„Pilch/Dzienniki” w reż. Artura W. „Barona” w Teatrze Polskim w Szczecinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.
Siłą nowej produkcji Teatru Polskiego w Szczecinie, obok rewelacyjnej kreacji Sławomira Kołakowskiego, jest tekst. Mowa o podstawie literackiej, czyli (tytułowych) „Dziennikach” Jerzego Pilcha oraz wyborze innych tekstów (felietony, wywiady, biografia) które złożyły się na autorski scenariusz Agaty Dąbek. To rzetelny literacki teatr o inteligenckich inklinacjach.
Gdy spoglądam na biografię Jerzego Pilcha, szczególnie na chronologiczne zestawienie jego dorobku, nabieram pewności, że jego literatura wprowadziła mnie w dorosłość. To dotyczy także wszystkich z okolic pokolenia Xennials – plus/minus dekada. Pamiętam swój regał i półkę, na której „Pilchy” stały obok tomów z wypisanymi na grzbiecie nazwiskami Wielkich: Hrabal, Gombrowicz, Kundera, Vonnegut, Bukowski... Podobne rzędy widywałem u przyjaciół i znajomych. Imponowała nam wówczas siła dystansu i ironii autora. Wrażenie robiło jak sprawnie żonglował tematami i atmosferą albo z jaką łatwością potrafił przejść z bezpruderyjnych pijackich zwid (zwid? zwidów? nie wiem wycofuję się: wizji) w oniryczną melancholię bez dna. Jego wnikliwie i kąśliwe uwagi na niewydumane tematy codzienności łatwo można było przeobrazić w cytaty albo anegdoty. Tak się działo i „mówienie” Pilchem robiło furorę, stając się zabawnym urozmaiceniem nudnych small talk’ów. Pamiętam też, że Pilcha demonstracyjnie czytało się w Piwnicy Kany (knajpa w Szczecinie) przy piwie albo drinku „niechcący” zalewając książki zawartością szkła, tak by wyglądały na „zużyte” niczym ich wiecznie pijani bohaterowie. Ręka w górę kto w każdą środę zaczynał lekturę „Polityki” od felietonów Pilcha. Wszyscy? Jego teksty z ostatnich stron tygodnika z miejsca stawały się przedmiotem zażartych środowiskowych dysput. Nie ukrywam, że wraz z życiową patyną zainteresowanie „wczesnym” Pilchem malało, a wręcz zanikało. Za późno było na knajpiane kawałki podlane procentami, a za wcześnie na podjęcie trudnego tematu choroby, która zdominowała „późnego” Pilcha. Oczywiście ekranizację „Pod mocnym aniołem” Wojciecha Smarzowskiego obejrzałem już w dniu premiery! Zabrakło jednak dawnej beztroski, a górę wzięło moralizatorstwo „ku przestrodze”. Mimo pewnego przeterminowania Pilch pozostał w mojej głowie do dziś jako kawał dobrej inteligenckiej literatury, ale już nie „lektury obowiązkowej”. Tym bardziej ucieszyłem się na wieść o przywołaniu pisarza w Teatrze Polskim w Szczecinie.
Wspomniany powyżej montaż dramaturgiczny to wielka siła przedstawienia. Choć nie ma tu dynamicznej opowieści z zaskakującymi punktami zwrotnymi, ani widowiskowych scen czy zbiorowych pochodów, to rzecz przez bite dwie godziny trzyma linkę koncentracji w pełnym napięciu. Wyszedł czytelny tekst, o regularnych rytmach z wciągającą opowieścią. Rolę „atrakcji akcji” przejęło słowo. Miałem wrażenie, że każde chcę dobrze usłyszeć, „posmakować”, doświadczyć i zapamiętać. Spijałem je niczym Jerzy trunki w „Pod mocnym Aniołem”. Choć opowieść Dąbek nie zahacza o „wczesnego Pilcha”, to udało jej się stworzyć atmosferę adekwatną dla stylu pisarza, tak jakby opary alkoholu wypite przez jego bohaterów nie do końca wywietrzały. Terapia, a później choroba wyparły z literatury procenty, to jednak nie sposób „czytać” Pilcha przez ten pryzmat. Tak jak nie sposób zrozumieć bohatera (podmiotu) późniejszych tekstów. Takiego też Jerzego portretuje Sławomir Kołakowski. W tym miejscu dygresja i pytanie o możliwość zrozumienia literatury Pilcha przez przedstawicieli pokoleń Z czy Alfa, zwanych w niektórych kręgach pokoleniem 0%. Pytanie miało charakter retoryczny….
„Pilch/Dzienniki” to właśnie zapis wycinku życia bohatera, domniemanego autora. Tytułowe „Dzienniki” zanim zostały wydane w formie książkowej były regularnie publikowane na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Stanowiły zapis zmagań z chorobą Parkinsona. W spektaklu Artura W. Barona poznajemy bohatera (Jerzego) właśnie w tym momencie.
W sumie mógłby to być monodram, być może wzbogacony o video, albo głosy z offu. Twórcy zdecydowali się jednak powołać pełnowymiarowe pilchowskie uniwersum. Większości z aktorów powierzył po kilka epizodycznych, lecz wyrazistych postaci. Stworzył także bohaterów wielce zaskakujących – Młodego Pilcha oraz Chorobę (o tych kreacjach w dalszej części tekstu). To właśnie z nimi dialoguje bohater – to rozmowy filozoficzne, momentami ocierające się o zaawansowaną psychologię, nie tylko uzależnień czy postępujących stadiów śmiertelnej choroby. To także krzyk rozpaczy i beznadziei. Czasami też podszyta ironią i czarnym humorem osobliwa gra. To wreszcie rozmowy o literaturze i języku (Pilch: boje się utraty polszczyzny, boje się utraty rękopiśmiennictwa, boje się niemożliwości zachwytu nad polską literaturą). „Wizyty” niektórych bohaterów z różnych momentów życia Pilch jedynie podgląda – nie zabiera głosu, nie protestuje, nie próbuje zmieniać ich przebiegu. Jest zatem adekwatna gradacja od złości, rezygnacji, przez wyparcie, a finalnie pogodzenie się z tym co los przyniósł. Z wyrokami Mojr trudno polemizować. Dobrze się słucha tej opowieści, choć ani łatwa, ani przyjemna nie jest.
Obok rodziców (dojmująca matka Olgi Adamskiej), którzy tak często pojawiali się w jego dziełach, są także bohaterowie z kart powieści, niekoniecznie fikcyjni – Jan Trąba z „Tysiąca spokojnych miast”, Babka Czyżowa z Wisły (świetna Katarzyna Bieschke-Wabich), czy Jan Błoński (w intrygująco przerysowanej interpretacji Przemysława Żychowskiego). Obecni w spektaklu są także pisarze, z którymi Pilch polemizował w felietonach, albo zajmował się ich twórczością w tekstach krytycznych, a mowa o Witoldzie Gombrowiczu, Bronisławie Maju (znakomity portret obu w wykonaniu Piotra Biernata), Marianie Stali (ciekawy Karol Olszewski, także jako Schulz), a nawet Agnieszce Osieckiej (Ewelina Poźniak) czy Albercie Camus (solidny Adam Zych, także jako Ojciec). Oni wszyscy odwiedzają albo nawiedzają mieszkanie pisarza. Ich krótkie, lecz intensywne rozmowy stanowią wspaniałą intelektualną esencję przedstawienia. Pilch ewidentnie widział więcej i przenikliwiej.
Strukturę spektaklu i jego rytm definiuje przestrzeń z funkcjonalnie zaprojektowaną scenografią (Łukasz Błażejewski, współpraca Emilia Sarga). W centrum sceny, na obrotowej platformie, znajduje się mieszkanie bohatera – jest typowy inteligencki salon z półkami szczelnie wypełnionymi książkami, biurko, łóżko i drzwi balkonowe, którym do mieszkania wkraczają wspomniane postaci. Warto przyjrzeć się grzbietom książek, by dostrzec nieprzypadkowość w doborze ich tytułów (pyszne!). Gdy scena się obróci zobaczymy łazienkę i toaletę, jest także aneks kuchenny. Makietę mieszkania otacza literacki bezkres (kosmos) obsypany tysiącami wyrwanych kartek z notatnika pisarza. Tu mały praktyczny zgrzyt – na śliskim papierze aktorzy kilkukrotnie tracili równowagę, ryzykując widowiskowy upadek. Poza przestrzenią wyznaczoną obrotową platformą reżyser sytuuje jedynie kilka scen, by podkreślić ich ważność albo osobność. To przy stole ustawionym z boku sceny prowadzone są rozmowy z matką, nawet telefoniczne. Ten sam mebel przeobraża się w szpitalny stół operacyjny, stanowiący „arenę” przerażającej wizji (świetnie pokazanej teatralnie z choreografią tria młodych aktorek – Eweliny Poźniak, Joanny Pasternak oraz Pauliny Marii Janczak (+ kapitalna jako Dziennikarka i.. Kaskaderka). À propos: za ruch sceniczny odpowiadała Maria Bijak. Tu jeszcze wyróżnienie świetnej sceny pijanego konduktu pogrzebowego. Cudo, którego nie powstydziła by się sam Tim Burton. Serio!
Powierzenie aktorom po kilka postaci wymagało odpowiednio zróżnicowanej powierzchowności. Kostiumy Emilii Sargi to kolejny z wyrazistych atutów przedstawienia. Mają charakter współczesny albo… uniwersalny. Jednak, gdy wejrzeć w szczegóły, szczególnie kolorystykę, można zauważyć, że ich autorka nie tylko dobrze przeczytała Plicha, ale świetnie zrozumiała intencje reżysera.
Dopełnieniem „uniwersum Pilcha” są projekcje video – oniryczne wizje Tomasza Głodka i transmisja scenicznej akcji, zwielokrotniona na kilku ekranach (powierzchniach). Świetnie to wypada w rozmowach z matką albo w scenie monologu Choroby zwróconej ku… książkom. Zgrzytem jest nieregularna faktura horyzontu, która zniekształcając obraz, tworzy zabawne karykatury postaci. Chyba, że to celowe…
Znakomitym pomysłem było powołanie postaci Chorby! Tak, to musiała być kobieta. Piękna kobieta! (Pilch słynął z miłosnych podbojów, i choć poczucia bezpieczeństwa im nie dawał, to miał poczucie… humoru). Wspaniały kontrast! Zanim choroba Parkinsona zyskała eponim odkrywcy była określana mianem drżączki poraźnej (paralysis agitans). Swoją drogą to dobre imię dla scenicznej egzemplifikacji choroby – Pani Drżączka Poraźna. Niezłe! A tak całkiem poważnie to ten zabieg pozwolił nie tylko na urozmaicenie teatralnej formy, ale przede wszystkim na pełniejsze wybrzmienie problemu, który w rozmowie, a nie monologu, może być czytelniejszy i przystępniejszy. Katarzyna Sadowska sportretowała Drżączkę Poraźną na zasadzie osobliwego kontrapunktu, zaproponowała jej czułą interpretację. Im postęp choroby większy, tym subtelność i delikatność intensywniejsza. Był w tym seksapil i subtelność, pazur i łagodność, premedytacja i wyrozumiałość. Choroba Sadowskiej była efemeryczna, ale skuteczna… Była nie tylko chorobą ciała, ale przede wszystkim duszy. Znakomita rola! Ach, no i świetna charakteryzacja!
Rok temu (sezon 2023/2024) Marcin Sztendel został nagrodzony „Srebrną ostrogą” – wyróżnieniem dla młodego i obiecującego aktora zachodniopomorskich scen towarzyszącym Plebiscytowi i Nagrodzie Teatralnej „Bursztynowy Pierścień”. Jego kreacja w tym spektaklu potwierdza słuszność decyzji Jury. Młody aktor tak strzelił z ostrogi, że pognał hen daleko! Jego Młody Pilch to rola dojrzała i solidna. Młodzieńcza egzemplifikacja bohatera nie jest tu beztroskim chłoptasiem, a pełnym sił, sprężystym wrażliwcem i postępowym intelektualistą. Tu warto zaznaczyć, że ta postać została przez Więcka i Dąbek znakomicie „napisana”, a przez Sargę świetnie ubrana.
Nie potrafię znaleźć dobrego słowa na to, co zaproponował na scenie Sławomir Kołakowski. Jeśli użyję określenia „brawura” albo „porywające wykonanie” będzie można spodziewać się szerokiego, dynamicznego i widowiskowego gestu, a tego tu przecież nie ma. Jest niezwykłe skupienie, cierpliwość, niespotykana rzetelność i zrozumienie psychologii postaci, aż wreszcie miraż pełnego zespolenia interpretatora z postacią. I z chorobą… Postępujące fizyczne zmiany, zasygnalizowane drżącymi kończynami, Kołakowski rozpisał niczym najlepszą partyturę muzyczną. Choroba toczyła jego ciało i głowę, co również potrafił zaznaczyć ledwo widocznym grymasem, tikiem, nieznośnym bólem widocznym jedynie w rytmicznym skurczu… Swoją drogą, proszę zerknąć na późne fotografie Jerzego Pilcha i zestawić je z wizerunkiem Kołakowskiego w spektaklu. Coś w tym jest, prawda? Zaufanie jakim aktor obdarzył reżysera, ale przede wszystkim samego Jerzego Pilcha procentuje fenomenalną synergią, znacznie przekraczającą biograficzne zacięcie spektaklu. Nie napiszę, że to rola życia Kołakowskiego, bo ten podobnych popisów ma na koncie wiele, a pewnie jeszcze więcej przed sobą. Ograniczę się do adekwatnego zachwytu i szczerego zawołania: Mistrzostwo!
Ciężar naznaczonej nieuleczalną chorobą opowieści reżyser „rozrzedza” muzycznie jednym z tych pozornie pokrzepiających songów – „Just a perfect Day” Lou Reeda. Pozornie, bo ukrytym podmiotem utworu jest… heroina. Pytanie czy to „hołd” dla atmosfery literatury Pilcha, czy skrzętnie przemyślany wybór, bo przecież Reed kończy utwór pewnym ostrzeżeniem: Zbierzesz dokładnie to, co zasiałeś (You're going to reap just what you sow).
Przewrotnie to choroba uratowała go przed zapiciem się na śmierć („wypiłem w życiu cysternę spirytusu” i zapracowałem sobie na tytuł „pierwszego alkoholika III RP”). Stąd muzyczne wyznanie miłości w prologu – tylko czy „Lili Marleen” było zadedykowane Drżączce Poraźnej?