Logo
Recenzje

Płacząc jednym okiem, śmiejąc się drugim

23.01.2026, 08:10 Wersja do druku

„Co gryzie Gilberta Grape’a” w reż.Jakuba Zalasy z Teatru Ludowego w Krakowie na 3. Festiwalu Otwarcia w Teatralnym Instytucie Młodych. Pisze Pisze Michał Kamiński.

fot. Jeremi Astaszow

W małym miasteczku Endora, na rubieżach Stanów Zjednoczonych, w domku o ścianach z kartonu i zapadającej się podłodze mieszka dwudziestoczteroletni Gilbert Grape. Od siedmiu lat pracuje w lokalnym supermarkecie, aby utrzymać swoją rodzinę: niepełnosprawnego brata Arniego, którym po powrocie z pracy musi się zajmować, oraz otyłą matkę, która po samobójczej śmierci ojca pogrążyła się w rozpaczy i całymi dniami ogląda telewizję na kanapie. W nielicznych momentach dla siebie chłopak spędza czas z kumplem Tuckerem lub spotyka się ze znacznie starszą, zamężną Betty Carver. Tak jak większość amerykańskich chłopaków nie skończył wyższej edukacji i nie skończy. Nie zapowiada się, aby kiedykolwiek miał wyjechać z Endory, i dopiero przyjazd tajemniczej dziewczyny z Missisipi wybija go z beznadziejnej rutyny.

Opowieść o Gilbercie znamy chociażby z filmu Lasse Hallströma z Di Caprio z 1993. W teatralnej formie, zręcznie przeplatającej sitcomowy humor z dobijającą tragedią, Jakub Zalasa wydobywa jednak z tej historii zaskakująco głęboki przekaz o człowieczeństwie, który nie tylko porusza, ale daje do refleksji. Odkąd obejrzałem spektakl tydzień temu nieustannie siedzi w mojej głowie i na pewno nie prędko z niej wyjdzie.

Największym jego atutem jest to, jak dzięki sitcomowej stylistyce kreowany jest pełny portret psychologiczny bohaterów i pełnego sprzeczności amerykańskiego społeczeństwa żyjącego w ruinach american dream. Pod pozornymi archetypami z komediowych seriali kryją się ludzie tacy jak my: zagubieni, poranieni, pragnący ukojenia. Każdy, a zwłaszcza Gilbert, przeżywa swoją tragedię w ciszy, skrywając ją za fasadą uśmiechu i odreagowując ją szczerym humorem. Spektakl funkcjonuje w tej podwójności – jakby płakał jednym okiem, a drugim się śmiał. Uśmiechnięty chłopak, obarczony ogromnym obowiązkiem, nieustannie krytykowany i pozbawiony wsparcia, wielokrotnie się załamuje, ale tylko my jako widzowie dostrzegamy jego nieszczęście. Nosimy je razem z nim i cierpimy, bo jako jedyni nie jesteśmy w stanie mu ulżyć.

Gilbert wydaje się zwykłym, dobrym chłopakiem, ale jest przede wszystkim inspirującą postacią o niestrudzonej woli. Jest ona niczym lustro, w którym widz konfrontuje się ze swoim własnym cierpieniem i podejściem do życia. Humor, do którego Gilbert zawsze wraca, jest wyrazem jego najszczerszego „ja”, które odmawia poddania się w obliczu tragedii, nie dającej wiele powodów do radości. Jedną z najbardziej wstrząsających scen jest ta, w której, klęcząc przy matce i płacząc, mówi jej – mimo tego, jak koszmarne jest jego życie – że jest wdzięczny za to, że go urodziła. Wola życia u Gilberta zwycięża. Niestety nie u wszystkich postaci.

Mało jest spektakli, które tak konsekwentnie wydobywają z ludzi to, co najlepsze. Za to reżyserowi należy się ogromne uznanie. Moment w akcie drugim, w którym Gilbert kończy relację z Betty, to pierwsza sytuacja, kiedy dwie postaci mówią sobie otwarcie o swoim cierpieniu. Stwarzają w ten sposób podwaliny pod późniejszą – bardzo istotną – scenę, w której, przy okazji śmierci męża Betty, łączą się w zrozumieniu i życzą sobie dobrze.

Bardzo cenię to, że Zalasa nie kreuje żadnej postaci jako negatywnej czy wrogiej, choć z pewnością był na to potencjał (w samym filmie postaci Kena czy Betty mają takie zabarwienie). Nie ma tu postaci o złych intencjach ani antagonistów, którym życzylibyśmy źle. „Ludzie są dobrzy, jedynie cierpiący” – to kluczowy przekaz spektaklu, obok afirmacji życia i wiary, że każdy może żyć szczęśliwie. Matka Gilberta była kochającą matką. Brat Gilberta bardzo go kochał. Ken pragnął szczęścia swojej rodziny.

Muszę też pochwalić spektakl od strony formalnej. Jest zabawny, dynamiczny – dramaturgicznie mistrzowski. Nie było momentu, w którym bym się nudził, co jest dla mnie absolutnym ewenementem. To świetny miks rozrywki znanej z filmów i sitcomów z autentycznością, jaką daje bezpośrednia konfrontacja z aktorem w teatrze. Sceny szybko i płynnie się zmieniały, często z towarzyszącą im lekką, wesołą muzyczką. Projekcje i animacje 3D były technicznie bardzo dobre, nie były zasłaniane przez aktorów; scenografia – szczególnie makieta Endory – pozwalała objąć wzrokiem cały świat Gilberta, a aktorzy nieustannie wchodzili z nią w interakcje. Gra aktorska, zwłaszcza Marcina Mazurka jako Gilberta, w każdej chwili wydobywała z postaci maksimum. Współczesny widz, szczególnie młody, oczekuje dynamiki znanej mu z filmów czy właśnie sitcomów; wielu jest przekonanych, że teatr dramatyczny jest nudny – i prawdę mówiąc, aspekt rozrywkowy bywa w teatrze zbyt lekceważony na rzecz przekazu. Dlatego spektakl Zalasy zasługuje na szczególną pochwałę: ma zarówno ciekawą współczesną formę, jak i treść, która w finale doprowadziła mnie do łez. 


 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także