„Piramida zwierząt” Mateusza Górniaka w reż. Michała Borczucha w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Ach, wspaniałe lata 90, kiedy Polska przyzwyczajała się do potransformacyjnych zmian, a mnie w sumie jeszcze nie było na świecie (najlepszy czas mojego życia). Jest to również czas odwilży, nie tylko w sferze ekonomicznej i społecznej, ale też ruch w przestrzeni sztuki. Pojawia się sporo istotnych prac sztuki współczesnej i krytycznej – abstrahując zupełnie od tego jak się na taką formę artyzmu zapatrujemy i czy uznajemy ją za istotną - z historycznego punktu widzenia bezdyskusyjnie są ważne.
Patrząc na ten okres przemian Michał Borczuch i Mateusz Górniak (reżyseria i tekst) rekonstruują na scenie spory fragment życia grupy młodych artystów zrzeszonych wokoło Grzegorza Kowalskiego w jego pracowni rzeźby, tak zwanej Kowalni; głównie skupiają się jednak na Katarzynie Kozyrze i tytułowej rzeźbie i procesowi jej powstawania - od pomysłu do realizacji. Skrupulatnie śledzimy Kozyrę w różnych miejscach – Kozyrę w pociągu, Kozyrę w pracowni, Kozyrę u lekarza, Kozyrę na egzaminie, Kozyrę na parkiecie. Najogólniej można stwierdzić, że jesteśmy zainteresowani jej osobą w stu procentach. Jednocześnie jest to próba rozgryzienia czym jest tak naprawdę sztuka i po co jest nam, odbiorcom, potrzebna. Równolegle rodzi się pytanie: czy jedyna funkcja sztuki to zachwycanie czy też wytrącanie ze strefy komfortu i czy brak zrozumienia sztuki daje nam automatycznie prawo do deprecjonowania jej. Ogólnie wydaje mi się, że ta poruszona kwestia doskonale sprawdza się przy oglądaniu tego spektaklu, bo sztuką w sumie jest to, czemu pozwolimy nią być.
„Piramida zwierząt” to jest typowy Borczuchowy spektakl; aktorzy snują się po scenie i cały czas gadają o rzeczach zupełnie nieistotnych, o których chciałoby się, aby miały jakieś znaczenie, a jednocześnie cała ta paplanina w końcu spina się w klarowny wniosek. Niemniej to, ile nam przyjdzie przecierpieć w trakcie, to już inna kwestia. Nowa propozycja repertuarowa Teatru Starego jest mocno wsobna; osoby nieznające biografii i prac Kozyry, Libery czy Rajkowskiej mogą być mocno zagubione, bo twórcy nawet nie starają się nam nic tłumaczyć, wrzucają nas w wir (raczej leniwy wodny bączek, patrząc na tempo tego przedstawienia) wydarzeń i mówią: radźcie sobie, albo sami sobie pospekulujecie informacją albo jesteście zgubieni. Bogu dzięki, że mam jakiekolwiek pojęcie o tym wszystkim, bo najpewniej dostałbym meltdownu w połowie.
Sam wątek analizy celowości sztuki jest dość ciekawy, ale mam jedno zastrzeżenie – niepotrzebnie teatr spoileruje nam ten wniosek w materiałach promocyjnych do spektaklu. Po co mam siedzieć 3 godziny, żeby dowiedzieć się i sobie wymyślić dokładnie to, co jest napisane w pierwszym zdaniu na stronie internetowej Starego? Nie czaję. Jednak próba uchwycenia sensowności działań artystycznych i tego, czy tak naprawdę możemy objąć w jakieś ramy co jest dziełem i co ma poruszać, jest bardzo fascynującą akcją analityczną, ale podaną w sposób dość męczący, bo mam niedoparte wrażenie, że takie same wnioski moglibyśmy otrzymać w spektaklu o godzinę krótszym, a przy tym bardziej absorbującym, bez tak dużego rozwlekania wątków. Przyjmuję na klatę fakt, że może już jestem z tego pokolenia, które ma wypalony mózg od TikToka i nie może się skupić na dłużej niż kwadrans, ale hej, nie miewam takich problemów zawsze, więc może wyjątkowo to nie moja wina.
Szczytem mojego zwątpienia był finał trwający raczej zdecydowanie za długo, w którym każdy z aktorów dostaje swoją szansę na wykonanie Lip Sync for Your Life niczym w RuPaul Drag Race do jakiegoś utworu z lat 90. Sam zamysł podkreślenia tą sekwencją tego, że sztuką może być wszystko, o ile za nią to uznamy, jest dla mnie zabawny i celny, niemniej tę scenę ubiło nieumiarkowanie reżysera, bo trwa w moim odczuciu naprawdę za długo – to jest właśnie ta chciwość, którą opisują w Biblii.
Punktem utrzymującym moją uwagę na pewno była niezastąpiona Iwona Budner w roli Joanny Rajkowskiej, doskonale odgrywająca artystyczne próby krystalizacji soli na ścianie, a potem artystkę po sukcesie jej instalacji Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich. Dodatkowo w finale super zagrała z piosenką Kasi Kowalskiej. Złote serce ode mnie dla niej, bo zawsze podziwiam jak wielką siłę w sobie odnajduje na scenie, ale jest to siła pełna spokoju i ciepła.
Zbliżając się do lądowania: „Piramida zwierząt” plasuje się gdzieś lekko za połową moich personalnych rankingów Borczucha. Ewidentnie myślałem mniej o śmierci niż na jego ostatnim „Ulissesie” w Teatrze Słowackiego, ale dostrzegam podobne problemy pomiędzy tymi dwoma spektaklami – spora hermetyczność i nieumiarkowanie w prowadzeniu historii. Rozumiem doskonale, że tak działa teatr tego reżysera, że aktorzy i historia muszą się snuć i sobie płynąc niespiesznie meandrami, ale oczekiwałbym, że po spektaklu zostanę z czymś, z jakimś orzeźwiającym łykiem czegoś błyskotliwego i przyjemnie drapiącego w mózgu, a po „Piramidzie zwierząt” czuję się jakbym zbierał przez cały przebieg spektaklu wodę do sitka. Nie ma nic do wypicia, a i sitko ujebane piachem.