję. Przeciwnie
– jego przyszłość zależy od tego, czy kolejne pokolenia twórców znajdą dla
niego własny język.
Czterdzieści lat działalności Teatru Snów jest świadectwem
trwałości tej formy, ale również dowodem, że teatr plenerowy nieustannie musi
odpowiadać na zmieniającą się rzeczywistość. Zmienia się widz, zmieniają się
miasta, zmieniają się sposoby komunikacji i oczekiwania wobec sztuki. Nie
zmienia się natomiast podstawowa sytuacja: aktor wychodzi do przestrzeni, a
człowiek może się przy nim zatrzymać. Być może właśnie w tym należy szukać
najprostszej odpowiedzi na pytanie „po co nam teatr uliczny?”.
Potrzebujemy go, ponieważ pozwala sztuce wydarzyć się poza
miejscami, w których jej obecności się spodziewamy. Pozwala spotkać widza,
który nie planował spotkania. Pozwala spojrzeć inaczej na własne miasto. I
przypomina, że przestrzeń publiczna może być nie tylko miejscem przemieszczania
się, pracy i codziennych obowiązków, ale również miejscem wspólnego
przeżywania.
Debata podczas OFF ART nie zakończyła się więc jedną
definicją teatru ulicznego. I chyba dobrze. Czterdzieści lat doświadczeń Teatru
Snów, pamięć o Jeleniej Górze i międzynarodowych spotkaniach artystycznych, a
także doświadczenia pozostałych uczestników pokazały raczej ciągłość pewnej
potrzeby.
Teatr uliczny jest potrzebny tak długo, jak długo
potrzebujemy spotkania.
A może nawet bardziej: tak długo, jak długo chcemy, żeby w środku zwyczajnego dnia nagle wydarzyło się coś, czego nie dało się zaplanować.