„Pippi” na podstawie książki Astrid Lindgren w reż. Agnieszki Błaszczak w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Sensem tej inscenizacji jest sama Pippi – Anna Mierzwa jest po prostu świetna.
Nie dowiadujemy się jednak o bohaterce wielu bardzo ważnych rzeczy, bo adaptacja sprawia wrażenie „the best of”: składa się z kilku niezbyt mocno powiązanych ze sobą scen. Trudno zaprzeczyć, że są one efektowne, ale muzyka, kostiumy czy choreografia nie służą temu, co najistotniejsze – odpowiedzi na pytanie, dlaczego w ogóle łobuzerstwo piegowatej dziewczynki powinno nas zainteresować. Nie udało się bowiem pokazać, że Pippi ma przede wszystkim wielkie serce, że jest odważna i empatyczna. W tej inscenizacji jawi się głównie jako bezczelna, a finał nie zmienia zasadniczo naszego postrzegania bohaterki. Jej bohaterski czyn łatwo bowiem uznać za kolejny wybryk. Relacja z Tommym i Anniką wydała mi się mało prawdopodobna – w oryginale byli oni przede wszystkim towarzyszami jej beztroskich zabaw, tutaj zaś samo ich zaprzyjaźnienie się z Pippi wydaje się zaskakujące. Przez pół spektaklu oboje są niemiłosiernie spięci, przez drugie pół – nadal spięci, tyle że w anarchizujących T-shirtach.
Nie udało się również oddać tej cudownej, nieco groteskowej relacji Pippi z towarzyszącymi jej Panem Nilssonem i Koniem. Kto nie widział filmu i nie czytał książki, może pomyśleć: ot, dziecko mieszka z małpą i koniem. No, śmiesznie.
Spodziewałem się opowieści o wrodzonej potrzebie wolności, o przyjaźni i odpowiedzialności, ale też o dziecięcej, niezblazowanej niezgodzie na niesprawiedliwość świata. O tym czymś, co w rudej dziewczynce z warkoczykami zachwyca młodych czytelników na całym świecie już od osiemdziesięciu lat.
Cóż, pozostaje ufać, że widz docelowy wyniósł z tego przedstawienia mniej rozczarowań niż ja.