EN
22.09.2022, 19:23 Wersja do druku

Płetwonurek

Od września do czerwca. Tak od dwudziestu lat liczę każdy rok. Gdzieś po drodze jest Sylwester, kalendarzowy Nowy Rok, ale dla mnie jest to raczej sam środek kalendarza, coś jak I i II semestr w szkole. Już pod koniec sierpnia wiem, że zaraz zacznie się „nowe”, obfitujące w coś, czego nie jestem w stanie przeczuć do końca, coś, co zawsze jest inne, niepowtarzalne, mające swój odcień, zabarwienie (często gęsto emocjonalne), no po prostu NOWY SEZON TEATRALNY.

fot. Dominika Kluźniak

Kiedy zaś się skończy, będę starsza, mądrzejsza lub chwilowo głupsza, będę nowa. Będę pełna nowych wniosków, które dołożę do woreczka napełnianego już przez ponad dwadzieścia sezonów. Niby niedużo, a można się już czegoś nauczyć o sobie, o innych, o byciu w teatrze i w zespole. Za każdym razem jest inaczej. To cudowne i niecudowne zarazem, nie móc przewidzieć, w co rozwinie się sezon, czym mnie obdaruje, a co pozwolę, aby mi odebrał.

Są sezony, które mogę opisać konkretnymi słowami, na przykład: sezon ekscytacji, sezon „przeprowadzka”, sezon czystej radości teatralnej, sezon macierzyński, sezon energii, sezon kolejnej „przeprowadzki”, sezon całkiem nowego, sezon obfitości, pandemii, zmęczenia. Były też sezony naiwności, sezony cyniczne, sezony mądre i zwyczajnie głupie. Każdy, każdy z nich był osobnym rozdziałem, które jednak w jakiś sposób łączą się ze sobą i czynią mnie tym, kim jestem dzisiaj.

Oczywiście to nie będzie tekst o tym, kim stała się Dominika Kluźniak, ani o jej dojrzewaniu w zawodzie, ale – jak zwykle – o odczuciach i przemyśleniach, które (ciekawa jestem!) mogą się dla nas okazać wspólne, zwłaszcza teraz, kiedy wkraczamy w nowy sezon teatralny. 

No więc tak: sytuacja jest specyficzna. Zawsze jest jakaś sytuacja. Specyficzna. Mamy w Polsce nowe dyrekcje teatralne, nowych kolegów i koleżanki, mamy nowe zadania, mamy też inflację, politykę, wojny, nowe prądy w sztuce, nowe pomysły, nowe, nowe, nowe… Dużo nowego i starego też, jak zwykle. I mamy siebie. Nawet nie tyle siebie nawzajem, zespoły, do których należymy, ale mamy samych siebie, a przecież to samych siebie użyczamy co roku kolejnym postaciom w kolejnych przedstawieniach.

Co Państwo robicie, aby nie „rozdać się” całkiem innym? Co dajecie teatrowi, a co zachowujecie dla siebie? Co dajecie widzom, a co zostawiacie w domu?

A może dajecie siebie w pełni, a przez wakacje tylko ładujecie baterie?

Drogie Koleżanki i Koledzy – czy będzie naiwnością z mojej strony, jeśli zapytam: jakie macie plany na ten sezon? A może w ogóle nie podchodzicie tak do sprawy, nie macie planów, płyniecie z prądem lub pod prąd, zawsze? Może po prostu cieszycie się na nowe, albo boicie się, że spadniecie z konia lub też przeciwnie – jesteście pewni, że wzlecicie wysoko? 

Czy coś Wam przyświeca na początku sezonu, jakaś myśl, która poniesie Was przez kolejne miesiące, czy też przeciwnie – niczego nie zakładacie z góry, bo i po co?

Ja mam różnie. Zależy, co mi w duszy gra, a że nie jestem krową (przepraszam wszystkie krowy, to tylko takie powiedzonko!) i mogę zmieniać zdanie, więc się nie przejmuję, że moje podejście do początku każdego kolejnego sezonu zawsze się jednak lekko różni od poprzedniego. To chyba normalne, ale ciekawa jestem, co tam w innych głowach i duszach się mieści!

W każdym razie, chcę opowiedzieć o tym, że kiedyś (naście lat temu) usłyszałam w teatrze od pani reżyser o magicznym kombinezonie chroniącym przed światem! Można go założyć na siebie wychodząc z domu, idąc na próbę, czy gdzie tam kto potrzebuje. Jest tylko taka sprawa, że ten kombinezon (taki typu pianka do nurkowania) jest niewidoczny i tylko ten, kto go na sobie ma, wie o jego istnieniu. I można go sobie zapiąć nawet pod samą szyjkę!

Przyznaję, były sezony, że zakładałam. Czy Wy również?

Były sezony, kiedy byłam też bez niego, golutka. Bo czasem myślałam sobie, że w teatrze niczego takiego zakładać nie można, trzeba dawać, być odsłoniętym, niemalże nagim (a przynajmniej w sensie duchowym), i że to nie fair w stosunku do widza! Innym zaś razem mówiłam sobie: „No nie wytrzymam, muszę coś takiego na sobie mieć!”.

Ale były też sezony, że człowiek raz zakładał, raz zdejmował, raz rozpinał taką piankę do połowy, pierś odsłonięta, ale jest siła i moc, aby się z taką nagością pokazać światu!

A tak w ogóle, to kiedy myślę o takim stroju płetwonurka, zawsze mi się przypomina Sprawa w reżyserii Jerzego Jarockiego, kiedy to moje koleżanki zakładały taką piankę, płetwy i maski do nurkowania i wychodziły tak do „sceny z Lucyferem”, w której tańczyły do muzyki grupy Behemoth… To skojarzenie ze strojem płetwonurka pozostanie w mojej głowie już chyba na zawsze.

Wracając do tematu – jako jednostka zbyt dużo rozmyślająca o wielu sprawach, również w tym roku, na progu nowego sezonu, zastanawiam się – wkładać taki niewidzialny kostium czy nie?

Odsłaniać wrażliwe ciało i duszę, czy zapiąć się pod szyjkę, a może… nie rozmyślać tyle i siups na scenę w nowy sezon?! I tak będzie on przecież tym, czym ja go uczynię. To zależy przecież ode mnie, od mojego nastawienia.

Dlatego może powiem tak: życzę wszystkim sezonu pełnego piękna, wrażliwości, siły, otwartości i ufności. Spróbujmy nie zakładać na siebie i wobec siebie niczego, co nas odgradza i dzieli, a tym bardziej niewidzialnych kostiumów. A już na pewno żadnych zbroi. Świat jest już wystarczająco uzbrojony.

Źródło:

Materiał własny